Spis treści:

Księga Świata

Księga Mechaniki

W przygotowaniu:

Z cyklu „Opowieści z Terry” (czerwiec – lipiec 2010):

  1. Oficjum Palatechnikum
  2. Grande Ludus\ Ludus Maximus
  3. Katastrofa, kolejna z wielu (Zawau)
  4. Zew natury

Z cyklu „Mechanikum Terry” (prace nad implementacją mechaniki do grywalnych ras, lipiec-sierpień 2010)

  1. Gnomy i Gobliny
  2. Czarne Elfy
  3. Trolle i Ogry
  4. Devianci i Godni
  5. Zwierzołaki

Z cyklu „Geografia Terry” (maj – sierpień 2010) pojawią się opisy, m.in.:

  1. Zreifikowanych Ziem
  2. Nieprzebytej Dżungli i Bezkresnej Pustyni
  3. Neuronicum i Ife
  4. Fort Matlock i Ziemi Niczyjej
  5. Brik i elfiej twierdzy Tir’na Argam (Sebko)
  6. Nocturna i Dąb

Poniżej przedstawiam pierwsze, bardzo robocze, materiały do settingu Terra SW. Wszelkie uwagi i pomoc mile widziane, zarówno co do formy jak i treści. Cały podręcznik widziałbym właśnie w postaci narracji osobnika, który nakazuje mówić o sobie Abe Joe. Jest on również narratorem wszystkich, stworzonych  do tej pory „Opowieści”. Z chęcią też zapoznam się z bardziej trafnym tłumaczeniem utworu Loreeny – Lullaby. Żeby nie robić za dużo zamieszania nie zamieszczałem już ang. wersji tekstu. W miarę możliwości podstrona będzie powiększana, a teksty uzupełniane.

Cały projekt proponuję traktować na lightcie, ale bez przesady. Szukamy złotego środka.

Mów mi Abe Joe

Przeżyłem starożytnych króli, przeżyję też Strażnika i tych co przyjdą po nim. Może niewiele już widzę, ze starości prawie wypadło mi oko, jedno albo drugie, ale wiedz, że beze mnie nie przetrwasz tutaj ani jednego dnia. W nocy jest dużo niebezpieczniej. Chociaż to zależy do kogo się modlisz, czy do Luny czy do Sola.

Mów mi Abe Joe, ale nim o cokolwiek zapytasz, wsłuchaj się w melodię mej pieśni. Mam nadzieję, iż nie obawiasz się burzy, człeku.

httpv://www.youtube.com/watch?v=rWqQ9uwqQxk

O, głosie co jesteś niczym grom!
I języku, który wyciągasz z gardła wojnę!
Kiedy zmysły zatracają się, a dusza spychana jest na skraj szaleństwa,
Któż jest w stanie to znieść!?
Gdy umęczone dusze walczą ze sobą w szaleńczej agonii, któż to może znieść?!
Kiedy cyklon furii schodzi z boskiego tronu, i grymas na jego twarzy rzuca naprzeciw siebie narody, któż jest w stanie to znieść?!
Kiedy Grzech zatrzepocze skrzydłami nad bitewnym polem i powiedzie szczęśliwy rejs ku wodom Śmierci,
Kiedy dusze rozrywa nieskończony ogień, a piekielne pomioty ucztują nad zgładzonymi.
O któż to zniesie? Któż to uczynił?
Kto odważy się stanąć przed tronem Boga?
To królowie i szlachta to uczynili!
Nie słuchajcie tego, Niebiosa, to kapłani są winni!

Tak oto rozpoczyna się ma opowieść o krainie, która nardzoiła się z chaosu i w chaosie się pogrąży znowu i znowu i znowu…

Terra

Terra, niegdyś nazywana po prostu Ziemią, jest krainą po przejściach z bogatą historią poprzedzielaną licznymi katastrofami i wojnami. Niegdyś niepodzielnie rządzili nią istoty zwane ludźmi, ale było to tak dawno temu, że już nikt prawie tego nie pamięta. Teraz pozostał jedynie cień wspomnienia po ich wspaniałych królestwach i imperiach, które powstawały żeby zaraz upaść z hukiem.

Trudno umieścić na osi czasu liczne kataklizmy, które dotknęły ów ląd. Z trudem można sobie w ogóle wyobrazić, jak cokolwiek mogło tu przeżyć liczne biblijne plagi, katastrofy naturalne i bratobójcze wojny. Koniec końców stajemy dziś na ziemi ubroczonej krwią wielu istnień, której granice łudząco przypominają nam basen Morza Śródziemnego: południowo-zachodniej Europy, Anatolii i północnej Afryki.

Ale znane nam nazwy geograficzne tutaj nie obowiązują. W zamian jest Morze Balansu, Nowy Babilon, Zreifikowane Ziemie czy Bezkresna Pustynia. Każde z tych miejsc jest wyjątkowe i niebezpieczne. Dowiesz się o nich więcej, ale potem.

Ludzkie królestwa, republikańskie państwa, autorytarne reżimy odeszły w niepamięć. Nie ma już narodów modlących się do jednego Boga w Judeo-chrześcijańsko-muzułmańskim wydaniu. Czas jakby postąpił dziesięć kroków do przodu, żeby zaraz cofnąć się jeszcze dalej. Magia i mistycyzm powrócił ze zdwojoną siłą, niesione przez posłannictwo ludów księżyca, elfów, krasnali czy gnomów. Istoty te zamieszkują na południe od Morza Balansu. Na północy od niego królują ludzie, czyli społeczeństwo słońca. Mający ograniczony dostęp do magicznych mocy przeciwstawiają im technologię opartą na węglu, stali i promieniach słońca.

Ów konflikt trwa nieprzerwanie od kilkuset lat, a może i nawet tysięcy. Tyleż razy, co tu zmieniały się porządki, tyleż upadków i tyleż zniszczeń, że ta niespokojna nuta stabilności pozwala nam odmierzać trochę spokojniej czas do następnej zagłady, która według ludów księżyca ma nadejść z ręki Sola, boga słońca, którego wyznawcy uważają, iż koniec przyniesie Luna, opiekunka ludów księżyca. Swoiste idem per idem, ponieważ mało kto chce mówić o jakimkolwiek porozumieniu, a zgody między zwaśnionymi stronami nie przynosi też widmo Strażnika, którego armie łypiącym okiem spoglądają na mityczne miasta Neuronicum i Ife. Opowiem ci o tym wszystkim, człeku. Polej mi tylko tego krasnalego grogu!

Boże igrzysko

Gdyby wszystko poszło zgodnie z wielkim planem, dziś by nas tu nie było. Przynajmniej nie aż tylu, co obecnie. Żeby jednak zrozumieć sens powyższego, musimy cofnąć się daleko w przeszłość, do czasów kiedy Terra nazywana była Ziemią, a rasa ludzi rządziła niepodzielnie nad wszystkimi innymi istnieniami. Były to czasy, kiedy Luna i Sol wędrowali obojętnie po sklepieniu niebieskim, nie przejmując się sobą nawzajem. Nie było wtedy jeszcze elfów, krasnoludów ani też znienawidzonego przez nich Oficjum Palatechnikum. Nie istniało nawet Ife i Neuronicum. Świat dzielił się na niezliczone królestwa ludzi i tylko ludzi. A władzę nad ich rzędami dusz sprawował jeden Bóg, który przygotował ów „wielki plan”.

Nikt tak naprawdę nie wie, czy w kreacji naszego świata udział brały transcendentne byty czy dokonało się to za sprawą fizycznych i chemicznych uwarunkowań Wszechświata. Zależy kogo zapytasz, człeku. Ale jedna z teorii mówiła, iż Terrę powołał do istnienia, wraz ze wszystkimi żyjącymi stworzeniami, jeden i wszechpotężny Bóg, który w miłości do swego dzieła ukochał najbardziej człowieka. Jemu zapisał tą planetę we władanie i z nim wiązał realizację swego „planu”, który miał się realizować cztery tysiące lat.

W owym czasie przez Terrę przewinęły się całe zastępy jego mesjaszy, proroków i apostołów wiary. Bóg owładną ludzkość wizją wiecznej szczęśliwości w jego królestwie w zamian za dobre uczynki, rzetelną pracę i walkę z niewiernymi. Bóg, chociaż propagował miłosierdzie, kierował nieraz ludzkość ku wojnom i krucjatom w jego imieniu. Choć oficjalnie sprzeciwiał się takim poczynaniom, tolerował je wierząc, iż są one wpisane w jego wielki plan.

Dodatkowo dochodził również czynnik grzechu, którego źródłem miało być jedno z dzieci ów Boga – Szatan vel Lucyfer. Ów wielki zły, mający odegrać wielką rolę w wielkim planie był największą antytezą dobrego Boga, jak się sam nazywał. Ojciec i syn mieli pewnego dnia powieść przeciwko sobie dwie potężne armie, których celem było zaprowadzenie na ziemi królestwa niebiańskiego, w którym dobrzy znaleźliby spokój, a źli zostaliby posłani na wieczne potępienie do piekielnych czeluści. Finał tej walki był z góry ustalony, Lucyfer stał na straconej pozycji od samego początku. Prawdopodobnie nawet motyw jego buntu, przeciwko władzy ojca, był wyreżyserowany i wkomponowany w realizację planu. Ale krnąbrne dziecko, pokładające ufność we własnej niezależności, nie zamierzało stać z boku i czekać na dzień sądu. Postanowiło rzucić wyzwanie losowi, czego nawet sam Bóg się nie spodziewał.

Do tej pory Szatan wodził ludzi na pokuszenie i w mniej lub bardziej subtelny sposób przeciągał kolejnych na swoją stronę. Jednak wyjątkowe czasy wymagały od niego wyjątkowych zabiegów. W krainie, którą niegdyś zwano Albionem, ludzie oddani woli Lucyfera spędzali dnie i noce nad dziwnymi miksturami i specyfikami. Ubrani w białe kitle tworzyli specjalną substancję, która miała zagwarantować zwycięstwo dla sił ciemności. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, iż sądzili oni że czynią to wyłącznie dla siebie, dla zdobycia supremacji militarnej nad swoimi przeciwnikami. Owocem ich długoletniej pracy była broń biologiczna, zmieniająca ludzi w żądne krwi potwory, które rzucały się na każdego bez opamiętania i rozumu. Poprzez jej, niby nieumyślne, rozprzestrzenienie Szatan chciał zaanektować niezliczone rzędy dusz do swej armii. Gdyby tylko udało mu się zmienić stosunek sił przed walną bitwą osiągnąłby decydujące zwycięstwo nad zastępami Nieba. Niemalże osiągnął to co chciał.

Gdy, dosłownie śmiercionośny, bo niosący za sobą zastępy żądnych śmierci ludzi, wirus wydostał się poza wyspy, na których go wyprodukowano, Stary Kontynent ogarnęła agonalna panika.  Szybkość rozprzestrzeniania się zarazy zła była niewiarygodna. W ciągu jednego dnia wirus był już w kilkunastu miastach i parł dalej, w głąb lądu. Dziś określiłbym zagranie Szatana wielką improwizacją, mająca przeciwstawić się wielkiemu planowi Boga. Prowadziła ona do załamywania się rządów i atrofii życia politycznego, które niegdyś było tak szalenie ważne. Miasta stawały w ogniu anarchii i przemocy. Ludzie próbowali uciekać we wszystkie strony świata, ale śmierć rozlewała się po kontynencie dużo szybciej. Machinalnie, niby bez niczyjej kontroli, wirus parł na południe w kierunku murów Stolicy Apostolskiej, jak onegdaj nazywano centrum kultu Boga. Szatan szykował się do walnego uderzenia wyprzedzającego, którego tępe ostrze skierowane było w samo epicentrum wierzycieli jego ojca. Musiał tylko pokonać górskie pasma, stojące na drodze jego bezrozumnej armii. W tym czasie pozwalał na wyzwalanie się kolejnych ognisk choroby, które infekowały całe rzesze ludzi. Wiedział, że będzie potrzebował ich niezliczonej ilości w trakcie ostatecznego starcia, które miało nadejść szybciej niż ktokolwiek by się spodziewał. A jak myślisz, człeku? Czy Bóg stał i patrzył bez emocji na to, co się działo z jego ukochanymi ludźmi? Czy był w stanie znieść widok ojców rozrywających na strzępy swe rodziny, matek zabijających własne dzieci i dzieci, które bez emocji zabijały rodziców? Odpowiedź nasuwa się sama.

Dla wielu ludzi na Ziemi koniec świata właśnie miał miejsce. Nie zwiastowały go biblijne trąby ani anomalie pogodowe. Nikt nie martwił się złamanymi pieczęciami, bo wszystkie siedem pozostało nietknięte. Chrześcijaństwo, jak nazywano wiarę w Boga, prześladowane było na równi z innymi wyznaniami przez nową armię Szatana. Jeśli nawet pojawiali się fałszywi prorocy, to ich ewangelie nikły wśród krzyków zabijanych. Nic nie szło zgodnie z wielkim planem. Bóg stanął w obliczu wielkiej katastrofy.

Gdy wściekła i głodna żądzy armia rozlewała się wzdłuż i wszerz po kontynencie i w szczególności parła coraz bardziej na południu, ku świętemu miastu, Bóg rozdarł niebo swym głosem krzycząc „Non possumus!”

Nad la Seine, wokół której rozpościerało się miasto artystów i zakochanych, a żelazna wieża wznosiła się ku nieboskłonowi, rozpętała się iście biblijna burza. Serie grzmotów i błyskawic przeszywały niebiosa, których barwa poczerniała i przywodziła na myśl bezkres oceanu. Nad krainą, która niegdyś określana była mianem „córy Kościoła”, rozwarły się Bramy Nieba, z których wytoczyły się anielskie chóry i zastępy. Na ich czele stał najwspanialszy z Archaniołów, Michał. Towarzyszyło mu jedenastu braci, którzy chwilę potem z entuzjazmem i żarliwością zaczęli nieść śmierć poplecznikom Szatana.

Ten, widząc iż jego wielka improwizacja staje w obliczu nieuniknionej klęski postanowił zagrać ostatnią kartę i rzucić w wir walki swoich potomków, demony. Teraz nie mógł już nic stracić, tylko zyskać. Gdy z góry lały się strugi deszczu, spod powierzchni ziemi zaczęły buchać ogniste gejzery lawy i siarki. Płyty tektoniczne planety zaczęły się gwałtownie przemieszczać powodując trzęsienia ziemi i potworne zniszczenie. W końcu jednak Wrota Piekieł otworzyły się, a zza ich podwoi ruszyły na świat demoniczne kształty. Rozpoczął się biblijny koniec, po którym mieli ocaleć tylko sprawiedliwi.

W wirze walki ścierały się dwie przeciwstawne siły, niosące zgubę wszystkiemu co napotkały na swej drodze. Mocarni Archaniołowie niszczyli wrogów niemiłosiernie ale tylko do chwili, w której Lucyfer nie wypuścił z Piekła Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Głód, Zaraza, Wojna i Śmierć wdarły się w szeregi niebiańskich wojowników rozrywającym formacje klinem. Zabijali niemiłosiernie ściągając na siebie uwagę wszystkich Archaniołów. Rozpętała się między nimi szaleńcza bitwa, której wir wciągał przypadkowe ofiary w postaci aniołów, demonów i ludzi. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie, kiedy boże igrzysko rozpętało się na dobre.

Koniec końców, Szatan powstał z woli Boga i tylko za jego sprawą mógł przegrać. Było to oczywiście głównym punktem wielkiego planu – zwycięstwo dobra nad złem, już nieważne w jakiej formie. Dlatego też Jeźdźcy ulegli sile Archaniołów. Padli wszyscy trzej, poza Śmiercią, który stanąwszy przed obliczem Daniela, potężnego wojownika Nieba, miał spotkać się z sobą samym w martwej Otchłani. Skrzydlaty rycerz okazał jednak litość i nakazał mu odejść i nigdy nie wracać. Śmierć pognał hen, nie oglądając się za siebie. Bóg oburzony zachowaniem swego podopiecznego skazał go na wieczne potępienie i uwięzienie wśród śmiertelników, na samotnej wyspie której nigdy nie mógł opuścić. Żywy Śmierć był negacją życia wiecznego dla sprawiedliwych wyznawców wiary, blokował realizację ostatniego punktu wielkiego planu – ustanowienia Królestwa Niebieskiego na Terrze. Cóż, powinniśmy dziś być wdzięczni Archaniołowi za jego litość wobec słabszego wroga i współczuć mu losu, który go spotkał z ręki miłościwego Boga.

Gdy bitwa dobiegła do końca i gdy okazało się, że świat nie został zbawiony a większa część kontynentu stała w ogniu pożogi i cieniu śmierci Bóg zamyślił się na chwilę. Święte miasto zostało uratowane, armie wściekłych ludzi już ku niemu nie parły. Wielu z zainfekowanych przeżyło ten mały Armagedon i włóczyło się po ziemi bez celu. Bóg nie był w stanie tak po prostu odebrać im życia, tylko dlatego że stali się bezmyślnymi wykonawcami woli Szatana. Postanowił pozostawić ich samym sobie. W tym celu wskazał palcem na zniszczone krainy i tam gdzie nim wiódł, tam ziemia rozsuwała się tworząc wielkie rozpadliny niemożliwe do przebycia. Tak oto Bóg odizolował zarażonych od niewinnych ludzi. Tak oto powstała Wściekła Ziemia, pomnik nieudanej próby wywołania końca świata.

Po tych wszystkich wydarzeniach Bóg nie był w stanie dojść do siebie. Wielki plan spełzł na niczym. Wiesz, że nawet takie istoty jak on są gotowe obrazić się na cały świat przez własne niepowodzenia? Wściekły na wszystko i na wszystkich wyrzucił z Nieba swe Anioły i pozamykał je w ludzkich ciałach na całą wieczność. Dziś nazywamy ich Godnymi. To ci, którzy kiedyś znów dostąpią zaszczytu przekroczenia Bram Nieba. Żeby tego było mało, Bóg zszedł do Piekła i wyciągnął z niego siłą wszystkie demony i skazał na los podobny Aniołom. Devianci, tak ich teraz określamy. To ci, którzy szukają albo drogi powrotu do swego domu, albo sposobu na uczynienie czegoś na jego wzór na powierzchni Terry. Niech nas przed tym chroni Sol i Luna!

Zarówno jedni jak i drudzy tułają się gdzieś pomiędzy nami. Głównie żyją w ludzkich skorupach, ale nie możesz z góry zakładać, że jakiś Goblin nie nosi w sobie Devianta, czy elf Godnego. Sam nawet nie wiem, czy nie jesteś jednym z nich, człeku.

Brak Komentarzy.

Dodaj swój komentarz

You must be logged in to post a comment.