Ostatnia misja

Poniższe zdarzenia dzieją się równolegle do ekspedycji na Vanatu.
Dookoła rozciągał się surowy, pustynny krajobraz. Otaczał ich brunatny piach, kamienie, suche niskie krzewy i wszechogarniająca cisza. Jedynym urozmaiceniem były sporadycznie napotykane skały lub wąwozy, między którymi przemykały tumany kurzu i piachu wzniecane podmuchami wiatru.
-Zawsze wierzyłem, że urodziłem się, by czynić wielkie rzeczy – Aeneas puścił to koło uszu. Słyszał te słowa już wielokrotnie, nawet wśród obecnych towarzyszy – Albo przynajmniej przyczynić się do wielkich zmian – dodał Gott.

-Czyż nie jest tak, że wszyscy w to wierzą? – odparował Lynch – Niezależnie od tego, czy czcisz fałszywego boga, czy Chaos. Wszyscy wierzą, że zmienią świat, że będą świadkami tego, co „zmieni oblicze wszystkiego” – zakończył cierpko.
Gott jednak odpowiedział natychmiast:
-Poświęcam się dla wskrzeszenia niesamowicie potężnego psykera, który będzie uczestniczył w jeszcze potężniejszym rytuale. Rytuale przeniesienia Nieskalanego do Immaterium. Coś, co najprawdopodobniej jeszcze nigdy nie miało miejsca w historii wszechświata. Jak dla mnie, przyczyniam się do czegoś całkiem wiekopomnego – mówił z wyraźną nutą tryumfu w głosie, nie patrząc na Lyncha. Widać było po nim, że wierzy w stu procentach w to wszystko, włącznie ze swoim zapisanym w gwiazdach przeznaczeniem.
-Jak dla mnie, będziesz całkiem martwy, jeszcze nim oni pochwycą blanka.
Obaj nie odzywali się przez dłuższą chwilę, idąc w milczeniu i osłaniając twarze od nadlatującego piasku. W końcu Gott się odezwał.
-A Ty – sądzisz, że przeżyjesz?
Lynch wiedział, że Gott nie ma na myśli całej misji, tylko rytuał, który ma odprawić w najbliższym czasie. W myślach powtarzał sobie, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to przeżyje. Ot, kolejne oznaki spaczenia. Nic, czego nie widział wcześniej. Nic, z czego należałoby się cieszyć. Zacisnął dłoń, z której uniosła się strużka ciemnego dymu.
Mijały kolejne godziny, w których maszerowali, sporadycznie wymieniając kilka słów między sobą. Im jednak byli bliżej wielkiego krateru widzianego przez nich z orbity, tym mniej odczuwali chęci do rozmowy, pogrążając się we własnych, ponurych myślach. Obaj doskonale wiedzieli, co się wydarzy gdy tam dotrą. Chyba, że ich misja się nie powiedzie. Wówczas, paradoksalnie ich los będzie jeszcze gorszy. Zgniją na tej planecie na marne, a ich misja prawdopodobnie zakończy się porażką.
Z tych rozważań wytrącił ich widok, który rozpostarł się przed ich oczami, gdy weszli na grzbiet jednego z wielu wzniesień, które napotkali na tej planecie. Gigantyczny lej, którego brzegi sięgały horyzontu. Krater o średnicy kilku kilometrów, najpewniej po eksplozji nuklearnej. Choć miała miejsce ponad trzy i pół tysiąca lat temu, powietrze wciąż przenikała aura śmierci i przerażenia. Aeneas wiedział, że są już u celu.
Zeszli w dół, wgłąb krateru. Niespełna godzinę później odnaleźli na wpół pogrzebane w piachu, na wpół rozłożone cielsko czempiona. Było ogromne. Miało co najmniej dwa i pół metra wzrostu. Pozbawione jednak było lewej nogi i prawego ramienia. Z prawego boku wyzierały resztki zeschniętego mięsa ostałego na żebrach grubych niczym nadgarstek normalnego człowieka. Długa, demoniczna macka była niemal doszczętnie zwęglona i ucięta w jednej trzeciej jej długości. Podobnie głowa spaczonego space marine – z rozłupanej czaszki wyzierał stary, przegniły mózg. Spopielone lico było w połowie zmasakrowaną, krwawą masą nieprzypominającą nawet twarzy. Jedynymi znakami zdradzającymi, że stoją nad ciałem czempiona Slaanesha były insygnia wyrzeźbione na jego pancerzu, teraz pokryte grubą warstwą pyłu.
Lynch zdjął z pleców pakunek, w którym miał nadajnik skonstruowany przez Venta. Uruchomił urządzenie i upewniwszy się, że jest włączone, odłożył je na ziemię. Czas przystąpić do rytuału rezurekcji.
Wojownik złożył swoje ubrania na ziemi, tak jakby jeszcze kiedykolwiek miał je założyć. Mimo iż był pewny, że tak się nie stanie, ułożył je schludnie i obok umieścił swój miecz. Uklęknął przed Aeneasem, który stał między nim a ciałem Jihara, dzierżąc sztylet w swojej niespaczonej dłoni. Lynch wpierw naciął głęboko swoją drugą rękę, a krwią zbroczył ziemię dookoła zwłok czempiona. Gdy zatoczył okrąg wokół ciała, stanął na wprost klęczącego Gotta i uniósł swoje ręce do góry.
W plugawych wersetach pradawnego języka zwrócił się do samego Slaanesha, którego poprosił o wstawiennictwo w rozpoczynanym rytuale. Bez łaski boga pokus rezurekcja nie mogła się powieść. Następnie skierował swoje wezwanie do samego Jihara, by powrócił do swojej fizycznej powłoki z planu Immaterium. Wraz z ostatnim słowem inkantacji, zamaszystym ruchem rozciął gardło Gotta. Struga krwi zbroczyła ziemię, którą zrosiły już krople posoki z demonicznego ramienia Lyncha. Heretyk padł na ziemię opierając się dłońmi. Czuł jak wraz z wylewającą się z jego ciała krwią upływają z niego też siły życiowe. Wiedział, że już za chwilę nastąpi koniec. Był gotów. Praktycznie nie czuł bólu, adrenalina, która buzowała teraz w jego żyłach zagłuszyła wszelkie cierpienie. Czuł jedynie rosnącą niemoc, świat przed jego oczami stawał się coraz ciemniejszy, mniej wyraźny, aż w końcu z ostatnim łapczywie zaczerpniętym oddechem zapanowała całkowita ciemność.
Aeneas stał nad bezwładnym ciałem umorusanym we krwi. Jednocześnie mu zazdrościł i żałował Gotta. Jego wkład w misję się zakończył. Został zwolniony ze służby. Lecz z drugiej strony, Lynch wiedział, że Gott nigdy już nie będzie miał szansy dostąpić tej chwały, której zaznają ci heretycy, którzy dożyją ostatecznego rytuału.
Wnet, zauważył, że kałuża posoki, która otaczała ciało Gotta zaczęła płynąć w stronę ciała Jihara coraz żwawiej i żwawiej. Nie był pewien, czy mu się tylko wydaje, ale ręka Gotta drgnęła. Następnie zgięła się i wsparła na ziemi, podobnie druga. Gott zaczął się podnosić i iść na czworaka w stronę Jihara. Aeneas obserwował to z niemiłym uczuciem chłodu w żołądku. Jednak dopiero to co zdarzyło się chwilę później, zmroziło mu krew w żyłach. Gott z pustym spojrzeniem uklęknął przy ciele Jihara i wpychając rękę w ranę na swym poderżniętym gardle zaczął wyrywać kawałki wnętrza swojego gardła i przykładać je do miejsc, w których ciało Jihara zostało zniszczone. Z każdym oderwanym fragmentem rana w szyi Gotta się powiększała, a krwawa masa przykładana do odciętego ramienia, zmasakrowanej czaszki czy rozerwanego boku przylegała posłusznie na swoje nowe miejsce. Mijały kolejne minuty, a trup Gotta umieszczał kolejne fragmenty swoich wnętrzności, skóry i ścięgien w ciele Jihara. Potok krwi z jego rany po pewnym czasie ustał, prawdopodobnie z racji na to, że jego ciało było już pozbawione posoki. Minuty przeradzały się w kwadranse, kwadranse w godziny, a coraz bardziej wybrakowane truchło Gotta upychało swoje części w zwłokach czempiona. Po przeszło trzech godzinach obserwowania zwłok umieszczających same siebie część po części w ciele czempiona, Lynch czuł, że jego udział jest już w tym momencie zbędny, więc zdecydował się na odpoczynek. Mimo iż nie wyobrażał sobie zmrużyć oka po tym co właśnie ujrzał i w tym właśnie miejscu, to sen przyszedł szybko i niespodziewanie. Zmęczenie i stres zrobiły swoje. Spał niespokojnie, sporadycznie otwierając oczy by upewnić się, że Jihar jeszcze się nie podniósł.
Obudził go przeraźliwy wrzask rozlegający się dookoła. Kakofonia krzyków i zawodzenia, wwiercających się w czaszkę, rozsadzających ją od środka. Czuł, że za chwilę oszaleje lub odbierze sobie życie. Przez zamglone oczy dostrzegł rosłą sylwetkę, która kroczyła w jego stronę. Miał przedziwne uczucie deja-vu. Wówczas zrozumiał. Udało mu się. Z jednej strony chciał odetchnąć z ulgą, lecz wydawało mu się to teraz absolutnie niemożliwe, wrzask udręczonych dusz spychał go na skraj wytrzymałości. Wnet, usłyszał w myślach grobowy głos. Głos, który budził w nim niemal taką grozę, jaką budził głos wszechpotężnego Vulgrima.

„Twoje czyny zostaną docenione, Aeneasie. Przysłużyłeś się Czarnej Krucjacie.  Potrzebuję sługi, a Twe ciało nada się idealnie. Niech Twa dusza pozostanie w blasku wiecznej chwały w odmętach Immaterium.”

Nigdy nie czuł tak sprzecznych emocji w jednej chwili. Pomimo rozrywającej serce euforii i dumy, Lynch w ostatnich sekundach był pewny jednego – nie chciał jeszcze by to był koniec. A Chaos słuchał i patrzył. Może to był Vulgrim, spoglądający na wszystko obojętnie z głębi czarnej jak noc źrenicy. Może i sam Tzeentch na ułamek sekundy skierował swoje spojrzenie na Aeneasa. Równie dobrze mogła to być bezosobowa, nadświadoma, wiecznie zmienna, nieokiełznana materia Osnowy, albo jedna z wijących się po bezkresach Immaterium zjaw. Cokolwiek to było, posłuchało prośby Lyncha. Wyrwało z jego ludzkiej powłoki fragment esencji wystarczający do zachowania własnego „ja”, mniej więcej. Później przytuliło ów fragment, niczym troskliwy rodzic, a na koniec wtłoczyło tę cząstkę do innej powłoki – jak się okazało – także ludzkiej. Co więcej, nie tyle powłoki, co powłok.

Jihar the Lacerator
Jaźń, która została przecedzona przez sito Osnowy, zmieszana z przypadkowymi składnikami Immaterium i rozdzielona na dwie części została wepchnięta do ciał. Co więcej, nawet były to ciała, które były  Aeneasowi w pewnym sensie znane. W obu pojawiło się coś nowego, obcego. Medycyna określiłaby to jako nowotwór. Jedna połowa spojrzała na świat przez trójkę oczu, widząc ów przez pryzmat wiecznie wyczuwalnej Osnowy. Czuł prądy i pływy poruszające się w przestrzeni Immaterium. Choć nie było to dla niego niczym nowym, teraz patrzył na nie z zupełnie innej, nowej perspektywy. Druga połowa spojrzała na świat przez czwórkę oczu, szklanych i mechanicznych.
  • Doc

    Bardzo dobrze mi się to czytało. Mocny obraz sług Chaosu, które chcą dokonywać rzeczy wielkich, ale chcą też żyć.

    Byłoby fajnie jakbyś po zakończeniu kampanii napisał podobny epilog o tych, którzy przeżyli :)

    PS: Lynch jest w nas

    • Andrzej

      Epilog na pewno powstanie. Mam zamiar w nim zawrzeć konsekwencje Waszych działań. Bo to co się stanie z drużyną podczas dopełnienia się rytuału pewnie będziecie wiedzieć już w trakcie sesji ;)

  • Co tu się odpsykerowało?! 😈