Lordowie Chaosu

– Inaczej nie macie czego tu szukać – rzekł stanowczo starzec będący przywódcą mutantów zamieszkujących jedną z wielu jaskiń skrytych pod powierzchnią planety Tartarus. Na te słowa heretycy zwrócili się ku sobie. Pierwszy odezwał się, choć z trudem, Lynch:
– Skąd oni wiedzą o kryształach?! Może będą chcieli czegokolwiek innego w zamian za michę i opatrzenie nam ran.
– Kryształy zostają z nami – Cilia gestem uciszyła psykera – Siddel i Himlith zginęl nie po to byśmy oddali te kamienie jakimś mutantom z nory, tylko Abagorowi. To on jest celem naszej misji.

– Zatem zmuśmy ich do współpracy – odparł Aeneas. Hugo zwrócił w jego stronę swoje oczy.
– Szczerze, to wierzę, byśmy dali im radę. Mają przewagę liczebną, w dodatku toną w broni – Hugo wskazał skinieniem głowy na zwiadowców, każdy z nich miał po dwie lub trzy sztuki broni palnej. Mieli w czym przebierać na planecie będącej pobojowiskiem po dziesiątkach starć i bitew – Pewnie nawet dzieci biegają tu ze spluwami – syknął przez szczerbate usta.

Na chwilę zapadła ponura cisza. Z głębi jaskiń rozbrzmiewały rozmowy mutantów. Heretycy spoglądali po sobie. Lorenzo, który był w najlepszej kondycji z całej drużyny czuł zmęczenie tą planetą. Stracili trzech ludzi, byli wyczerpani i ranni. Hugo stracił wzrok, co uczyniło go bezużytecznym jako pilot. Na szczęście umiejętności Lyncha pozwoliły mu odzyskać oczy. Cilia, choć ze starcia z demonami wyszła niemalże bez draśnięcia, została ciężko raniona przez anomalię, którą wywołał Lynch. Z kolei on sam prawie zginął raniony przez zjawy spotkane wcześniej w spalonej wiosce. Cała trójka borykała się z ranami, które nieomal ich zabiły.
– I co, zastanowiliście się? – mężczyzna w masce przeciwgazowej zwrócił się w stronę heretyków. Wnet spostrzegł, że nie było ich tam, gdzie jeszcze przed paroma chwilami stali i rozprawiali między sobą. Ruszył naprzód z karabinem przed sobą, jednak nie napotkał nikogo. Gdy znalazł się w pionowym szybie do którego wleciał statek, zadarł głowę do góry i ujrzał desantowiec unoszący się nad jamą, a następnie odlatujący na południe. Pokręcił głową z dezaprobatą i wrócił do wnętrza jaskini.
Lecieli w milczeniu, licząc na jak najszybsze i bezproblemowe zakończenie misji. W fotelu obok nich spoczywał Siddel, którego ciało zaczęło już wydzielać nieprzyjemną woń. Zaschnięta krew na podłodze statku przypominała im o krwawej jatce, która odbyła się tu niespełna dobę wcześniej. Gdy tylko na horyzoncie pojawił się kształt samobieżnej wieży, wszyscy obecni na statku poczuli szybsze bicie serca. Wiedzieli, że za chwilę staną oko w oko z potężnym psykerem, który żywi do nich nieskrywaną pogardę. To mógł być finisz ich misji, jak i również żywotów.
Podeszli do lądowania i przez okna statku dostrzegli, że forteca się zatrzymała. On już czekał.
* * *
– Wasz towarzysz jest w kiepskim stanie – rzekł zmartwiony Lord Ussax spoglądając na Kaina leżącego w kapsule hibernacyjnej- Mogę Wam udostępnić moją pracownię, jeśli zamierzacie go przywrócić do zdrowia.
Vent skłonił głowę i zabrzęczał:
– Dziękujemy, Lordzie Ussax – po czym pomaszerował wgłąb zamku stukając swoimi metalowymi odnóżami. Mor’Der udał się za cyborgiem. Gdy przeszli przez kolejne komnaty pokryte pleśnią i porostami, dotarli do pomieszczenia będącego laboratorium Pana Plag. Na ścianach wisiały piły, noże, młotki i szczypce, które przywodziły na myśl bardziej zakład kowalski lub szewski, aniżeli narzędzia chirurgiczne. Co więcej, rdza czy wszechobecny brud nie pozwalały wierzyć, by użycie tych przyrządów było bezpieczne dla życia pacjenta. Może z wyjątkiem tych, którzy zyskali błogosławieństwa Nurgla.
– Chyba będziesz musiał sobie poradzić bez specjalistycznych narzędzi, Vent – mruknął otyły asasyn podpierając się swoim ogonem. Przez chwilę spaczony tech-kapłan milczał, po czym odparł:
– Ja jestem specjalistycznym narzędziem. Gorzej będzie z opatrunkami, lekami i środkami odkażającymi. Wracajmy na statek, nie znajdziemy tu nic przydatnego.
Obaj skierowali się na pokład Prawdy, gdzie Ussax przechadzał się w towarzystwie Schustera.
– A gdzie jest Wasz nawigator? Chyba nie zamierzacie lecieć na Tartarus bez użycia Osnowy? – zaintrygował się Pan Plag.
– W rzeczy samej, Lordzie Ussax. Sęk w tym, że Himlith, nasz nawigator jest dość… – westchnął Hieronymus Schuster.
– Specyficzną isto… – chciał dokończyć Vent, gdy wszyscy usłyszeli głośne tąpnięcie w ładowni.
* * *
Odłamki lewitowały nad dłonią Abagora, powolnie obracając się w dookoła.
– A gdzie pozostali? Było was więcej… – bibliotekarz zawiesił głos i po chwili dodał – Och… Jak widać, nie byli godni – choć hełm skrywał jego twarz, wszyscy wiedzieli, że właśnie uśmiechał się z zadowoleniem – Szczerze mówiąc, jestem zaskoczony, że zebraliście wszystkie brakujące fragmenty. Sądziłem, że uda Wam się zebrać co najwyżej część z nich, a resztę będę musiał odnaleźć sam. W zasadzie to dobrze, nie miałem najmniejszej ochoty pomagać temu pomiotowi Tzeentcha. Dostał to na co zasłużył. Podobnie ten dezerter, który gnije teraz wewnątrz Waszego statku.
Jeden ze spaczonych marines stojących za Abagorem splunął na ziemię z pogardą,a następnie wyszczerzył do heretyków rząd spiłowanych zębów.
Wszyscy stali ze spojrzeniami wbitymi w ziemię, starając się utrzymać myśli z dala od tego, do czego próbował ich sprowokować psyker.
-Ty powinieneś być następny – Abagor zwrócił się do Lyncha, wyciągając kolejne odłamki kryształu i pozwalając im dołączyć do pozostałych. Aeneas poczuł pot spływający po karku – Ale najpierw rzeczy najważniejsze.
Fragmenty, które wirowały w powietrzu zaczęły wydzielać coraz jaśniejszy blask, w pewnym momencie wszyscy byli zmuszeni odwrócić wzrok od poświaty, która zaczęła ich oślepiać. Zaraz potem usłyszeli grom uderzający wcale nie tak daleko od nich. Abagor zaczął odmawiać zaklęcie w jakimś nieznanym im języku. Kolejny grzmot, jeszcze bliżej niż poprzedni. Dostrzegli chmury gromadzące się dokładnie nad nimi oraz pomniejsze pajęczyny błyskawic przebiegające pomiędzy purpurowymi obłokami. Abagor kontynuował inkantację, gdy kolejna błyskawica uderzyła dosłownie kilkanaście metrów obok, sprawiając, że wszyscy się gwałtownie wzdrygnęli. Gdy ciemne chmury zgęstniały nad nimi zasłaniając promienie gwiazdy oświetlającej Tartarus, grom uderzył po raz kolejny, prosto w psykera Khorne’a. Blask kryształów zniknął w łunie błyskawicy. Oślepiające światło zalało okolicę wieży, skrywając Abagora w białej łunie. Kilka sekund później donośny krzyk rozszedł się echem po równinie.
Gdy światło zniknęło, a kurz wzniecony podmuchami wiatru opadł, oczom zgromadzonych ukazała się skrzydlata postać. Rogi zakrzywione ku górze stykały się u szczytu połączone trupią czaszką. Brzegi skórzastych skrzydeł oznaczone były ognistym śladem i przepaleniami, które żarzyły się płomienistą poświatą. Ręce przyozdobione w szpony dzierżyły wielki miecz, który jaśniał żywym ogniem, jakby został dopiero wyjęty z kuźni.
Zarówno spaczeni adeptus astartes jak i heretycy przyklęknęli przed obliczem demonicznego księcia Abagora.
– A teraz – zabrzmiał głos niby z najgłębszych odmętów Osnowy – powiedzcie mi, dokąd chcecie bym Was zabrał, larwy.
  • Doc

    Pociąg herezji pędzi i niedługo dotrze do krańca trasy!