Witajcie w Crepusculum („Per Aspera…”, cz.4)

Emperors_thirst

W poprzednim odcinku

Winda powoli opuszczała się coraz niżej, skrzecząc i dudniąc w szybie. Wszyscy byli przyzwyczajeni do niskich standardów przez życie w ulu, ale tym razem przez chwilę zastanawiali się, czy faktycznie zaraz nie runą z hukiem na dno tunelu. Gdy w końcu kabina zatrzymała się, a skrzydła metalowych drzwi rozsunęły, stali naprzeciw tłumu.

Kobiety, mężczyźni, dzieci i starcy. Większość z nich była ubrana w znoszone szmaty, prowizoryczne stroje sporządzone z połączenia przedmiotów codziennego użytku, narzędzi, złomu, tkanin i wszystkiego co mogło posłużyć za część garderoby lub dodatek do niej. Obwieszeni najróżniejszymi przedmiotami, świecidełkami z zakrętek od śrubek, żyletek, koralików, maskami przeciwgazowymi, zardzewiałymi częściami od starych narzędzi. Większość ich ubrań była zwiewna i cienka, trochę zbyt cienka na panujący na planecie chłód. Najwidoczniej rzadko mieli okazję opuszczać owe podziemia, w których było nieco cieplej.

 

W nozdrza uderzył ich też zapach potu, ludzkiego ciała, wilgoci i… czegoś jeszcze, czego nie potrafili zidentyfikować. I nie była to też ta dziwna woń, która unosiła się wokół Venta. To było coś innego. Jednak kwestie zapachowe były teraz ich najmniejszym zmartwieniem. Po sekundzie mierzenia się wzrokiem, postąpili naprzód, by znaleźć się w korytarzu. Twarde ściany z metalu i kamienia oraz nisko osadzony sufit przywodziły im na myśl ul, w którym spędzili większość swojego życia. Próżno było tu szukać zdobień i imperialnych rycin, ściany były gładkie i surowe – miały służyć za mury więzienia, niekoniecznie będąc pomnikiem „jedynej słusznej wiary”.

Heretycy stawiali kolejne kroki w przód pomimo skierowanych w swoją stronę wszelkiej maści prowizorycznych broni. Była to broń zarówno biała, złożona głównie z zaostrzonych domowymi sposobami kawałków metalu, kijów, szkła itp., jak i palna, której było więcej niż można się spodziewać po takim miejscu – strzelby rurowe, stare rozlatujące się pistolety i karabiny, które z pewnością niegdyś należały do imperialnych strażników. Wraz z każdym im krokiem, tłum odsuwał się, jakby odpychany jakimś magnetycznym oddziaływaniem. Wszyscy wpatrywali się w nich z trwogą i nieufnością, gotowi do ucieczki, lub ataku. Nikt nie odważył się jednak spojrzeć w oczy Himlitha, którego pół-demoniczna aparycja przerażała każdego z obecnych w tym miejscu. Ów szedł spokojnie na końcu grupy, rozglądając się dookoła z ciekawością i uśmiechając na widok ludzi kulących się przed nim. A nie widzieli nawet jego twarzy. Tłum rozstępował się przed heretykami, tworząc szpaler prowadzący wgłąb korytarza. Lorenzo, Mor’Der, Himlith i Vent domyślali się, że są prowadzeni do człowieka, który włada tym miejscem. Domyślali się też, że człowiek noszący taki przydomek musi być kimś wyjątkowym… albo przynajmniej odważnym.

 

Krocząc naprzód rozglądali się dookoła próbując wychwycić jak najwięcej szczegółów i informacji o tym osobliwym miejscu. Mieli na uwadze, że są gdzieś, gdzie od ponad 150 lat nie stanęła stopa imperialnych urzędników ani wojskowych. Brak jakiejkolwiek ingerencji i całkowita izolacja od reszty Imperium. To mogło być zarówno zaletą jak i wadą, kwestia ujęcia. Gdy dotarli pod kolejne metalowe drzwi, drogę zagradzała im kobieta w przeżartej rdzą masce przeciwgazowej. W ręku dzierżyła prowizoryczną broń wykonaną z maczety i dłuższego drzewca. Przez moment spoglądała na przybyszy, a potem bez słowa odstąpiła na bok otwierając drzwi, zza których buchnęły kłęby dymu. Momentalnie nasilił się dziwny zapach, który odczuwali wcześniej. Powstrzymując kasłanie, wkroczyli do wnętrza pomieszczenia, z którego promieniowało delikatne, niewyraźne światło. Gryzący dym wypełnił ich płuca, powoli przyzwyczajając do uciążliwej, ciężkiej woni. Od samego progu dostrzegli sylwetkę w głębi pokoju. Siedziała na jakimś tronie. Z kolei po prawicy tronu klęczała kobieta, której włosy opadając na twarz zasłaniały ją. Z drugiej strony, oparta o ścianę siedziała postać w dziwnym, kulistym hełmie. Gdy nowo przybyli podeszli bliżej, dostrzegli wąż biegnący od owego hełmu do tronu. Zbliżając się do Imperatora, mieli wrażenie, że wraz z nim na tronie siedzi ktoś jeszcze, spoczywając na kolanach swego władcy. Chwilę później zorientowali się, że nie do końca mieli rację. Stając naprzeciwko mężczyzny o okaleczonej, zapadniętej twarzy i równie dotkliwie popalonej skórze, usłyszeli:
-Witajcie w Crepusculum.

imperator


Podsumowanie fabularne sesji:

Bohaterowie stali naprzeciwko Imperatora, gospodarza Crepusculum. Odbyli z nim interesującą rozmowę na temat planety, okolicznych więzień i tego, jak rozpoczęła się ich znajomość. W ramach zadośćuczynienia za zabicie pięciu ludzi Imperatora, bohaterowie zgodzili się dostarczyć zapas leków, który mogli odnaleźć w więzieniach na planecie oraz zapewnić Crepusculum nowych członków społeczności. Chwilę potem zostali oddelegowani do więziennych sypialni w towarzystwie kobiet, które miały w przyszłości urodzić kolejnych obywateli Crepusculum, jednak przywilej ten nie przypadł Himlithowi oraz Mor’Derowi o czym przesądziły objawy ich spaczenia i mutacji.

Około godziny później drużyna wraz z Imperatorem zasiedli przy wspólnym posiłku. Posiłku, po którym wszyscy czuli się nad wyraz syci i odżywieni. Było to tym bardziej osobliwe, że również Kain – cierpiący do tej pory z powodu niemożliwego do zaspokojenia głodu – był najedzony. Tym razem tematem przewodnim rozmowy przy posiłku były same więzienia, w których mieli szukać wspomnianych leków. Następnie udali się do gabinetu lokalnego medyka – Zachariasza. Okazał się być sędziwym, flegmatycznym człowiekiem. Użyczył bohaterom mapy więzienia, do którego mieli się udać – Tenebris. Powiedziano im także, że więzienie jest opanowane przez chodzące zwłoki. Tam też, przy użyciu narzędzi udostępnionych przez Zachariasza i kilku elementów złomu Vent sporządził dla Kaina prowizoryczną protezę dłoni. Niedługo potem drużyna wyruszyła w stronę więzienia Tenebris, z wyjątkiem Lorenzo, który pozostał w Crepsuculum.

Po wylądowaniu nieopodal budynku i wejściu do środka, napotkali żywe trupy, o których im opowiadano. Przedarcie się przez hordę nieumarłych zajęło trochę czasu, lecz przebiegło pomyślnie. W trakcie walki ramię Himlitha przemieniło się w płomieńca – pomniejszego demona Tzeentcha. W pomieszczeniach, które niegdyś były kompleksem kuchennym więzienia, natrafili na skrzynki wypełnione różnego rodzaju medykamentami i przyrządami medycznymi. Kilkanaście minut później, obryzgani krwią i wnętrznościami zanieśli leki do statku i odlecieli w kierunku Crepusculum. Pech chciał, że w trakcie lotu Kain stracił panowanie nad maszyną i Prochy Albusa wylądowały wraz z pasażerami na koronach drzew lasu, nad którym przelatywali.

Poważnie ranni, obudzili się jakiś czas temu i zobaczyli nad sobą twarze kilku obcych mężczyzn. Pierwsze wrażenie podpowiadało, że są grupą zbieraczy i najpewniej również więźniów. Natomiast drugie – odczuwane przez każdego w inny sposób – że znajduje się wśród nich ktoś, kto intensywnie zakłóca działanie Osnowy.

  • Aż mnie ciarki przeszły!

  • Doc

    Myślę, że się dogadamy.

  • Nawet nieźle się gra przez tego roll20. Podobała mi się końcówka i ten burnfacemindfuck, jak spotkaliśmy blanka. Andrzeju mam na koniec prośbę: daj jakiegoś 1 bossa, który będzie jeden i będzie wymagający. Niech nas przeciora.

    • Zawau

      Spoko, będzie takowy.

  • Doc

    Imperator wydaje się być spoko kolesiem, twardo stąpającym po ziemi.
    No i ma zajebisty szlafrok.