Upadły Inkwizytor

-Hej hej to my gwardziści… – niosło się echem między wilgotnymi murami podziemnego więzienia. Czuć tu było woń moczu i zaschniętej krwi, która musiała przesiąknąć kamienie posadzki.
-Zamknij się.
-Nie straszna nam wojna oraz znój, raźno maszerujemy za tronów dwie kiści…

-Powiedziałem, zamknij pysk!
-I tak na końcu padamy martwi w gnój! – wykrzyczał na całe gardło ostatni wers refrenu, nim drzwi do jego celi otworzyły się z hukiem i do środka wpadł imperialny gwardzista dzierżący elektryczną pałkę.
Kilka razów wymierzonych ulubioną bronią arbitratorów poprzedziło kolano uderzające prosto w zęby. Trwało to dobre dwie minuty, nim ręka strażnika się zmęczyła, a więzień przestał się zasłaniać.
-Mógłbyś zdechnąć dla świętego spokoju, heretycki śmieciu – pożegnalny kopniak wyprowadzony w żebra sprawił, że na podłogę wypłynęła niewielka strużka krwi. Gwardzista odwrócił się i wyszedł z celi, usatysfakcjonowany z dobrze wypełnionego obowiązku. Minął kwadrans, nim zdołał się poruszyć i jęknąć obolały od ciosów, które na niego spadły.

-Biłbym Ci brawo, ale wiesz… – odezwał się głos z przeciwległej celi. Leżący na ziemi parsknął śmiechem i momentalnie tego pożałował, gdy złamane żebra uraziły jego przeponę.
-Nie potrzebuję Twojego uznania, inkwizytorku – wyseplenił przez wyszczerbioną szczękę. Strażnicy zdecydowanie bardziej lubili się wyżywać na nim, niż na jego towarzyszu niedoli. Wybrakowane uzębienie było jednym z dowodów tej prawidłowości. Powoli wsparł się na rękach i uniósł do pozycji siedzącej. Następnie obrócił głowę w stronę sąsiada i spojrzał na niego oczami o zniekształconych źrenicach i niemal białych tęczówkach.
-Wiesz co jest zabawne? Że na samym końcu, Ty i ja, “heretycki śmieć” i “imperialny urzędnik” jesteśmy sobie tutaj równi. Obaj skończymy tak samo. Powinienem sobie chlastać żyły, ale patrzenie na to, jak żałośnie wyglądasz sprawia mi zbyt wiele frajdy, nawet jeśli gówno widzę – zaśmiał się pod nosem i przesunął ręką po łysej głowie.
Nie odpowiedział mu słowem. Czuł, że ma rację, ale bardziej od zrównania z pospolitym oprychem bolała go niesprawiedliwość, którą wyrządziło mu Imperium, któremu przecież był zawsze wierny. Dlaczego go to spotkało…?

Myślami cofnął się do odległych czasów, gdy jego kariera nabierała rozpędu. Ukończył akademię, służył Inkwizycji, walczył z manifestacjami sił nieczystych, uczestniczył w egzorcyzmach, dostąpił święceń inkwizytorskich. Rodzina zeszła na dalszy plan, a niedługo później została mu odebrana jednym brutalnym ruchem niewidzialnej ręki. Gdyby mógł to przewidzieć, przygotowałby się lepiej, byłby jeszcze bardziej żarliwy w swojej wierze i walce z Chaosem. Nie był pewny, czy by ich to uratowało, jednak lubił powtarzać, że jeśli odnajdujesz w sobie miłosć do Imperatora, znajdziesz także siłę do dalszej walki. Gdy miało zabraknąć mu sił i sensu, odnalazł je w nauczaniu nowej uczennicy, której sukcesywnie przekazywał całą swoją wiedzę i mądrość zebraną przez lata. I to wystarczyło, by znów czuł równowagę ducha. W trakcie ciągłej wojny z Chaosem i herezją, nie ma zbyt wiele czasu na głębsze refleksje. Taki stan rzeczy utrzymał się przez lata. Aż do dnia, w którym zniknęła. Cała jego nieśmiertelność, dziedzictwo, zaklęte w jednej osobie. Niemalże cały sens jego egzystencji. Noce, które później nadeszły zapamięta do końca życia. Głosy w ciemności, dziwne sny, które go nawiedzały. Ogromne oko, mówiące do niego niezrozumiałym językiem. Obiecało mu, że ją zwróci, nie oczekując niczego w zamian. A potem poranki w trakcie których znajdował na swoich ścianach runy, których nie znał. Jak mógł nie ulec? Dziś wie, że zapłacił za to wysoką cenę. Szczęście w nieszczęściu, jakiś czas później ją odzyskał – zmienioną w pustą skorupę.   Nadal próbował się pocieszać myślą, że przynajmniej nie cierpi, nie jest w stanie odczuwać cierpienia. Marna pociecha, ale lepsza taka, niż żadna. Za nią jedną przehandlował imiona stu innych. Co mogą zrobić heretycy mając w posiadaniu jednego Nieskalanego? A mając ich dziesięciu? Albo stu…? Nie poświęcił setki osób, a całe planety, być może układy gwiezdne.

-Za późno na poczucie winy – z rozmyślań wybił go zimny głos Esmera. Stał po drugiej stronie krat, wpatrując się w Uhlmanna. Być może było ziarno prawdy w opinii krążącej na jego temat, jakoby jego ukryty za okrągłymi soczewkami wzrok prześwietlał ludzi na wylot. Odpowiedziała mu cisza. Fehr wyglądał jak swój własny cień. Podkrążone, przekrwione oczy, blada skóra. I groteskowość, którą nadawał mu brak jego mechanicznych ramion.
-Zapewne zaintryguje Cie wieść, że Irina zeszłej nocy zbiegła z lecznicy. Czy też raczej:  została przez kogoś stamtąd wyprowadzona – to było tak proste, że aż prawie nie czuł satysfakcji, gdy Fehr spojrzał na niego zszokowany.
-Kto to był?
-Na pewno ktoś z tych, których wcześniej szukaliśmy. Nie wiem, który.
-Gdzie?
-Pewnie w którymś ze slumsów.
-To za mało.
-Sam bym chciał wiedzieć więcej.
-Wiedziałeś, że tu przyjdą, więc wiesz też pewnie gdzie bywają.
-Nie wiedziałem, mówiłem Ci już – zgrzytnął zębami Fehr.
-Dlaczego miałbym Ci uwierzyć? Dlaczego miałbym uwierzyć w cokolwiek, co powiesz…? – Esmer otworzył drzwi do celi i przejął broń jednego z gwardzistów. Skierował ją w stronę siedzącego pod ścianą ex-Inkwizytora i odezwał się z wyrzutem.
-Jak mogłeś nas okłamać…? Mnie i Inkwizycję. Nie jesteś godzien tytułu, który okryłeś hańbą – wziął zamach elektrycznym obuchem.
-Lord Inkwizytor! – zawołał jeden z gwardzistów, przyklękując na kolano. Inkwizytor Esmer opuścił rękę i zwrócił się w stronę wejścia do lochu. Do środka wkroczył Varl Reinhardt. Patrząc wprost przed siebie, skupił wzrok na Torgundzie Esmerze, mijając kolejnych dwóch klęczących żołnierzy. Esmer pochylił głowę nisko, gdy Reinhardt zapytał bezceremonialnie:
-Dowiedziałeś się czegoś nowego?
Krótkie spojrzenie na obu Inkwizytorów wystarczyło mu, by stwierdzić, że nie. Następnie przeniósł wzrok na celę Mundy, który teraz spoglądał na niego z napięciem. Lord Inkwizytor uniósł jeden kąt ust w cynicznym uśmiechu.
-Zabierzcie Inkwizytora Fehra i przygotujcie go do poważnej i rzeczowej rozmowy. Ma mi wiele do opowiedzenia, a czasu tak mało. – na te słowa dwóch zbrojnych weszło do celi i wyniosło Fehra.
-A Ty dopilnuj, żeby on nie zaznał zbyt wiele komfortu przed stosem – trzeci gwardzista wszedł do celi Mundy, a chwilę później rozbrzmiały stamtąd odgłosy uderzeń, wyładowań elektrycznych i zduszone jęki. Kilka minut później, do celi wkroczyło jeszcze dwóch żołnierzy.
-Z kolei Ty, Inkwizytorze Esmer, pozwól ze mną. Pokażę Ci jak postępować z apostatami.

 

  • Doc

    Ha, dobrze mu tak! Jeden z głowy, został jeszcze drugi.

  • Imperialna *sprawiedliwość* zawsze na propsie.