Upadły czempion

Gwardzista podniósł karabin i drżącymi rękami przyłożył broń do twarzy. Choć cel znajdował się daleko, trudno byłoby weń nie trafić, był ogromny. W lewej ręce dzierżył szablę, która mogła mieć dwa metry długości. Właśnie przepołowiła dwóch spośród jego towarzyszy broni. Ostrze ścięło ich ciała niczym trzcinę. Nogi słaniały się jeszcze chwilę, a następnie opadły bezwolnie na ziemię. Tuż nad nimi przemknął ze świstem podłużny kształt. Mięsiste pnącze owinęło się wokół żołnierza i zaczepiło ostre haki w jego twarzy i szyi. Każdy hak był wielkości kciuka. Gdy nastąpiło szarpnięcie, wykonał piruet tryskając dookoła krwią z oczodołu i poderżniętego gardła. Slaanesh z pewnością uśmiechnął się na ten widok. Z kolei gwardzista zamarł w szoku. Czempion spoglądał właśnie na niego. Oblał go zimny pot. Jihar zaczął kroczyć w jego stronę.

 

Przeszedł kilka kroków, wdeptując w ziemię korpus jednego z żołnierzy rozpłatanych przed momentem. Nagle, niby znikąd, zjawiło się kilku gwardzistów i otworzyło ogień do spaczonego marine. Grad kul uderzył w kolosa, który jednak nic sobie nie robił z ich ostrzału. Pociski imperialnych karabinów nie były nawet w stanie przebić jego pancerza, nie mówiąc o wyrządzeniu mu najmniejszej krzywdy. Z furią w oczach uderzył szablą w najbliższego z żołdaków. Ostrze przerżnęło się przez jego obojczyk i rozcięło go na dwie połowy. Podnosząc miecz ściął kolejnego gwardzistę. Gdy pozostała trójka żołnierzy zaczęła się rozbiegać, zostali przewróceni najeżoną kolcami macką. Dla jednego z nich skończyło się to jelitami rozlanymi na ziemi. Gdy dwóch pozostałych zaczęło się podnosić, spojrzeli ze strachem na Jihara, który teraz stał wyprostowany i wpatrywał się w jakiś wysoki punkt. Uniósł głowę wyżej, a jego oczy odwróciły się białkami w górę. W tym momencie gwardzista obserwujący Jihara z dystansu, przestał rozumieć to, czego był świadkiem.Jihar portret

Powietrze zaczęło drżeć, a pomiędzy falującymi cząsteczkami zaczęły się formować niewyraźne sylwetki. Żołnierze w najbliższym otoczeniu zaczęli padać na kolana i chwytać się za głowy, wierzgając nogami i krzycząc w spazmach rozpaczy, bólu i szaleństwa. Podobnie, jak sylwetki, które wytrącały się z powietrza. Wyły, rozwierając nienaturalnie szeroko usta. Ich zawodzenie niosło się przez pole bitwy, doprowadzając do histerii każdego, kto je usłyszał lub ujrzał udręczone dusze. Kilku żołnierzy zdążyło odebrać sobie życie w akcie desperacji. Ci, którzy nie zdążyli, odbierali je towarzyszom broni w przypływie obłędu. Pozostali w ciągu minuty opadali bezwolnie na ziemię lub tkwili w miejscu wpatrując się w pustkę, niewrażliwi na jakiekolwiek bodźce napływające z otoczenia. Jeszcze kilku innych zaczęło iść za Jiharem, wlokąc niemrawo krok za krokiem z nieobecnym spojrzeniem.

Gwardzista właśnie klęczał na czworaka, wymiotował, krwawił z uszu i nosa. Czuł, że to już chyba to. Właściwie liczył, że umrze jak najszybciej, zanim to chodzące spaczenie zmieni go w coś, czym stali się inni żołnierze. Dokończył by to sam, ale czuł, jak z każdą sekundą traci siły, opadając coraz niżej na ziemię. Puls dudnił mu w uszach, tłumiąc wszystkie odgłosy otoczenia. Nie chciał patrzeć w stronę zjaw, bał się ich najbardziej. Ze spokojem przyjmował widok rozcinanych gardeł, odrywanych kończyn i rozwleczonych wnętrzności. Był żołnierzem, miał do tego przywyknąć.

Jednak cały jego przedśmiertny spokój kurczył się wraz z tąpnięciami, z których każde kolejne było głośniejsze. Długi i szeroki cień zbliżył się do gwardzisty i zatrzymał. Słyszał jęki umęczonych dusz, zimny pot oblewał jego skronie i plecy. Przerażała go myśl, że za chwilę może dołączyć do nich albo, co gorsza, do innych gwardzistów, którzy postradali zmysły i teraz szli za Jiharem. Czempion stał teraz wpatrując się w gwardzistę z kilku metrów. Nie był pewny, czy to, że zaczął sobie wyobrażać własne ciało rozerwane przez kolczastą mackę było spowodowane zwykłym strachem, czy też pomiot Chaosu właśnie wpływał na niego swoimi psionicznymi mocami. Zaczął dyszeć w histerii, próbując zebrać siły na sięgnięcie po swój karabin i strzelenie sobie w głowę, jednak jego wysiłek był daremny. Leżał w kałuży swoich wymiocin i krwi, łapiąc nierównomiernie powietrze, niczym ryba wyrzucona z wody na brzeg. Wiedział, że umrze, tylko bał się, że umrze w inny sposób niż by chciał. A w tej chwili nie był wybredny. W myślach modlił się do Imperatora o rozpłatanie, przebicie, spopielenie, wybuch. Wszystko, tylko nie utracenie duszy dla Chaosu.

Gdzieś za horyzontem właśnie ktoś dokonał pomiarów optyką, oceniając prędkość wiatru i odległość. Ktoś trzęsącymi rękami załadował pocisk do komory, a ktoś inny wydał rozkaz. Huk zginął w ogłuszającym harmidrze pola bitwy, które tętniło wystrzałami i wybuchami niczym żywy organizm. Miał być kolejnym po Horusie gwoździem do trumny Imperium. Miał własną czarną krucjatę i przerażające moce otrzymane od swoich patronów z Immaterium. Miał być wielkim centurionem Chaosu.

W ostatnim ułamku sekundy ujrzał pocisk przeszywający wielkie cielsko czempiona. Rozrywający je niemal na pół, pozbawiający go kończyn i galonów krwi, która rozbryznęła się dookoła w promieniu kilku metrów. Później był już tylko biały blask i cisza.

2500 lat później, w zupełnie innym zakątku Imperium…

Aeneas otworzył oczy i nabrał głośno powietrza, jakby wynurzył się spod wody po długim czasie. Oparł się na rękach i spojrzał na kałużę krwi, która się utworzyła przed nim. Z jego nosa i uszu spływała powoli gęsta i ciepła posoka. Czuł się nieludzko wyczerpany. Słyszał jakieś poruszenie za drzwiami, jednak nie zwracał na to większej uwagi. Czuł, że wewnątrz jego głowy coś właśnie się nieodwracalnie uszkodziło, jednak to też był tylko nieistotny szczegół. Wiedział już wszystko, co potrzebował wiedzieć o swoim zadaniu. Cieszył się i bał równocześnie. Miał przed sobą największą misję swojego życia i najpewniej ostatnią. 

  • [*]Jihar :( Grajmy dalej!

    • Zawau

      Nie rozpaczaj, plan jest taki, by go przywrócić do życia :)