Akolici Ordo Malleus – podsumowanie PbMa

Witajcie. Oto przed Wami cały PbM, którego wspólnie rozegraliśmy. Muszę przyznać, że poszło lepiej niż sądziłem. Z początku nastawiałem się na przygodę, która będzie prosta i lekkostrawna, lecz z biegiem czasu pojawiło się kilka okoliczności, które ubarwiły nam rozgrywkę. Zawarłem tu też wątki poboczne wszystkich graczy, więc wszystkie karty znajdują się na stole. Na samym końcu znajdziecie epilog naszej opowieści, który po części wyjaśnia, jakie będą dalsze losy drużyny. Zapraszam do lektury.

Akolici Ordo Malleus

Brudnymi i ciemnymi ulicami mknął opancerzony transporter. Kwadratowa bryła metalu pokryta imperialnymi symbolami sunęła przez słabo oświetlone osiedla trzeciego poziomu ula Sibellus. Silnik warczał głośno i miarowo. Ludzie, których mijał transporter rozglądali się z niepokojem. Nikt nie miał tyle odwagi, by próbować dojrzeć osoby siedzące za czarnymi szybami wehikułu. Niektórzy nawet skrywali się w ciemności zaułków, inni zamykali okna i drzwi, gasili światła w mieszkaniach. Obecność sił imperialnych w tej części miasta nie wróżyła niczego dobrego. Tym bardziej, że na masce transportera połyskiwała srebrzysta czacha na tle wielkiej litery “I”.

Niektórzy mogli się domyślać, że chodzi o dziwne wydarzenia, które miały miejsce w ciągu ostatnich tygodni w tych okolicach. Krew wyciekająca z kranów i rur, niepokojące głosy szepczące do ludzi z ciemności imiona zmarłych. Nierzadko takie sygnały okazywały się niczym więcej niż tylko plotki i przywidzenia. Jednak nikt z obecnych w transporterze nie miał w tym momencie nawet cienia złudzenia, że to zbieg okoliczności. Byli akolitami Ordo Maellus. Zakon Młota, Łowcy Demonów. Ci, którzy stają naprzeciw nieznanemu i nieopisanemu. Mieli być przygotowani na to, na co przygotowanym być nie można. Ścieżki ich i Chaosu prędzej czy później się skrzyżują i to niejednokrotnie. Będą oddawać i odbierać życia w imię Imperatora. Ich Inkwizytor – Torgund Esmer powiedział im przed dwoma dniami, że czeka ich próba, która określi, czy są godni szeregów Inkwizycji. Zwłaszcza Ordo Malleus, które skupia najbardziej oddanych, oraz silnych wolą i wiarą ludzi Imperium. Ci, którzy przechodza próby, zasilają dywizję. Ci, którym się nie powiedzie, kończą marnie, a śmierć jest najmniej marnym spośród ich końców. Siedzieli w milczeniu, obserwując ul pogrążony w płytkim i niespokojnym śnie. Powoli zbliżali się do celu swojej podróży. Celu, którym była fabryka części do bolterów automatycznych PK-101 Gladiator, używanych przez ciężkozbrojnych Gwardzistów Imperialnych. Jak wynikało ze śledztwa Inkwizycji, to z terenów wokół zakładu docierało najwięcej doniesień o dziwnych zjawiskach i omenach. Teraz należało sprawdzić, co mogło być ich źródłem.

W końcu transporter zatrzymał się, a rzężący silnik ucichł. Z odsuwanych drzwi wyłaniali się kolejni akolici. Gdy wszyscy byli na zewnątrz, drzwi transportera zasunęły się z trzaskiem. Ruszyli w stronę wielkich żelaznych wrót. Budynek-moloch straszył z daleka swą obskurnością i brudem. Konstrukcja z betonu i stali łączyła trzy poziomy ula – ten, na którym się obecnie znajdowali, oraz wyższy i niższy. Zazwyczaj fabryka pracowała dzień i noc, przez całą dobę. Dudnienie maszynerii i brzęk stali rozchodziły się echem przez kilometrowe hale produkcyjne. Wokół samej wytwórni zawsze panował ruch. Dziesiątki tysięcy pracowników przemieszczało się z miejsca na miejsce i kończyło lub rozpoczynało zmianę w zakładzie. Jednak dziś panowała tu ogłuszająca, nienaturalna cisza, zakłócana jedynie miarowym tykaniem chronometru znajdującego się na słupie nieopodal.

Wsunęli się przez półmetrową szczelinę między niedomkniętymi wrotami, przez które z łatwością przejechałby czołg klasy Stormlord, gdyby były otwarte na oścież. Weszli w pogrążony w półmroku hangar oświetlany jedynie światłem latarń docierającym tu przez szparę w drzwiach. Dopiero wewnątrz dało się słyszeć, że część maszyn nadal pracuje, jednak była to zdecydowana mniejszość. Dodatkowo, nie było słychać żadnych ludzkich głosów. Żadnych pokrzykiwań pomiędzy pracownikami, ani rozmów. Gdy ich oczy przywykły do ciemności, ruszyli głębiej, w stronę hal produkcyjnych. W jednym z korytarzy dostrzegli migoczące światło rzucane przez świetlówkę, która nie potrafiła się zdecydować czy się świecić, czy zgasnąć.

Nim ruszyli dalej, wstrzymali się, dostrzegając niewyraźny kształt to oświetlany, to skrywający się w ciemności pod mrugającą lampą. Było to ciało mężczyzny leżące na podłodze w ggroteskowej nieruchomej pozie. Plecy wygięte w łuk, rozczapierzone dłonie z wykrzywionymi palcami, oraz twarz zastygła w wyrazie niemego krzyku, z nienaturalnie szeroko otwartymi ustami i wywroconymi do góry białkami oczu. Co więcej, zarówno twarz jak i dłonie pokryte miał runami, które jednak ciężko było odczytać.

Przez kilka sekund wpatrywali się w leżące nieopodal nich ciało. Poczuli dziwne, lekkie mrowienie wewnątrz czaszki. Nie trwało ono dłużej niż ułamek sekundy. Zniknęło wraz z ciszą, którą przerwał jeden z nich:
– Nic tak nie zapowiada dobrego śledztwa, jak trup z powyłamywanymi kończynami… – z odpowiednią nutą cynizmu odezwał się Mor’Der. Człowiek, który ze śmiercią był za pan brat, a sztuki odbierania życia uczył się od najlepszych z najlepszych Inkwizytorów Ordo Malleus.
– Myślicie, że będzie ich więcej po drodze? – zapytał akolita, absolutnie nie zdając sobie sprawy, jak bardzo ironiczny wydźwięk będą miały jego słowa za jakiś czas.
– A weź się zamknij, zawsze jak zaczynasz tak mówić, kończy się na sprzątaniu po małej masakrze – rzucił Block, unosząc wspartą na ciężkim młocie bojowym głowę. Jego ton nijak nie współgrał ze zmęczonym uśmiechem, którym obdarzył kompanów. Poprawił opinający go szczelnie pancerz i rozsiadł się na połowie zajmowanej przez siebie czteroosobowej ławy, która zaskrzypiała pod jego ciężarem.
-Nie pogniewałbym się, gdybyśmy tym razem załapali się na coś więcej niż porządki.
Tej wymianie zdań przysłuchiwał się Vent, spec od sprzętu. Jednocześnie rozglądał się po pomieszczeniu, lustrując je snopem światła latarki domontowanej pod lufą pistoletu maszynowego.
– Demony w fabryce…? – skrzywił się – Cokolwiek tu robią, nie wygląda by korzystały z znajdujących się tu maszyn. A ten oto szczęściarz to pewnie były pracownik, których było tu na oko… dziesięć tysięcy – dorzucił chłodno.
Gdzie zatem się oni podziali? Jak długo fabryka może pozostawać nieczynna, nim administracja się tym zainteresuje? W jakim stopniu to wpłynie na ekonomię ula, planety, układu,  sektora? Co z tą legendarną, imperialną biurokracją, która…

Jakby zza grubej ściany, w tle zabrzmiał niewyraźnie ludzki głos. Przerwał tok rozmyślań, w których się pogrążyli. Jeden spojrzał na drugiego. Nie przesłyszeli się. Przeszli nad wygiętym groteskowo ciałem. “Nigdzie się nie wybiera” przemknęło im przez myśl. Oczywiście. Głos stał się nieco wyraźniejszy, bardziej zrozumiały. Przyśpieszyli kroku.
-Pomocy! Jest tu kto?! Na Imperatora! Pomóż mi! – rozchodziło się echem przez pomieszczenia pełne kotłów odlewniczych, taśm transportowych, dźwigni, łańcuchów i metalowych platform. Gdzieniegdzie unosiła się para przeciskająca się pomiędzy nieszczelnymi rurami. W ścianach dało się czuć miarowe dudnienie maszynerii. Zagłębiali się w mrok, lecz głos wciąż zdawał się rozpływać w korytarzach. Wołanie przeplatane z dudnieniem pięścią w grubą stal rozchodziło się z wielu stron dookoła.

 

Kobieta nasłuchiwała uważnie głosów rozchodzących się dookoła. Słyszała doskonale, skąd dochodzi wołanie. Zastanawiała się, kto zbliża się, by pomóc krzyczącemu mężczyźnie. Nasłuchiwała odgłosu kroków, które stawały się coraz bardziej donośne. Niespodziewanie szybko, rozbrzmiały w jej najbliższym otoczeniu. Drgnęła i skryła się za jedną z rur. W miejscu, gdzie przed chwilą byłaby widoczna jak na dłoni, błysnął snop światła rzucony przez latarkę jednego z akolitów, który uważnie rozglądał się po suficie. Gdy przeszli dalej, owinęła przewody bladymi jak ściana palcami i wychyliła się, by “obserwować” akolitów oddalających się w głąb korytarza. Przechyliła pozbawioną oczu głowę na bok, a potem z nienaturalną szybkością zniknęła w mroku pod sufitem.

 

duch

-Na Imperatora! – Lynch padł na kolana pomiędzy trójką akolitów –  Już myślałem że nie doczekam się chwili, kiedy namyślą się i przyślą tutaj odpowiednich ludzi.
Twarz mężczyzny świadczyła o ogromnym wycieńczeniu. Podkrążone, zmęczone oczy, pot ściekający ze skroni i karku.
– Nie odzywałem się, gdyż nie byłem pewien czy jesteście tymi, na których wyglądacie. Tak czy inaczej nie mam wyboru. Jestem ostatnim z oddziału przysłanego tutaj aby dokonać wstępnego rozpoznania. Aby… potwierdzić pogłoski. – tutaj splunął na ziemię. – Cholerne pogłoski! Moi bracia pozabijali się nawzajem, przez te… pogłoski. Widziałem jak skakali sobie do gardeł. Nie mam przy sobie broni. Musiałem się jej pozbyć. Bałem się, że to co tutaj wisi popchnie i mnie do czegoś, co splami mój honor. Jestem jak wy żołnierzem i umrę wzywając Imperatora, ale sam nie odbiorę sobie życia.
Nosił okazały pancerz pozbawiony oznaczeń. Mogło to świadczyć o przynależności zarówno do akolitów Mistrzów Ceremonii, jak i również do jakiejś organizacji przestępczej.
-Ty kto? – mruknął nieprzyjaźnie Block.
– Nazywają mnie Lynch. Niewiele osób wiedziało o obecności zwiadowców w tym miejscu. Wy nie mogliście o tym wiedzieć. Musicie mi uwierzyć, służę Imperium tak samo jak wy. – wykrzywił twarz w czymś co mogło być uśmiechem. Wokół niego, niczym sęp, krążył Mor’Der. Przyglądał mu się z ponurym wyrazem twarzy. W końcu odezwał się:
– To tak jakby…podejrzane, że tylko ty żyjesz z całej grupy. Tak jakby… – zawiesił zdanie w tym miejscu, tworząc w ten sposób niewypowiedzianą groźbę.
Spojrzał na Venta i Blocka, ale bardziej na Venta. To on był od składania puzzli w całość.
– Jakby to on był odpowiedzialny za ich śmierć – latarka wróciła na swoje miejsce, a ostry snop światła chwilowo oślepił Lyncha. – żadnych oznaczeń, żadnych dowodów prawdziwości twojej historyjki – mówił powoli Vent – Teraz jest ten moment, w którym mówisz coś co powstrzyma młot Blocka przed rozwaleniem Twojej czaszki.
Z kolei Block stanął obok wejścia do korytarza przerzucając młot z jednego ramienia na drugie, jakby był lekką zabawką. Nie pasowało mu coś jeszcze w tym pancerzu, na razie jednak nie wiedział jeszcze co.
– Sukinsyny – syknął przez zaciśnięte zęby Lynch.  Wciąż klęczał z zaplecionymi za głową palcami uniesionych ramion.
– No, dawaj, rozwal mi łeb tym tłuczkiem… przyjacielu. Umrę wzywając Imperatora. Tylko pozwól mi wstać z kolan! – krzyknął hardo do Blocka. Odwrócił głowę w stronę Venta:
– Tak. Ostatniego z moich braci zabiłem gołymi rękami. W jego oczach obudził się Chaos i już nie gasł. To samo stało się z pozostałymi. Jeden z nich o mało co nie połknął własnego języka… a ja… Nie wiem dlaczego przeżyłem. Zastanówcie się, mogę wam pomóc. Jeśli nie chcecie mojej pomocy, pozwólcie mi odejść. Lub zabijcie. – splunął na ziemię – I jeszcze jedno. Wiem kim jesteście, przysyła was Torgund Esmer. Mnie również.

Efrith

Wysłannicy Ordo Malleus milcząc wbijali przenikliwe spojrzenia w twarz Lyncha. Czy mógł mówić prawdę? Czy faktycznie był człowiekiem przysłanym z wyższego szczebla, czy też okłamywał ich, by za moment poderżnąć im gardła…? Nieprzyjemna cisza trwała coraz dłużej, przesycając atmosferę napięciem. Mor’Der przestępował z nogi na nogę, Block zaciskał palce na rękojeści młota, a Vent raz po raz przekładał karabin z ręki do ręki. Gdy w końcu jeden z nich chciał się odezwać, odwrócili się z niepokojem, bowiem z jednego z korytarzy znów dobiegały ich echa krzyku.
-Nie, zostaw mnie! Przestań! – tym razem głos należał do kobiety. Był pełen przerażenia i desperacji.
Akolici znów spojrzeli się na Lyncha.
-Kto tam jest? – spytał Block, zdejmując młot z ramienia i rzucając wrogie spojrzenie podejrzanemu.
-Nie wiem, nie mam pojęcia! – krzyknął Lynch.

…ale Lynch doskonale wiedział, kto krzyczy. A przynajmniej się domyślał.
„Ściąga ich do siebie… ale po co? Czy może po prostu odciąga ich uwagę ode mnie?” – długi czas spędzony w towarzystwie pomiotów Chaosu nauczył go, że kierują nimi te same pobudki, co nas. Tak samo różnorodne. Właśnie, od jak dawna z nimi obcuje…? Próbował sobie przypomnieć, przychodziło mu to z trudem. „Chaos ma znaczny wpływ na pamięć. Musisz się z tym pogodzić” – gdy słyszał te słowa, nie do końca zdawał sobie sprawę, na co się decyduje.

Usłyszał je z ust Heberusa – psykera, który zaginął przeszło dwa lata temu. Od dłuższego czasu obserwował wpływ Chaosu na jego ciało i umysł. Doskonale widział, jak się zmieniają… ewoluują. Dostrzegał każdą zmianę w sposobie swojego myślenia, w tym jak funkcjonuje jego organizm. Z satysfakcją dostrzegał, że widzi więcej, czuje więcej, rozumie więcej. Mógł za to zapłacić każdą cenę. Chciał tego. Chciał tego, co Heberus.

Heberus był już zaprzysiężonym Inkwizytorem, gdy zaginął o nim słuch. W rzeczywistości, porzucił Inkwizycję i Imperium, przechodząc na drugą stronę barykady i odnajdując sens w wierze w Tzeentcha. Jest potężnym psionikiem. Utalentowany i doświadczony. Niewielu akolitów dożywa momentu mianowania na Inkwizytora. On był jednym z tych, którym się powiodło. I nadal nie było dla niego zbyt późno, by odnalazł właściwą drogę. Jak na psionika – kogoś, kto odczuwa wpływy Chaosu znacznie intensywniej niż inni ludzie, stało się to wyjątkowo późno. Po przejściu na tę stronę rozwinął skrzydła. Kiedyś musiał poskramiać moc swego umysłu. Teraz używa go do woli, nie obawiając się konsekwencji

Nieco później znalazł nowego adepta – Lyncha. Stał się jego gońcem. Roznosi i zbiera wieści. To on kłamie, by Imperium trwało w niewiedzy. To on tworzy alibi. I przychodzi mu to z łatwością, bowiem nie bez przyczyny Tzeentch nazywany jest Tym, który zmienia drogi. Changer of The Ways. Pan wiedzy i kłamstwa. Bóg podstępu, iluzji i szaleństwa. Manipulator. Konspirator. Zmiana. Obietnica lepszego jutra. Oświecenie. Tym jest Tzeentch.

Widział niesamowite rzeczy, których Heberus dokonywał dzięki potędze swego umysłu. Setki ludzi pod jego wpływem. Oczywiście, nie otrzymał tej potęgi za nic. Te niesamowite rzeczy często były przerażające. Chaos to trudna do zrozumienia materia. Igranie z nią, to jak igranie z ogniem. Demony bywają jak dzikie zwierzęta. Możesz wśród nich przebywać latami, ale minuta nieuwagi może kosztować Cię życie, a czasem nawet i więcej. „Ale mnie chyba już zdążyła rozpoznać… Oby”.

Służy Heberusowi i siłom Chaosu, bo wierzy w sens tej misji. Imperium jest słabe i pogrążone w wewnętrznej wojnie. Imperator jest słaby, a być może i nawet jest martwy, a to Wielcy Lordowie sprawują faktyczną władzę mamiąc i oszukując biliony istnień ludzkich. Nic na Ciebie tam nie czeka. A czymże są bogactwa materialne w porównaniu z obietnicą życia wiecznego i pełnego oświecenia w równoległym, lepszym wymiarze?

Mor’Der przeklął w swojej ojczystej mowie. Jego towarzysze kojarzyli, że mniej więcej znaczy to, „Kurwy, piekło i szatany”. Język assasyna często składał się z pojedynczych słów, które w tłumaczeniu były trzema, czterema albo nawet całymi zdaniami. Chwycił Lyncha za przegub dłoni i wykręcił ją brutalnie za jego plecy.

– Stawiaj opór – przyłożył mu nóż do skroni – a wyszarpię twoje życie…po kawałku. Ty przodem…”przyjacielu”.
Lynch wstał powolnym ruchem z kolan. Gdy akolita zakuł jego przeguby w kajdany, odezwał się
– Nikt z nas nie był przygotowany na to, co się tutaj dzieje. Wy też nie jesteście – rzekł ponuro do Mor’dera. Ruszył ciężkim krokiem w stronę źródła głosu. Obok niego kroczył Block, obserwując go uważnie. Jeden niewłaściwy ruch i młot roztrzaska czaszkę Lyncha. Na końcu kroczył Vent. Kilka metrów za resztą, by obejmować wzrokiem wszystkich jednocześnie. Zerknął za siebie, z obawą spoglądając w pustkę.

Krzyk odbijał się echem i wracał. Odbijał się i wracał. I tak w kółko. Znów mieli wrażenie, że głosy dochodzą do ich z wielu różnych stron.
Coraz głośniejszy i wyraźniejszy. Krzyki kobiety wciąż trwały.
-Pomocy! Zostaw mnie, zostaw! – głos brzmiał coraz dziwniej. Tak, jakby ktoś bardzo cierpiał.
Akolici przemierzali kolejne metry korytarzy pełnych rur, zaworów i liczników. Z każdym krokiem krzyki zdawały się być coraz bliżej. W pewnej chwili wszyscy mieli wrażenie, że za rogiem ujrzą kobietę, którą tak dokładnie już słyszeli, oraz jej oprawcę.
-Zostaw mnie, zostaw mnie, nie!
Z należytą dozą ostrożności, popychając Lyncha do przodu, wychylili się zza krawędzi ściany. Ku ich zdziwieniu zobaczyli puste pomieszczenie, z którego odchodziły trzy wyjścia. W jednym stali, a po bokach znajdywały się dwa kolejne. Nie zwracali na to jednak najmniejszej uwagi, albowiem doznawali w tym momencie nieprzyjemnego, wręcz przytłaczającego uczucia dysonansu.
-Przestań, nie, nieee!!!
Ich zmysł słuchu utwierdzał ich w przekonaniu, że powinni stać naprzeciwko przynajmniej jednej osoby. Rozglądając się uważnie, weszli do pomieszczenia, w którym oprócz lampy wiszącej pod sufitem i kilku pustych kartonów nie było nikogo, ani niczego. Powietrze pomiędzy nimi krzyczało i błagało o pomoc – taki opis zdawał być się najbardziej dokładnym. Rozglądali się i nasłuchiwali uważnie – krzyki nie dobiegały z dołu, z góry, czy zza ściany. One dochodziły wprost z miejsca w którym właśnie stali. Rozchodziły się pomiędzy nimi i wokół nich. Momentami mieli wrażenie, że ktoś wrzeszczy im wprost do ucha. Co więcej, krzyki stawały się coraz bardziej rozhisteryzowane i pełne bólu. Słowa stawały się coraz mniej wyraźne, przybierając formę nieartykułowanego zawodzenia i przeciągłych, agonalnych wrzasków.

Vent rozglądał się szybkimi spojrzeniami na wszystkie strony, szukając czegokolwiek, co wydawało te upiorne krzyki. Głośnik, radio, cokolwiek, cokolwiek w co mógłby oddać serię z pistoletu by to na zawsze uciszyć. Nierealność zjawiska, w którym się znalazł przerosła go. Był gotów na demony, zjawy, przerażające widma – słowem, na coś co widać. Gdy wrzaski nabrały na głośności, Vent zwrócił się do towarzyszy w krzyku z nutką paniki:
– Nie możemy tu zostać, zabierajmy się stąd!
Widać było po nim, że czuje się tu nieswojo, że najchętniej rzuciłby to wszystko w cholerę i zbiegł, choć wiedział, że to okryłoby go dyshonorem w oczach towarzyszy. Już chciał skierować swe kroki do wyjścia, gdy…
-Moment, bracie… – Mor’Der powstrzymał go gestem dłoni – Nie jesteśmy od uciekania.
Zdążyli już poznać asasyna z jego dziwnej strony. W aktach Inkwizycji ktoś kiedyś zapisał na jego temat, że asasyn balansuje pomiędzy tym, co praworządne, a nieczyste, jednocześnie nie zdając sobie z tego sprawy. Część Administracji chciała nawet permanentnego usunięcia go z szeregów Inkwizycji i najlepiej umieszczenia na stosie, ale Torgund Esmer widział w nim potencjał i przydatność. Używając swoich wpływów uratował asasyna przed oczyszczającym płomieniem. Pchnął Lyncha pod jedną ze ścian.
– Stój tam, spokojnie…”bracie” – bo w przeciwnym razie będzie trudno ci się bronić ze skutymi rękoma, dopowiedziało spojrzenie zabójcy.

Mor’Der błyskawicznym ruchem noża rozciął czubek wskazującego palca, jednak ból, który natychmiast poczuł okazał się dalece niewspółmierny do tego, co zrobił. Na opuszku powoli napęczniała kropla krwi, jednak akolita czuł, jakby przez jego rękę przeszedł intensywny impuls elektryczny.Nie dał tego jednak po sobie poznać. Zaczął natomiast odmawiać inkantacją w wysokogotyckim, którą odczytywał z niewielkiej książeczki, którą wyciągnął z jednej ze skrytek na swoim pasie. Obsiepane rogi i powyginany grzbiet oznaczały, że często z niej korzystał. Uklęknął i otworzył książkę, gdzieś po środku.

– Życie to krew… – wyszeptał, ale prawdopodobnie żaden z towarzyszy tego nie słyszał. Płynnym gestem narysował dziwny symbol na posadzce, a następnie kontynuował deklamowanie egzorcyzmów.

Suffetul ei nu mai poate fi salvat…
(Dusza jej nie może być uratowana)
Este blestemata…
(Jest przeklęta)

Z każdą wypowiadaną przez Mor’Dera sylabą, krzyki nasilały się i brzmiały jeszcze bardziej boleśnie. Zdawać by się mogło, że sama inkantacja również zadaje ból krzyczącej kobiecie. W końcu, gdy jej wrzaski i płacz zaczęły brzmieć jak skowyt okaleczanego zwierzęcia, dało się też słyszeć coś innego. Jej głos zaczął się załamywać. Krzyki zaczęły urywać się w połowie, by rozbrzmieć ponownie chwilę później, lecz coraz słabiej i coraz niewyraźniej. W końcu rozbrzmiał pierwszy odgłos dławienia się i duszenia. Tak jakby ktoś jej poderżnął gardło i zaczęła się krztusić własną krwią w tchawicy. Takie przynajmniej odnieśli wrażenie. Coraz słabiej i coraz ciszej… Sekundy, może i nawet minutę później, wołanie umilkło całkowicie. Powietrze przepełniła ciężka, miażdżąca cisza, którą mącił tylko głos modlącego się Mor’Dera. Kiedy cisza zapanowała w pomieszczeniu, a Mor’der wciąż pochłonięty był w medytacji wypowiadanych wersów, Block i Vent spojrzeli na Lyncha.

– Przyjaciele! Ja… nie… – zdążył jeszcze wykrztusić. Jego ciało nienaturalnie wyprężyło się, wygięło. Uniósł głowę tak wysoko, jak tylko pozwalały na to ruchy człowieka. Widać było jedynie białka oczu. Zaczął drgać, przewrócił się na bok i rzucał się cały na posadzce. Teraz i Mor’der zerknął na niego, na chwilę zawieszając głos swoich modlitw. Wtedy Lynch znieruchomiał. Leżał na ziemi w pozycji na baczność. To nie mogło być realne, ale bez użycia mięśni wstał. To nie był skok. Siła zewnętrzna postawiła go do pionu.

– Synowie Imperatora! Czego szukacie? – w jego głosie rozpoznali kobiecy głos, który zawodził przed chwilą i zwabił ich tutaj. Białkami oczu łypał po kolei na każdego z nich. Nie mrugał. Stanł na palcach, nie opierał się o ścianę. Jego wielkie cielsko z trudem utrzymałoby się na czubkach ciężkich buciorów, a jednak trwał tak w bezruchu.

„Żarty się skończyły ” pomyślał zabójca i wstając ociężale z klęczek zrobił miejsce dla Blocka i Venta. Egzorcyzmy zmęczyły go bardziej niż przewidywał, a rozchodzące się po dłoni dziwne mrowienie nie poprawiało jego nastroju. Wycofał sie dwa kroki, aby jego towarzysze mieli więcej przestrzeni do działania. Nie czekając na zachętę, Block wymierzył obuchem młota w opętanego.

-My tu zadajemy pytania, kurwo Chaosu! Czym jesteś, do cholery?! – krzyk był dla niego wentylem powstrzymującym furie, która była już bliska wyrwania się na wolność. Świadczyła o tym gruba żyła pulsująca na jego płonącym czerwienią czole. Cios obucha rozciął wargę Lyncha. Polała się gęsta, ciemna krew, ale głowa nie odskoczyła. Tak, jakby uderzył w słup, okryty ciałem. Uśmiechnął się, i widać było że jeden z zębów odłamał się. Usłyszeli śmiech, który najpierw był kobiecy, potem męski, a potem jakby wtrącając się fałszywą nutą kilka osób naraz śmiało się głośno i trochę jakby na siłę, sztucznie. W tym czasie ząb wypadł. Vent zmierzył wzrokiem opętanego towarzysza. Wcześniej wymordował swoich braci, teraz stał się marionetką sił nieczystych kryjących się w tym miejscu? Kajdanki to za mało, by nie stanowił zagrożenia. – pomyślał Vent.

– Z czym mamy do czynienia? – zapytał zjawę – i gdzie jest tego źródło?
– Ha, ha, ha, taaaak… dobrze. Słodka krew śmiertelnika. Chcemy jeszcze, jeszcze… Macie tupet, aby przychodzić tu w tak skąpym gronie! Jesteście moimi gośćmi, tak jak ci przed wami. Nie uda wam się powstrzymać wielkiego Tzeentcha. Ale zabawię się z wami dłużej niż z tymi poprzednimi. Rozpoczynamy Grę.

Usłyszeli brzęk. Stojący na palcach Lynch rozchylił ramiona w geście zaproszenia. Na przegubach dłoni miał bransolety kajdanek. Dostrzegli, że nadgarstki są posiniaczone i zaczynają krwawić. Lynch upadł i skulił się. Wszyscy przyglądali mu się z uwagą. Złapał się za twarz i jęknął. Wokół nich panowała głucha cisza.Spojrzał na pozostałych swoimi własnymi oczami, w których widać było strach i pytanie. Lecz tak naprawdę nie patrzył na akolitów. Przed sobą miał bezoką bladą twarz kobiety-demona, która zarośniętą skórą w miejscu oczodołów spoglądała mu prosto w oczy. Nikt poza Lynchem jej nie widział, choć stała pośrodku, pomiędzy nimi.

-Wybiegasz przed szszereg – wysyczała szeptem, a on poczuł straszliwy swąd, który bił od niej – Mroczni bogowie miłują nadgorliwych, a nie gadatliwych, śmiertelnikhu. Zdradziłeś imię swojego boga – uśmiechnęła się szeroko, zasuszonymi wargami, które upiornie rozciągnęły się od ucha do ucha – masz szczęście, że ci trzej już nic nie zdziałają… – następnie wbiła się w niego, a Lynch szarpnięty niewidzialną siłą uniósł się w górę. Uderzył o sufit znajdujący się jakieś dwa metry nad ich głowami… Upadając, zderzył się z podłogą, lecz i od niej odbił się niczym piłka i wzbił ponownie w górę, obracając się w powietrzu tak, że uderzając znów z impetem o sufit wpierw zgiął nienaturalnie swoją własną rękę pomiędzy swym ciałem a sufitem. Wszyscy usłyszeli trzask, który przypominał odgłos łamanej gałęzi, jednak był o wiele bardziej nieprzyjemny w swoim brzmieniu. Gdy trzask łamanej kości rozbrzmiał do końca, Lynch opadł z sufitu bezwładnie na podłogę. Z jego przedramienia, tuż pod łokciem wystawała paskudna, okrwawiona i śliska kość. Widział, jak tuż za plecami Venta stoi blada i odrażająca kobieta, jednak on jej nawet nie zauważał. Odwróciła się, jakby na pożegnanie i uśmiechnęła do Lyncha, a potem zniknęła w ciemności korytarza z prawej strony od wejścia. Czułsię dziwnie. Oprócz złamania otwartego, które w sumie nie jest takie złe, jeśli porównać je z nieswoim uczuciem, które towarzyszyło mu od momentu powrotu świadomości. Jego ciało zostało zmienione. Ktoś tam był i poprzestawiał niektóre rzeczy, a inne schował. „Ktoś był w Tobie i coś zmienił. I zrobił to nie bacząc na Ciebie. Bez pytania, a może na Twoją własną prośbę” – pomyślał sam do siebie.

Lynch otworzył szeroko oczy i zawył z bólu. Przez pomieszczenie przeszedł niewielki podmuch zimnego powietrza. Wszyscy się wzdrygnęli. Widok nienaturalnie wykrzywionej, złamanej ręki przywołał w ich myślach obraz, który widzieli już tego wieczora. Czy tamtego człowieka mogło spotkać to samo? Z czym się zetknęli w tej fabryce?

Lynch siedząc pod ścianą jęczał z bólu. Drżącą zdrową ręką uciskał złamany łokieć.
– Suka – warknął pomiędzy zdławionymi jękami.
Block krążył niespokojnie po pomieszczeniu gotów do ataku młotem, jeśli nadarzyłaby się taka konieczność.
Vent ruchem głowy wkazał pozostałym, by mieli oko na wyjścia, po czym usiadł koło Lyncha i zdjął plecak.
– Ledwo żywy się nie przydasz – rzucił do rannego, oferując mu kojący ból zastrzyk. Mor’Der zbliżył się do Venta i Lyncha. Cicho, niczym śmierć.

– Czy to już nadszedł czas, w którym kończysz pieprzyć, a zaczynasz gadać do rzeczy? – zapytał wprost Lyncha i oczekując odpowiedzi na pytania, które nurtowały pozostałych akolitów.

-Nie pamiętam kiedy ostatni raz pieprzyłem.

Lynch wyszczerzył pełen bólu szczerbaty uśmiech w stronę Mor’dera. Mrugał nerwowo. Zastrzyk powoli zaczynał działać.

-Jeżeli oczekujesz czegoś konkretnego, to po prostu zadaj pytanie… żołnierzyku. – popatrzył najpierw na złamanie, potem obmacał rozcięte usta i oblizał krew z warg.
Zwrócił się teraz do Venta:
– Nasz oddział został rozbity kilkaset metrów stąd, zdążyliśmy zabezpieczyć hangary na poziomie 0 i -1. Pełno rupieci, poza tym nikogo. Zajęło nam to chwilę – wskazał ruchem głowy na około – małe to to nie jest. Potem musieliśmy zawrócić. Na -1 jedyna droga, jaką znam prowadzi przez pancerne, zamknięte na głucho wrota, które można chyba otworzyć z terminala na górze. Nie wiem na pewno, nie byłem tam. Wysłaliśmy tam zwiad. Chwilę potem wszyscy po kolei zaczynali wariować. Przez radio usłyszałem wezwanie o pomoc. Wróciłem na poziom 0. Jednego z nich widzieliście chyba. Pogięło go. Żył jeszcze, kiedy… – tu Lynch zawiesił głos z wahaniem – Nie wiem ile tu siedzę. Czas tutaj płynie jakoś inaczej.

Vent spojrzał na oznaczenia farbą znajdujące się na ścianie. Były znaki identyfikujące poszczególne sektory fabryki, typowe dla tego planu zabudowy.
– Jeśli pójdziemy prawym korytarzem, powinniśmy natrafić na klatkę schodową, którą można wejść na wyższy poziom. Tam znajdziemy administrację i halę pracowniczą. Mogą tam być ślady tego, co tu się wydarzyło – zamilkł na moment, wspominając ciało w nienaturalnie wygiętej pozycji – Drugą opcją jest zejście w dół. W kondygnacji piwnicznej znajdziemy najcięższe maszyny i skład całego toksycznego syfu, jaki wykorzystywała lub produkowała fabryka. To jak robimy?
– Na górze jest oświecenie, na dole potępienie. Prędzej czy później i tak nas to czeka, ale na razie sprawdźmy z czym mamy do czynienia…

Gdy stanęli u wejścia do klatki schodowej, spojrzeli najpierw w górę, a potem stopniowo opuszczając wzrok szacowali ilość pięter. Z niższych, niknących w mroku kondygnacji pięła się metalowa kratowana konstrukcja złożona z dziesiątek, jeśli nie setek tysięcy schodów, sięgająca wysoko, wysoko ponad nimi. Zarówno szczyt jak i dno klatki schodowej były dla nich teraz niedostrzegalne. Być może znajdowali się pośrodku, a być może bliżej któregoś z końców – nie mieli pewności. Od spoglądania w górę kręciło się w głowie. Od spoglądania w dół, robiło się słabo. Jedyną wskazówką były cyfry wypisane na ścianach, które dawały mgliste pojęcie o tym, gdzie się znajdują.

Wspinaczka po schodach ciągnęła się w nieskończoność. Długa, mozolna i jednostajna. Stopień za stopniem. Echo buciorów uderzających o metal. Pomruki i skrzypienie metalu, dudnienie maszynerii. Spirala schodów pięła się wyżej i wyżej. Zastanawiali się, ile już minęło odkąd tu weszli. Trzy godziny? Pięć? A ile już wchodzą po schodach? Pół godziny? Godzinę? A może więcej? Choć upływ czasu zgodnie ze słowami Lyncha zdawał się być odkształcony, wszyscy odczuwali zmęczenie. Zwłaszcza Block, który miał do wniesienia po schodach największy ciężar z uwagi na swoją posturę oraz okazały pancerz płytowy. Kropelki potu formujące się na jego czole i niewybredne uwagi pod adresem architektów fabryki tylko o tym przypominały. Lynch, choć poobijany, wyraźnie nie tracił rezonu, idąc wciąż równym krokiem po schodach i dotrzymując kroku Ventowi, który rozglądał się wciąż po fabryce z rozwagą i niepokojem równocześnie.

Tylko Mor’Der nic nie mówił, dziwnie nieobecny i bardziej ponury niż do tej pory. Czy to, co zobaczył, zrobiło na nim jakiekolwiek wrażenie, czy to tylko czujność mająca nie pozwolić im dać się znów zaskoczyć? A może chodziło o jego rękę, która od jakiegoś czasu pulsowała dziwnym odrętwiającym bólem, sięgając stopniowo coraz głębiej i głębiej…

Gdy w końcu stanęli na jednym z pięter, odsapnęli z ulgą. Po chwili odpoczynku, ruszyli wgłąb korytarza prowadzącego z klatki schodowej do innych pomieszczeń poziomu. Jedne z drzwi na korytarzu były otwarte, a zza nich biła niewyraźna poświata lampki biurowej. Pomieszczenie było czymś w rodzaju biura, lub gabinetu, w którym mógł urzędować tutejszy archiwista. Pod ścianami stało kilka regałów wypełnionych po brzegi księgami, papierami i formularzami, z których część była odłożona niedbale na wierzch innych, wystając i piętrząc się nierównomiernie. Była także jedna szafka z trzema szufladami, zapewne również wypełnionymi papierami. Z kolei na ścianie wisiał obraz przedstawiający jednego ze Space Marines w ferworze walki. Zdawał się kompletnie nie pasować do tego miejsca, być może przez wzgląd na wydarzenia, których uczestnikami byli tej nocy, a być była to po prostu kwestia gustu. Na końcu ich wzrok powędrował w kierunku jednego z rogów pokoju. Stało tam biurko, na którego blacie spoczywała duża, zamknięta księga z dziwnym symbolem na grubej skórzanej okładce.

symbol

Wkroczyli do pokoju. Mor’Der od wejścia skierował swoje kroki ku biurku, na którym spoczywała księga.
A o tym, co wiesz? – pyta spoglądając na księgę i wyciągając w jej stronę dłoń, żeby poczytać. W tym samym momencie poczuł bolesne ukłucie w głębi swego ramienia. To ta ręka od dłuższego czasu go niepokoiła. Czy to, że to nią sięgnął po księgę mogło być przypadkiem? Nie zastanawiał się nad tym. Zamiast tego wyjął z kieszeni w pasku niewielką pieczęć z paskiem cienkiego pergaminu i przyłożył ją do swojej bolącej ręki. Chciał zacząć inkantować tekst modlitwy, jednak powstrzymał go przed tym przenikliwy ból, który poczuł natychmiast po zetknięciu pieczęci z powierzchnią skóry.

– Piekło nadało…opuszczasz mnie, Imperatorze… – bardziej stwierdzał, niż pytał. Spojrzał na święty znak, który zamienił się w kawałek czarnego papieru. Rozrzucił spaloną pieczęć, a ta rozpadła się na tysiące kawałków. Ścisnął obolałe palce w pięść. Rozprostował je ponownie zagryzając wargi z bólu. Jednak to nie ból był najgorszy. Tormund Esmer zadbał o to, by jego protegowany był w stanie znieść nawet tę torturę. Najgorszy był fakt, że jego własne ciało buntuje się przeciwko świętym symbolom, że reaguje na nie tak gwałtownie.
– Jesteście gotowi na śmierć, bracia? – zapytał bez podszytego cynizmu, co nie było w jego stylu.
– Odkupienie czy potępienie…jeden pies, jeśli nie oddychasz – sięgnął po księgę, jakby była ostatnią deską ratunku… albo brzytwą, która miała dopełnić ich losu.

– Zaczekaj – spróbował powstrzymać Mor’Dera – To nie jest księga ze zbioru tej placówki. Bardzo możliwe, że ma ona związek z tym, co się tu dzieje – Vent starał się jak najszybciej wypowiadać słowa, widząc tylko chwilowe wahanie towarzysza – a jeśli to prawda, to myślisz, że ktoś by ją tak zostawił na stole? Ktoś chciał, byśmy ją znaleźli.
Vent widział kiedyś ten symbol. Podczas ćwiczenia manewrów, gdy przeczesywali pewne zrujnowane miasto, natknęli się na kryjówkę heretyków. W środku zastał ich widok, którego nie zapomni nigdy. Ciała, których skóra była wywrócona na lewą stronę. Miejsce szybko przejęły i zabezpieczyły siły inkwizycji, ale Ventowi udało się zerknąć na jeden z wynoszonych z izby przedmiotów. Była to księga z symbolem na okładce.
Identycznym jak ten.

– Na pewno masz rację – trudno było stwierdzić czy assasyn zgrywa się z Venta czy rzeczywiście myśli, co mówi – Pierwsza zasada rozbrojenia pułapki jasno wskazuje, że najpierw należy w nią wpaść – po czym otworzył księgę. Przekartkował ją i zaczął czytać. Po kilku sekundach przewrócił książkę na sam początek i zaczął czytać od samego początku. Mijały kolejne sekundy i minuty, a Mor’Der czytał dalej, nawet na sekundę nie odrywając wzroku od kart książki. Czytał ją ze spokojem i skupieniem, tak jakby najzwyczajniej w świecie go zaciekawiła.
Mijały kolejne sekundy i minuty, a Mor’Der czytał dalej, nawet na sekundę nie odrywając wzroku od kart książki.
Lynch spoglądał kolejno na towarzyszy.
– To całe miejsce jest przeklęte – powiedział cicho na widok tego, co działo się z Mor’derem. Kiedy ten zaczął czytać księgę, odstąpił na krok. Zacisnął oczy. Oczekiwał najgorszego. Złamana ręka bezwładnie zwisała. Za nic nie chciał kusić losu po raz kolejny.
Vent, widząc zachowanie Mor’Dera odzywa się z wahaniem:
– I co? – jednak zabójca nawet nie spojrzał w jego stronę.
Lynch spojrzał na księgę uważniej.
– Bracia, czy znacie inskrypcję na okładce? – zapytał Lynch. Wiedział,że księga, którą czyta właśnie asasyn to „Księga jednej prawdy”. Widywał ją w rękach Heberusa kilkukrotnie. Znał jej nazwę, bo sam mentor mu ją wyjawił. Lynch pamiętał, że za każdym razem, gdy jego mentor czytał księgę, pogrążał się później w głębokim śnie podobnym do śpiączki, który trwał nawet po kilka dni. Tak jakby lektura bardzo go wyczerpywała. Sam Lynch nigdy nie zaglądał do księgi, wiedząc, że mogło by to się dla niego skończyć bardzo źle. Ponoć księga posiada tak wielką moc, że byłaby w stanie uszkodzić, lub nawet obezwładnić słabszy umysł. Teraz jednak widział, że asasyn stoi jak gdyby nigdy nic. Zacisnął oczy i pomyślał: Panie, objaw swoją moc.
Nie znając odpowiedzi na pytanie Lyncha Vent chwycił księgę tkwiącą w dłoniach Mor’Dera i szarpnął, jednak z zaskoczeniem odkrył, że jego towarzysz nawet nie drgnął gdy próbował mu odebrać znalezisko. Równie dobrze mógłby szarpać się z posągiem.
– Bracie, oddziel go od tej księgi albo będę zmuszony ją spalić w jego rękach! – zwrócił się Vent do Blocka, tracąc cierpliwość.

 

Księga jednej prawdy

Na krwiście purpurowym niebie kłębią się niespokojne chmury. Pod nogami przemykają się strumienie piachu niesionego wiatrem. Pod butami zachrzęściły kamienie i kawałki jakichś konstrukcji. Wokół panuje absolutnie głucha cisza, którą przerywają tylko sporadyczne podmuchy wiatru i odgłos niesionych przez niego obiektów. Krajobraz dookoła był monotonny. Nieregularne pagórki i hałdy kamieni i zgliszczy rozciągały się aż po horyzont. Rozglądając się, w końcu je dostrzegł. Unosiło się swobodnie jakieś pół metra nad ziemią, rzucając na nią okrągły cień. Powoli się wznosiło i opadało. Spokojnie, płynnie. Miało jakieś trzy metry średnicy, było mętno zielone, żywe i w środku pozostawało w ciągłym ruchu. Jego zawartość przelewała się i krążyła w środku, niczym atrament w wodzie, albo dym. Hipnotyzujące. Niesamowite. Idealne. Jedynym stałym elementem zdawała się być czarna niczym noc, ostra i wąska źrenica, z której spoglądała na wszystko dookoła bezdenna, absolutna pustka. Przytłaczająca i perfekcyjna. Oko promieniowało jasną poświatą i emitowało dziwny, jednostajny szum. Wprawiał umysł w dziwny stan. A może to wiatr świszczał pomiędzy pagórkami?

oko
– A to co? – zapytał na głos, jakby ktoś miał mu odpowiedzieć.
Dziwnie spokojny i opanowany zaczął iść w kierunku oka. Zreflektował się, że ta planeta bardzo przypomina jego rodzimy świat. Nieskończoną ilość razy wypuszczał się na dzikie bezdroża, które rozciągały się na tysiące kilometrów dookoła ula Khalafu, w którym żył i odbierał życie.

– I co się teraz wydarzy? – stanął na przeciwko tego dziwnego tworu, którego nie powinno tu być. „Tu, to znaczy gdzie?” Sprawdził jeszcze czy ma w kaburze na biodrze swój bojowy nóż. Był tam, więc był gotów na wszystko, co miało nadejść. Tak przynajmniej sobie wmawiał…
Wierzysz, że kawałek metalu cokolwiek by tu zmienił? – pytanie pojawiło się znikąd, niewypowiedziane, po prostu przemknęło w myślach zabójcy. Czy to on o to zapytał, czy może to… oko?
Wypełniony uczuciem spokoju, który wydawał mu się czymś nowym, choć tak naturalnym dla tego miejsca, stanął naprzeciwko dziwnego obiektu. W jakiś dziwny podświadomy sposób, wiedział, że nie ma tu nikogo poza nim, ani tym… czymś.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że oko wciąż go obserwuje, że źrenica wciąż podąża za nim. Im dłużej stał przy oku, tym wyraźniej słyszał szum emitowany przez nie. Szum, który teraz przeradzał się w strumień szeptów, wielu różnych szeptów. Część z nich mówiła powoli i przeciągała sylaby, inne w pośpiechu i gorączce mamrotały jakieś niezrozumiałe słowa. Strużki świateł i kłęby dymu wciąż przelewały się wewnątrz oka, owijając źrenicę i przepływając gdzieś wgłąb.
-A zatem, Khalafijczyku… – odezwał się bezbarwny, wielowarstwowy głos, a wszystko wskazywało na to, że rozbrzmiewa on w głowie zabójcy, a nie wewnątrz oka – Odnalazłeś Księgę Jednej Prawdy. Czyś gotów na jej poznanie? Czy dziecię Imperatora jest na tyle silne by sięgnąć do oświecenia? By odnaleźć prawdziwą drogę, oraz podążyć nią? – głos zdawał się kwestionować tę kwestię – A może Twoja „Jedna Prawda” wciąż spoczywa wewnątrz Złotej Trumny?
Równie mnogi i tubalny, wielowarstwowy śmiech rozbrzmiał echem dookoła, rozdzielając się na szyderczy chichot, histeryczne śmiechy i krzyki szaleńca, które do śmiechu nawet nie były podobne.

– Czy jestem gotów? Jeśli Imperator tak stwierdzi, to chyba jestem. Jeśli nie, to pewnie zabierzesz mnie do samej Otchłani. Wcześniej jednak spróbuję wyszarpać swoje życie z twoich rąk, demonie – wyciągnął nóż z kabury i poczuł się pewniej.
– Dawaj, demonie! Pokaż mi, co przygotowałeś dla Mor’Dera! – wyszczerzył zęby w uśmiechu. A następnie zacisnął je z całej siły tak, że w sekundę popękały z trzaskiem i wystrzeliły do wnętrza jego ust, wbijając się w dziąsła i podniebienie, wpadając do jego tchawicy. Zabójca padł na kolana, kaszląc i plując haustami krwi. Nim zdążył złapać głębszy oddech, padł do przodu, płasko na twarz, niczym przygnieciony niewidzialnym ciężarem. Jego twarz dociskała się coraz mocniej do podłoża, zgniatając jego nos i wbijając jedną z gałek ocznych na krawędź jednego z kamieni wystających z ziemi. Czuł, jak ścięgna w jego przedramionach powoli naprężają się do granic swojej wytrzymałości. Chwytając desperacko powietrze, słyszał, jak jego nadgarstki chrupią i pękają z zewnętrznych stron.
Oko wciąż swobodnie unosiło się tuż nad ziemią. Przed źrenicą przepłynęła właśnie jasnozielonkawa wstęga.
-Czy życzysz sobie więcej, synu Imperatora? – rozbrzmiał głos, całkowicie pozbawiony emocji.

Gdy tylko agonia odpuściła, choćby na chwilę, umysł Mor’Dera powędrował do czasów jego treningów, zanim jeszcze został mianowany akolitą. Przypomniał sobie techniki i sposoby, które miały mu pomóc przetrwać każde, choćby najbardziej wymyślne, przesłuchanie i tortury. Ale nic nie mogło się równać z tym, co właśnie się działo. Jedyne, co mógł zrobić to roześmiać się, gdy już katorga dobiegła końca. Najpierw chichotał po cichu, aż jego głos przeszedł w szaleńczy rechot. Na tyle na ile pozostało mu sił, z płuc wydobywał się ów śmiech, który rozpraszał ból.
– Tak, jestem gotów – wyseplenił przez bezzębne usta w pewnym momencie i znów ogarnęło go rżenie.

Niewidzialny, gigantyczny palec docisnął ciało Mor’Dera o setną milimetra. Zapadła ciemność.
-Oto jedna prawda.
Wszystko stało się ciemnością. Była zimna i pusta, aż zjawiło się światło, które wybuchając czystym, białym blaskiem, rozlało przed widzącymi sferycznie oczami pejzaż mgławicy i konstelacji. W sekundę przemknęła wielokilometrowa rzeka obrazów, od pierwszego atomu, do niepoliczalnej, krwawej masakry na miliardach planet, pomiędzy Imperium, a wszystkimi możliwymi stronami konfliktu. Oceany krwi, pustynie kości. Wszystko łączy Zmiana. Jest więźniem. Wiecznie zdradzony. Jego posłańcy to jego kaci. Jest słaby. Zostanie posilony i ponownie oszukany. Niebawem umrze. Dożyłbyś tego. Widziałbyś upadek Twojego boga. Czyż rozpacz tej chwili nie byłaby taka, jak ta, którą czujesz teraz? Czyż świat nie zionąłby wtedy czarną rozpaczą, pustką pochłaniającą światło? Nie chcę dawać Ci wyboru. Chcę nadać Ci znaczenie. Sądna chwila nadejdzie niebawem. Szukaj proroka. Ufaj sprzymierzeńcowi.
Tubalny głos zamilknął na moment.
-Oto jedna prawda – wypowiedział demon, a Mor’Der synchronicznie z nim powtórzył te słowa… tak cicho, że pozostali z trudem zrozumieli słowa.
Wszystko powoli zaczęło się rozjaśniać.

Adeptus Astartes

Nagle, zupełnie niespodziewanie odwracając się do Venta i wręczając mu księgę, Mor’Der przemówił:
-Nic z tego nie ro… – przerwał, gdy rozpędzony młot Blocka uderzył go w w szczękę. Nie miał szans na wycofanie ciosu, gdy jego cel się już poruszył. Kilka białych paciorków odbiło się od ściany i poturlało po podłodze. Mor’Der się zatoczył i opadł na ziemię, tuż pod nogami Lyncha i Venta. Z rozchylonych ust zabójcy wyciekała strużka krwi, która szybko utworzyła niewielką kałużę przy jego twarzy. Złamana żuchwa była pozbawiona trzech zębów, podobnie jak szczęka, z której środkowe zęby zostały wyłamane lub wbite do wnętrza dziąsła. Moment później, z łoskotem na ziemię upadła zamknięta księga, którą wypuścił z rąk chwilę wcześniej. Zabójca przez dłuższą chwilę był półprzytomny, dopiero po minucie odzyskując rezon.
Vent rzucił Block’owi pełne irytacji spojrzenie mówiące „Miałeś przywalić w księgę, kretynie”, po czym unikając wzroku Mor’Dera, nie oglądając grimuaru schował go do plecaka i zaczął przeszukiwać biurko, na którym wcześniej leżała księga. Wyjąwszy z szuflad jakieś papiery, notesy, księgi i mapy, zaczął je przeglądać z uwagą. Na mapach odnalazł szczegółowe plany pomieszczeń, sieci kanalizacyjnych i energetycznych. Z diagramów wynikało, że każdy z wielkich oddziałów wytwórni miał własne agregaty. Miejsc, z których można otworzyć, lub zamknąć poszczególne wrota było wiele. Pokój, w którym się właśnie znajdowali był jednym z tych miejsc.

Natomiast Block nie zwracał uwagi na Lyncha, a tym bardziej na bezczelny wyrzut we wzroku Venta. Przypadł do Mor’Dera pomagając mu się podnieść.
-Wybacz braciszku, młota jak sprawiedliwości nie da się zatrzymać gdy raz wprawiony zostanie w ruch.
Zza pancerza wyjął mocny strzykawkę ze środkiem powstrzymującym krwawienie i uśmierzającym ból i podał zabójcy.

Mor’Der spojrzał na wszystkich po kolei, każdego z osobna obdarowując szklistym wzrokiem. Tym samym, który jako ostatnią rzecz na świecie dano było zobaczyć jego ofiarom. Odtrącił rękę Blocka. Z tej wyślizgnęła się strzykawka i upadła na posadzkę. Asasyn nie był w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Żuchwę rozrywał tępy i pulsujący ból. Ten przypominał mu, że nadal żyje. Podobny ból czuł też w ręku, jednak tym razem, była to druga ręka. Ta, która bolała go wcześniej, teraz wydawała się być całkowicie zdrowa. Od palców w głąb ramienia promieniował dziwny ból, jakby ktoś raził go prądem.
Nie był obrażony, ani zdenerwowany. Przestał im ufać. Przestał wierzyć we wszystko, co do tej pory znał. Przeżegnał się gorliwie i na odchodne wykonał obrazoburczy gest w kierunku swoich towarzyszy, który mówił jasno: pierdolcie się.

W jego głowie dopiero teraz powracały obrazy wydarzeń i istot, których doświadczył czytając księgę. „Co się właściwie wydarzyło? I czego tak naprawdę doświadczyłem? Czy moje ciało zdematerializowało się i udało się w podróż przez gwiazdy. Imperator, tylko jemu przysięgałem wierność…i tylko jemu. Nikomu innemu. I jeśli zachowam zmysły po tym wszystkim odnajdę prawdę.

Nie chciał wierzyć w to, co pokazało mu „oko”. Nie chciał zaakceptować tego, że wszystko, na czym zbudowane było jego życie, to kłamstwo. Ale jeśli rzeczywiście tak jest. „Znajdę tych, którzy za to odpowiadają i wyszarpię prawdę z ich żołądków”. Rękę znów położył na rękojeści bojowego noża.

-Z nami działo się to samo. Niedługo zaczniemy do siebie strzelać – skwitował ze smutkiem Lynch przyglądający się tej scenie. Widać było po nim, że już wrócił do pełni sił, choć jego ręka wciąż pozostawała złamana. Odwrócił się od nich i rozglądał dalej po pomieszczeniu. Duża metalowa szafa, którą obserwował wydawała miarowy, jednostajny odgłos buczenia prądu. Otworzył metalowe drzwiczki. Przełączniki, lampki, sygnalizacja, opisy, linie rozchodzące się w różnych kierunkach.
– Zdaje się, że coś znalazłem – rzucił do reszty grupy.
Przesunął małą wajchę z opisem “hala główna, -1”. Zapaliła się czerwona lampka i pulsującym światłem dała znać o jakiejś akcji. Wsłuchał się. Gdzieś w oddali zawył silnik, chwilę potem metaliczny dźwięk, jakby płyty metalu tarły o siebie. Zaczął bawić się szeregiem klawiszy poniżej wajchy. „Oświetlenie?” – pomyślał.
Trzaski w jednakowych odstępach czasu. Coraz głośniejsze. Pokoik, w którym się znajdowali miał przeszklenie na jednej ścianie. Lampy po kolei mrugały, potem czerwono i coraz jaśniej rozpraszały mrok hali. Dopiero teraz zobaczyli, jak olbrzymia była hala 0. A w fabryce takowych hal znajdowały się dziesiątki. Pod każdą z lamp wisiały, niektóre niekompletne, niektóre oskórowane, trupy pracowników fabryki.
– O kurw… – wyrwało mu się niechcący. Zakręciło mu się w głowie. Cofnął się i wpadł na przełączniki. Pod wysokim sufitem zaczęły kręcić się olbrzymie wentylatory wydając miarowy szum. Wiszące ciała zaczęły się kołysać poruszane podmuchami powietrza, niczym jakaś makabryczna wersja karuzeli do łóżeczka dla dziecka.
– To jak, macie tą mapę? – rzucił do pozostałych po chwili.

Nim Vent zdążył cokolwiek odpowiedzieć, nad głowami usłyszeli stłumione tąpnięcie. Brzmiało, jakby coś ciężkiego opadło na podłogę piętra tuż ponad nimi. Spojrzeli po sobie pytająco. Już mieli zacząć się rozglądać, gdy usłyszeli kolejne odgłosy. Kroki. Tak samo ciężkie, niosące echo i powolne. Coś dużego właśnie chodziło nad nimi. Być może ich szukało. Być może zmierzało w ich kierunku. Mogło do nich dojść klatką schodową, którą niedawno opuścili. Mogło przyjść z innej strony. Równie dobrze, sądząc po masie, jaką to coś miało, mogło tu wbić się przez sufit, miażdżąc tego, kto by miał wystarczająco dużo pecha, by znaleźć się bezpośrednio pod nim.

Asasyn już miał zamiar wyjść z pokoju, by udać się w poszukiwaniu źródła odgłosów, gdy Vent powstrzymał go słowami:
– Zwabmy to cholerstwo do korytarza łączącego nas z klatką. Jeśli sukinsyn okaże się potężny, uwięzimy go między dwoma wrotami.
Uznając to za bezpieczniejsze rozwiązanie, pozostali zaczęli przygotowywać się do konfrontacji.
– Osobiście uprzednio zaminowałbym ten korytarz, ale jeśli ktoś z was ma ochotę przeprowadzać kolejny egzorcyzm, to nie będę się wtrącał – wycedził.

Nim jednak zdążył wypowiedzieć te słowa, dudnienie kroków gwałtownie przyśpieszyło. Łup, łup, łup. Łup, łup łup. Tak, jakby ktoś zrzucał na podłogę sztaby żelaza. Wskazując każdemu miejsce w pokoju, Vent stanął w głębi pomieszczenia, a pozostali rozstawili się na wyznaczonych pozycjach.. W tym samym momencie, kroki stały się jeszcze wyraźniejsze i głośniejsze. Chyba przeszedł na klatkę schodową. Wszyscy zacisnęli palce na broni i w milczeniu oczekiwali rozwoju wydarzeń. Dudnienie trwało dalej. Kolejne stopnie, coraz niżej i bliżej. Łup, łup, łup.

Kto, lub co to mogło być? Gdy zdali sobie sprawę, że “to” właśnie weszło do korytarza, który mieli przed sobą, poczuli kropelki potu zbierające się na karku. Nie widzieli go, lecz doskonale słyszeli. Było coraz bliżej. Coraz głośniej. Łup, łup, łup. Kroki zbliżały się nieubłaganie. Każdy poprawił jeszcze raz uchwyt na orężu.

Mor’Der i Vent unieśli broń ku swym twarzom, celując w głąb wejścia. Jak na złość, światła lamp na korytarzu zaczęły nieregularnie mrugać, spowijając przejście w półmroku i rozjaśniając je naprzemiennie. Czuli już pod stopami wibracje rozchodzące się po podłodze z każdym kolejnym krokiem. Coraz bliżej. Ponieważ byli skryci wewnątrz pokoju, nie zobaczyli cienia rzuconego na ziemię. Był ogromny, pokrywający niemal całą posadzkę korytarza. Teraz kroki zwolniły, jakby stawiane z większa uwagą. Łup… Łup… Łup.
Wstrzymaj oddech, właśnie go zobaczyłeś.

Sylwetka wypełniła przejście do pokoju, pozostając w cieniu. Zarówno Mor’Der, jak i Vent się zawahali, unosząc brwi do góry – czy możliwe było to, co widzieli? Naprzeciw nich stał wysoki, mający ponad trzy metry mężczyzna odziany w pancerz. W ręku dzierżył bolter o charakterystycznym, kanciastym kształcie. Co mógł tu robić Kosmiczny Marine? W ich umysłach rozkwitła nadzieja i błogie poczucie ulgi. Adeptus Astartes przybyli nam pomóc. Teraz pójdzie znacznie łatwiej. Teraz jesteśmy bezpieczni. Podnieśli brody znad luf broni, ponownie nabierając powietrza.

Postawił krok do przodu, a światło lamp w pokoju oblało jego lico światłem.

marine

“Ghrrrr” – z gardła czempiona dobyło się tubalne warczenie przemieszane z bulgotem.
W tej samej chwili zza węgła wejścia, wprost w korpus giganta pomknął młot dzierżony przez Blocka. Zaskoczony przeciwnik w ostatniej chwili chwycił nadlatujący w jego stronę młot jedną ręką i jednym ruchem uderzył nim jego właściciela. Block odbił się od własnej broni i upadł pod ścianą ogłuszony.
To było jak zapalnik, wytrącający z szoku dwóch pozostałych akolitów. Mor’Der i Vent jednocześnie pociągnęli za spusty swoich broni. Rozbłyski z luf, huk wystrzałów, szczęk przeładowywanej po każdym strzale broni wypełniły pomieszczenie. Spaczony Marine zasłonił twarz ręką. Choć kule czyniły mu nie więcej krzywdy niż ukąszenia owadów, ich grad zmusił go do wycofania się do korytarza. Wypuścił z gigantycznej ręki młot Blocka, którego odgłos upadku zniknął wśród salw broni palnej. Odwracając się, uskoczył w głąb korytarza i z rykiem przyprawiającym ich o ciarki na plecach, zniknął w korytarzu naprzeciwko nich.

Lufy broni dymiły z gorąca. Zdali sobie sprawę, że zużyli większość amunicji, a to coś i tak uciekło na własnych nogach. Ile czasu minie, zanim wróci…?

Gdy tylko marine zniknął w korytarzu, Vent natychmiast rzucił się do konsoli z przyciskami i przełącznikami, by zamknąć wrota do klatki schodowej i do pokoju, w którym się znajdowali, odcinając gigantowi inne drogi, niż do hali produkcyjnej. Choć drzwi zamykały się z mozołem, to wystarczyło, by skierować pomiot Chaosu w upatrzonym kierunku. Usłyszeli kolejną serię dudniących kroków. Po chwili ujrzeli go przez szklane okno w pokoju, biegnącego po jednej z platform wysoko nad ziemią. Obserwowali, jak były kosmiczny marine przemyka po wiszących stalowych kładkach, zastanawiając się, czy te konstrukcje są na tyle trwałe by go utrzymać. W tym momencie, potwór odwrócił się w ich stronę i wycelował bolter. Odruchowo padli na podłogę lub schowali się za ścianą. Wypalił z boltera kilka strzałów, które zostawiły w szybie żarzące się dziury wielkości ich głów, a potem pochylając się w przód ryknął przeciągle. W głębi duszy nienawidzili już tego głosu, choć słyszeli go dopiero drugi raz. Chwilę później przeskoczył barierkę platformy i zleciał kilkadziesiąt metrów w dół hali. Widzieli jak ciemna smuga przemyka pomiędzy maszynami i kładkami, aż w końcu usłyszeli huk, którego echo wracało do nich kilka razy. Mieli płonną nadzieję, że upadek choćby go zranił, jednak kilka sekund później usłyszeli znajome im warczenie, oraz kroki, które teraz z racji dzielącej ich odległości były znacznie cichsze. Coraz cichsze. Czyżby sobie poszedł?
– Trzeba sukinsyna wziąć w pułapkę – Lynch przerwał milczenie – Moglibyśmy zwabić go pod ten kontener, a potem go zrzucić na niego. Może… Może wtedy go dobijemy – gdybał, wciąż pod wpływem stresu, który właśnie przeżyli.

Nie odpowiadając nic, Vent wyszedł na podwieszany chodnik, zaczepiony na stalowej konstrukcji. Wyjrzał przez barierkę i spojrzał w przepaść. Przypomniał sobie godziny wchodzenia po schodach i nie mógł uwierzyć, że ktoś mógłby przeżyć taki skok. A tego, że przeżył, Vent był pewny. Stalowa konstrukcja zatrzeszczała, dając znać, że została nadwyrężona przez działania marine. Ile mógł ważyć, 150 kg? 200?

Już miał wracać do pokoju kontrolnego i obmyślić dalszy plan działania, gdy coś tknęło go by spojrzeć w górę.
Po drugiej stronie hali, piętro wyżej, na podwieszanym chodniku stała młoda dziewczyna. Po prostu stała i patrzyła się w dół. Prosto na Venta. Miała na sobie ciuchy pracownika. Vent chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co. W końcu to niemożliwe, by jakaś kobieta przeżyła w miejscu, gdzie wytrenowali specjaliści walczą z własnym szaleństwem. Starając się jej przyjrzeć zauważył coś jeszcze.. piętro wyżej niż kobieta, trochę w głąb hali na pomoście stał kolejny pracownik. Tak jak ona wpatrzony bez ruchu w miejsce przebywania Venta. Nad nim kolejny. Na każdym piętrze stał wyprostowany pracownik i bezgłośnie obserwował. Dziesiątki sylwetek, idących przez nieskończoność w górę i w dół, w mrok, tak, że tylko odbicia lamp w oczach świadczyły o ich obecności. Vent wycofał się w stronę pokoju kontrolnego i już miał krzyknąć do towarzyszy, gdy wtedy w odbiciu przeszklonej ściany zobaczył postać stojącą tuż za nim. Odwrócił się i zobaczył jedynie wisielca wpatrzonego w siebie. Nikt nie stał na platformie. Byli tylko zmarli.

Inżynier podszedł do trupa i ruchem noża uwolnił go od liny. W ciszy czekał, aż po długiej chwili usłyszał głuchy trzask łamanych kości, po czym wrócił do towarzyszy. Usiadł w rogu i pustym wzrokiem wpatrywał się w mapę i pozostałe papiery, które wyjął z szuflad biurka.
W tym czasie Block rozcierał obolałą twarz, w którą kilka chwil wcześniej uderzyła jego własna broń. Nigdy nie czuł się tak bezsilny. Teraz siedząc wpatrywał się w swój młot bojowy, zastanawiając się, co mógł zrobić lepiej w tym starciu, jednak nic konstruktywnego nie przychodziło mu do głowy.

Z kolei Mor’Der położył się na podłodze i dwoma kopnięciami wyłamał siatkę zabezpieczająca szyb wentylacyjny biegnący w głąb ściany pomieszczenia. Wsunął się do środka i rzucił do pozostałych:
-Wrócę za pięć minut – po czym zniknął w ciemności.

W hali co chwilę rozbrzmiewało dudnienie maszyn z tego lub innego zakątka fabryki, szczęk żelaza uderzającego o żelazo i ryk spaczonego marine. A może był to tylko metal uginający się pod własnym ciężarem?. Choć działy się tu dziwne rzeczy, fabryka wciąż pozostawała w ruchu, niczym jedna wielka niepowstrzymana maszyneria zaprogramowana by już zawsze działać, bez końca. Co tu się tak naprawdę działo…? Skąd mógł się wziąć tutaj ten gigant. Został przyzwany w jakiś mistyczny sposób, czy może fizycznie przetransportowany do tego miejsca? Czy jest jedynym takim potworem w tym miejscu? Czy oprócz niego spotkają tu kolejnych? Co jeszcze ich czeka? W myślach prześledzili cały swój pobyt w tym miejscu i zastanawiali się, co prócz duchów, spaczonych marine i halucynacji może na nich czekać w tej przeklętej fabryce…

Gdy Vent usiadł i zaczął przeglądać mapę, spomiędzy jej kart wysypały się luźne kartki, zapełnione ręcznym pismem. Niektóre były nieczytelne, inne zapisane niezrozumiałymi znakami, jednak kilka z nich dało się odczytać.

 

Szyb wentylacyjny

W środku szybu panowała nieprzenikniona ciemność, którą rozświetlał niewyraźny promień latarki niesionej przez akolitę. Choć snop światła nie sięgał dalej niż na metr, pozwalał swobodnie się przemieszczać i rozglądać po przewodzie.

Ponownie odłączył się od reszty grupy. Czy dobrze zrobił? Co tak naprawdę widział gdy czytał księgę i jak wiele czasu minęło gdy ją czytał? Dlaczego właśnie teraz o tym rozmyślał?

Schodząc coraz głębiej w pochyłym szybie, tracił powoli rachubę tego, gdzie się mógł znajdować. Czy wciąż był w okolicach hali produkcyjnej, którą chciał zbadać, a może jakimś przypadkiem dobrnął nie tam, gdzie chciał? Zatrzymał się na czworaka na skrzyżowaniu dróg i rozejrzał. Wszystkie trzy odnogi niknęły w mroku, a każda zdawała się być podobną do poprzedniej. Po chwili zastanowienia wybrał jedną z nich i ruszył dalej. Co jakiś czas zatrzymywał się, nasłuchując, jednak zdawało mu się, że gdy tylko przestawał się ruszać, wszystkie dźwięki milknęły, jakby wiedziały, że on słucha.

W końcu na jednej ze ścian zobaczył łunę światła. Z ulgą doczołgał się do kratki, która była za zakrętem. Rozejrzał się uważnie, jednak nigdzie nie dostrzegał spaczonego marine. Już miał się obrócić by nogami wyłamać i tę kratkę, gdy niespodziewanie tuż przed nim, stanęła noga masywna niczym słup, a zaraz po niej druga, taka sama. Głośne sapanie i powarkiwanie rozchodziło się nad Mor’Derem, który teraz z całych sił skupiał się na tym, by nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Gigant zrobił kilka kroków w miejscu, najpewniej rozglądając się, a po kilkunastu sekundach, ruszył ociężałym krokiem w głąb hali. Gdy asasyn był pewny, że spaczony marine się oddalił się, wybił kratę z zawiasów i wyczołgał się z przewodu wentylacyjnego. Postąpił naprzód kilka kroków i rozejrzał się. Znalazł się wśród kontenerów wypełnionych częściami do karabinów. Gdy zadarł głowę do góry, ujrzał wskazany wcześniej przez Lyncha kontener, wiszący centralnie nad nim. To mogłoby się udać – pomyślał z cieniem nadziei. Wtedy zwrócił uwagę na dwuskrzydłowe drzwi znajdujące się w odległości kilkunastu metrów dalej. Były zamknięte i dodatkowo zabezpieczone łańcuchem. Sądząc po ich położeniu, mogły prowadzić do sąsiedniej hali, równie dużej jak ta, w której aktualnie się znajdował.

Mor’Der przyjrzał się uważnie drzwiom. Łańcuch wpleciony między drzwi wyglądał tak jak reszta wiszących tu łańcuchów. Ten akurat był zakończony hakiem, który był zaczepiony o jedno z ogniw, tak, że utrudniał otwarcie drzwi z drugiej strony. Dopiero teraz zauważył symbol identyczny do tego, który widział na okładce księgi, tylko tym razem odwrócony do góry nogami. Na pierwszy rzut oka wyglądał jakby był namalowany palcem umaczanym w krwi.

Z kolei po przeciwległej stronie hali, Mor’Der dojrzał niewielkie okno, które musiało być tym samym, przez które obserwowali wcześniej spaczonego marine. Kilkadziesiąt metrów pod nim zobaczył podobne drzwi, które najprawdopodobniej prowadziły do przejścia do kolejnej hali produkcyjnej.

W dalszej kolejności zabójca rozejrzał się po suficie. Próbował dojrzeć jakieś okna, lub jasne punkty, jednak oprócz wirujących wiatraków o płatach wielkości człowieka, oraz dyndających trupów nie dojrzał niczego istotnego. Przypomniał sobie klatkę schodową, po której wchodzili szmat czasu i doszedł do wniosku, że znajdują się mniej więcej w samym sercu fabryki. Powyżej nich były kolejne piętra, podobnie pod podłogą. Do wyjścia z fabryki na ulice ula dzieliły ich jakieś 2 kilometry, mierząc w prostej linii.

Ze skupienia na obserwacji wyrwały go powracające kroki ex-space marine, które dudniły niczym młot uderzający w kowadło. Gdy wreszcie go zobaczył, zaczął się zastanawiać nad tym, na ile świadomym może być stwór. Wcześniej był człowiekiem, a właściwie nad-człowiekiem. Ile z jego rozwiniętej świadomości pozostało po przejściu na drugą stronę? Czy był w stanie myśleć, analizować i porozumiewać się z kimkolwiek? Tego asasyn nie był w stanie stwierdzić, nie miał ku temu podstaw. Za to czarne niczym noc oczy zdawały się być dwoma bezdusznymi, nieskończenie głębokimi otchłaniami. Przez to odnosiło się wrażenie, jakby stwór był tylko pustką, obleczoną w plugawe, zniekształcone ciało, a oczy były jedynymi punktami, w których można było dostrzec tę pustkę.

Mor’Der jako asasyn został wytrenowany w zadawaniu bólu i śmierci, nie znał się na anatomii Space Marines. Nie miał pojęcia o istnieniu takich organów jak płat wzrokowy, czy Ucho Lymana, które zapewniały Adeptus Astartes drastycznie zwiększoną percepcję bodźców wzrokowych i słuchowych. Wiedział jednak, że igra ze śmiercią i każdy jego ruch ma w tym momencie znaczenie. Jeden nieuważny krok czy gest i kilkaset kilo chodzącej furii obierze sobie go za cel. Dotarło to do niego ze zdwojoną siłą, gdy dostrzegł nieckę o średnicy metra, głęboką na kilka cali, odciśniętą w stalowej podłodze, najpewniej po tym, jak marine wylądował w tamtym miejscu po zeskoczeniu z wysokości.

Spojrzał na zegarek. Wskazywał kilka minut po trzeciej. Byli tu od jakichś sześciu godzin.

Przez kilka minut obserwował spaczonego, zastanawiając się, jaki jest cel jego włóczenia się po fabryce. Marine chodził po hali, rozglądając się i powarkując od czasu do czasu. Zaglądał w różne zakamarki, obserwował maszyny, później szedł w inny rejon hali i tak w kółko.
W końcu zniknął na dłużej w jednym z zaułków, nie pojawiając się nigdzie indziej, co zaintrygowało asasyna na tyle, że postanowił sprawdzić, co się stało z jego podejrzanym. Cicho niczym cień, przemykał pochylony pomiędzy warczącymi maszynami i innymi elementami konstrukcji fabryki. Gdy w końcu dojrzał swój cel, zatrzymał się i obserwował uważnie. Spaczony marine stał i patrzył przed siebie. Mor’Der widział tylko jego plecy, więc nie mógł zdefiniować, co tak go zaaferowało. Gdy marine w końcu ruszył dalej i zaraz zniknął za rogiem, zabójca także ruszył. Co mogło go tam ściągnąć? Czyżby miał własny, konkretny cel? Metr za metrem, Mor’Der skradał się w cieniach rzucanych przez otoczenie. Ważąc każdy krok, zważając na każdy ruch, zbliżał się do miejsca, w którym ostatni raz widział spaczonego.
W końcu, stanął przy rogu i wychylił się zań. Zobaczył pusty korytarz.

Wtedy zorientował się, że chyba właśnie wpadł w pułapkę. Spojrzał w górę i zobaczył czarne niczym smoła oczy wpatrujące się w niego z uwagą. Nie był pewien, czy mu się wydawało, czy może marine na swój pokrętny sposób się uśmiechnął. Może gdyby nie miał szeregu szpiczastych kłów, byłoby to łatwiejsze do zdefiniowania. Na pewno było widać satysfakcję w jego pustych ślepiach, tego asasyn był pewien. Nim pomyślał, zrobił przewrót do tyłu, który uchronił go przed ciosem. Ramię grubości żeliwnej beli uderzyło w ścianę, odkruszając kawałki betonu i rozpylając dookoła chmurę pyłu. Marine ryknął wściekły i rzucił się w stronę akolity, który teraz odwracając się w miejscu puścił się sprintem do przodu. Za sobą słyszał kroki kolosa, które wcale nie były tak wolne, jak oczekiwał. Co więcej, zaczęły przyśpieszać. Zacisnął płonącą z bólu szczękę i też przyśpieszył.

W biegu, pomiędzy jednym krokiem a drugim, w ułamkach sekundy Mor’Der analizował kolejne scenariusze. Drzwi. Czuł podświadomie, że za nimi znajdą odpowiedzi na pytania, które ich trapią. Gdyby skierował się do nich teraz i próbował rozplątać łańcuch, marine dobiegłby do niego zanim asasyn by się dostał do środka. Później powinni się tam udać, ale póki marine Chaosu tu się kręci, będzie to problemem.
Prowadził teraz spaczonego pod kontener, ale jak miałby go nań zrzucić? Ładunek wisiał niemal pod samym sufitem, klamry zwalniało się najpewniej z pokoju, w którym zostali inni akolici. Teraz nawet ich nie dostrzegał. Czyżby nie słyszeli potwora…?

Pozostała droga, którą się tu dostał. Słyszał, jak space marine skraca dystans pomiędzy nimi. Asasyn przeskakiwał mniejsze skrzynie i barierki, zaś gigant bezmyślnie je tratował, lub odrzucał na bok kopnięciami, rycząc co chwila w furii. Odłamki fruwały na boki i do góry, odbijając się od ścian, spadając na plecy akolity, lub pod jego nogi utrudniając ucieczkę. W końcu dobiegł do ostatniego zakrętu i ujrzał przed sobą szyb wentylacyjny. Przyśpieszył, choć płuca już chciały wybuchnąć. Marine uderzył w ścianę barkiem, lecz nie przeszkodziło mu to w kontynuowaniu pościgu. Asasyn czuł jego cuchnący oddech, czuł gorące powietrze buchające z pyska pomiotu Chaosu, lecz nie poddawał się. W końcu padł na ziemię i spinając się, wślizgnął się do szybu. W tym samym momencie usłyszał uderzenie tuż nad głową. Chwilę później zobaczył potworne lico i umięśnione ramię, próbujące go dosięgnąć. Ale Mor’Der był już poza jego zasięgiem, co jeszcze bardziej rozzłościło stwora, który teraz wył z wściekłości. Asasyn opadł na zimną podłogę szybu, oddychając szybko i płytko. Był wyczerpany, lecz na chwilę poczuł satysfakcję z tego, że podołał ucieczce. Znów uszedł z życiem. Zaczął powoli się podnosić, gdy nagle zamarł w przerażeniu na widok tego, co zobaczył przed sobą.

duch2

Naprzeciwko niego, w kącie szybu zobaczył kobietę o długich włosach ubraną w jakieś szmaty. Miała bladozielonkawą skórę, zaś włosy opadające na twarz kleiły się do skóry. Uniosła twarz i spojrzała na asasyna. Momentalnie rozwarła swoje usta w przerażającym grymasie, a potem wydała z siebie przeciągły wrzask. Jej łokcie wygięły się pod nienaturalnym kątem, lecz buzująca w akolicie adrenalina sprawiła, że widok zjawy nie był dla niego aż takim szokiem.
-Chodź tu dziwko Chaosu! – powiedział z wysiłkiem zabójca. Był na skraju wyczerpania. Jego żuchwa promieniowała dotkliwym bólem, jego głos drżał, a jego oczy zachodziły mgłą, jednak on był nieugięty. Naprężył się i rzucił w stronę maszkary. Uderzył w ścianę szybu. W myślach cieszył się, że nie uderzył w nią twarzą, wtedy ból by był nie do zniesienia. Odwrócił się. Teraz siedziała w tym miejscu, w którym przed momentem siedział on. Z czarnych oczodołów promieniowało coś złego, rozpaczliwego. Poczuł dziwne mrowienie w dłoni. Podniósł ją do góry, by się jej przyjrzeć. Teraz zdał sobie sprawę, że widzi wszystko w innych, dziwnych barwach. Jego skóra jaśniała fioletową poświatą. Na całym ciele z wyjątkiem jego lewej dłoni, która była szara, widział fioletowy blask. Jednak szarość jego dłoni powoli zanikała, oblewana przez ciemnofioletową falę. Pamiętał, że to dziwne uczucie rozpoczęło w drugiej ręce, którą kilka godzin temu naciął swoim nożem. Uniósł wzrok, by spojrzeć na kobietę.
„Dla Ciebie, Efrith” zewsząd wydobył się głos brzmiący jak zlepek szeptów. Ponownie wykrzywiła i rozciągnęła swoją twarz w nienaturalny sposób, który zjeżył włosy na karku akolity. Nim się zorientował, że to uśmiech, zjawa rzuciła się do przodu, naśladując jego ruch sprzed kilku sekund. Uderzył plecami o ścianę, a potem o sufit. Coś mu to przypomniało, jednak nim zdał sobie sprawę co, wszystko się rozmazało i pociemniało.
„Masz iść ze mną, przesłuchamy Cię, plugawy pomiocie” zaczął bełkotać. „O tak, pójdziemy” syknął głos, rozmywając się wewnątrz szybu. „Tyle determinacji… tyle bólu… czeka nas piękna wieczność mój miły” słyszał ze wszystkich stron. Czuł dziwne fale bólu, które jednak nie wpływały na jego ciało, nie dotykały go, a mimo tego miał ochotę paść na ziemię i na zmianę krzyczeć i płakać. Wszystko stawało się ciemnością, wszystko stawało się nicością. Tym razem nie było żadnej nadziei, nie mógł drgnąć nawet powieką, ani oddychać. Wszystko zanikało. Pozostawała tylko pustka. Czy to koniec? Śmiech przetoczył się dookoła niego i zniknął.

Nagle wzdrygnął się, jakby obudził się ze złego snu. Wokół nie było nikogo. Żuchwa wciąż bolała, ale jakby mniej. Zmęczenie ustąpiło. I żadna z jego rąk już nie sprawiała problemu. Ulga. Czas wracać do reszty.

 

Plan

Trójka mężczyzn siedziała w pokoju. Każdy z nich pogrążony we własnych myślach. Żaden nie odezwał się ani słowem odkąd Mor’Der zniknął w niewielkim otworze w ścianie. Mijały kolejne minuty. W końcu, Vent podniósł się z rezygnacją i zaczął coś bazgrać na świstku papieru.

Nagle usłyszeli znajomy głos, a właściwie ryk. Nie było wątpliwości, że to spaczony marine. Jego wrzaskom towarzyszyło dudnienie kroków i trzask niszczonych oraz przewracanych obiektów. Po kilku chwilach dźwięki ucichły, choć marine wrzeszczał jeszcze przez kilka minut. Nikt z nich się nie podniósł, aby sprawdzić co to było, żaden nie zareagował. Być może zdawali sobie sprawę, że to ich współtowarzysz dokonuje swego żywota tam na dole. Być może wiedzieli doskonale co się dzieje.

Mijały kolejne minuty, a jedyne dźwięki jakie dookoła nich rozbrzmiewały były odgłosy pracującej nieprzerwanie maszynerii fabryki.

W końcu, po przeszło 40 minutach, z otworu wentylacyjnego w ścianie, wynurzył się Mor’Der. Zobaczył swoich towarzyszy siedzących w tych samych pozycjach, w których byli, gdy ich zostawiał. Jedynie Vent stał przy biurku i grzebał nadal w jakichś papierach.

Mor’der wyprostował się i zaczął przeciągać, jednocześnie lustrując pozostałych czujnym wzrokiem. Wyglądali dla niego jak manekiny. Osowiali, milczący. „Czy to ci sami ludzie, z którymi piłem ale i niszczyłem pomioty Chaosu?” zastanawiał się w myślach zabójca.
Zbliżył się bezszelestnie do Venta i zabrał mu mapy. Jego reakcja była stanowczo za wolna. Jeśli nie weźmie się w garść pierwszy lepszy demon wyrwie mu serce i zatańczy nad truchłem. Te spostrzeżenia zachował dla siebie. Dla nich miał inne rewelacje.

– Pokażę wam coś, bracia. Spaczony jest sam na dole i chyba pilnuje tych drzwi. Jest na nich ten sam symbol, co na księdze. Czuję, że znajdziemy tam wszystkie odpowiedzi… i kilka dusz do potępienia – mówił, pokazując placem punkty na mapie – A marine jest niewiele bystrzejszy od młota Blocka. Możemy wciągnąć go w pułapkę-kontener. Ktoś naciśnie guzik – wskazał na panel z przyciskami – a ktoś inny zwabi bestię w tę pułapkę – wymownie spojrzał na Lyncha.

Vent nie zareagował na odebranie mu map. Ich zawartość zapamiętał już jakiś czas temu, a przeglądanie ich było tylko motorycznym gestem, towarzyszącym intensywnemu myśleniu. Zamrugał.
– Niech będzie. Mogę zająć się kontenerem, na wypadek usterki. Mam nadzieje, że twoja wybujała pewność siebie nie okaże się jedynie grą, gdy stawimy czoła temu, co jest za tymi drzwiami.
Lynch stał teraz pomiędzy Ventem a Mor’derem. Stał i ani drgnął. Spojrzał głęboko w oczy kolejno jednemu i drugiemu. Ani jedne, ani drugie nic nie wyrażały. On sam patrzył bez sympatii, ale i bez złości. Nic nie odpowiedział. Zerknął jeszcze na pulpit z guzikiem o którym wspomniał Mor’der, a potem na bezwładną kończynę.
Odwrócił się na pięcie. Ruszył szybko do drzwi.
-Do roboty! – warknął na odchodnym. Słyszeli jego kroki, stawały się coraz szybsze.

Mor’Der wyszedł z pokoju i zajął pozycję na jednym z chodników wiszących wysoko nad maszynami i kontenerami, tak by móc objąć wzrokiem jak największą powierzchnię hali. Uklęknął  przy barierce z karabinem na ramieniu i zaczął rozglądać się za spaczonym space marine. Vent z kolei usadowił się w pokoju obserwacyjnym, wyglądając przez szybę na halę i oceniając, ile czasu będzie potrzebował kontener by dotrzeć do ziemi. Sekunda, nie więcej. Wiele zależeć będzie od jego refleksu i wyczucia. Zaczął nerwowo przebierać palcami.

Zaś Block i Lynch zaczęli schodzić na dół po schodach mieszczących się w rogu hali. Po kilku minutach znaleźli się na poziomie podłogi. Ostrożnie, płynnie, na palcach, przemieszczali się pomiędzy skrzyniami i żelaznymi filarami. Przechodząc obok wiszącego łańcucha napotkali wgniecenie w podłodze głębokie na kilka cali. Wyraźnie odciśnięte knykcie, kolano i podeszwa buta nie pozostawiały złudzeń, że był to ślad po lądowaniu byłego Adeptus Astartes. Przyglądali się kraterowi przez kilka sekund, po czym ruszyli dalej. Nasłuchiwali i rozglądali się uważnie, oczekując w gotowości, by w każdej chwili zacząć działać. W ich żyłach powoli zaczynała kipieć adrenalina. Nerwowe oczekiwanie wzmagało napięcie, więc z ulgą powitali moment, w którym usłyszeli kroki giganta. Trzymetrowa góra mięśni i stali pochyliła się do przodu i rozwierając najeżoną ostrymi jak igły zęby, wydała z siebie ogłuszający ryk.
Czas rozpocząć…

Polowanie

– Cel jest na waszej szóstej… przemieszcza się w waszą stronę… jakieś dwadzieścia metrów – Mor’Der komunikował Blockowi przez komunikator.

-Niech będą na niego gotowi – Block, uśmiechnij się… jesteś w mojej „kamerze”.

Block odpowiedział tylko ponurym spojrzeniem w stronę zabójcy.

– Ten kontener go nie zabije… – rzucił do Venta – Bądź szybki, albo martwy, gdy zejdziemy tam na dół.

Vent skinął głową w odpowiedzi. Przez moment wpatrywał się w scenę pod nimi, po czym zwrócił się do Mor’Dera

– A ich nie ostrzeżesz? – zamiast odpowiedzi usłyszał głośniejszy i szybszy tętent kroków marine – Zaczyna się!

– Sami się o tym przekonają, jak tylko zobaczą go z bliska – powiedział bardziej do siebie niż do reszty, bowiem wszyscy byli już zaaferowani tym, co się działo na dole, zwłaszcza Block i Lynch.

Block i Lynch ramię w ramię szli, nie przejmując się tym, że będą usłyszani, czy zauważeni przez spaczonego. To był marsz środkiem alejki olbrzymiej hali produkcyjnej. Po ich obu stronach mijali ustawione w idealnie równych odstępach wielkie maszyny. Układały się w długie linie produkcyjne z ramionami hydraulicznymi sterczącymi w różnych kierunkach. Zza jednej z pras wyłoniła się sylwetka marine. Ruszył galopem w ich stronę. Wyczekali do ostatniego momentu i odskoczyli w dwa przeciwległe przejścia rozchodzące się pod taśmociągami. Lynch trzymał przy sobie złamaną rękę, próbując ją chronić. Block, czuł jeszcze poprzedni cios, ale adrenalina pompowała krew w skroniach. Spaczony nie wyhamował w porę, naraz starał się sięgnąć obu z nich. Lynch i Block biegli teraz sąsiednimi alejkami w kierunku szyn suwnicy. Spaczony zawrócił, choć zwinność nie była jego najmocniejszą stroną, wskoczył na jedną z pras i rozejrzał się za oddalającymi. Mor’der widział go teraz odsłoniętego. Czerwona kropka przepłynęła po pancerzu kolosa i zatrzymała się na jego skroni.

Huk.

Głowa marine odbiła w bok, jakby został w nią uderzony czymś ciężkim… na przykład ramieniem dźwigu.

Gdy zabójca ładował do komory kolejny nabój, w lunecie zobaczył dwójkę połyskliwych, wypukłych i czarnych niczym otchłań oczu wpatrujących się bezpośrednio w niego. Na ułamek sekundy jego palec drgnął, a potem zacisnął się na cynglu. Tym razem gigant dostał w oko. Ryk, który wtedy usłyszeli zapamiętają do końca życia. Ciężko się zdecydować, czy było słychać w nim więcej bólu, czy też wściekłości.

-To się nazywa ślepa furia – rzucił Vent, pochylając się ponad konsolą.

Spaczony marine zeskoczył na podłogę, chwytając się jedną ręką za twarz i zasłaniając przed dalszym ostrzałem za jednym z kontenerów. Mor’Der przeładował i zaczął lustrować krawędzie, zza których mógł wychylić się jego cel.

W tym samym czasie Lynch i Block byli już w okolicach „strefy lądowania” kontenera.

Pomiędzy maszynerią i kontenerami sunał wielki cień, za którym sukcesywnie podążała czerwona kropka, jednak teraz zabójca miał dużo większy problem z uzyskaniem okazji do strzału. Zaklął pod nosem i pochylony zaczął podążać po stalowej kładce w poszukiwaniu lepszej pozycji do oddania strzału. Zatrzymał się, gdy ujrzał, jak zza jednego z kontenerów wychyla się ramię dzierżące bolter. Seria wystrzałów z ciężkiej broni i huk rozrywanego żelaza zmusiły Mor’Dera do padnięcia płasko na kładce. Kilka metrów od siebie widział dziury wielkości pięści pojawiające się w powierzchni metalowego chodnika. Chwilę potem, ręka wymierzyła w stronę budki obserwacyjnej, tak jakby Space Marine wiedział od początku, że tam też ktoś się znajduje. Vent padł na ziemię i zakrył rękami głowę, gdy spadła na niego kurtyna fragmentów szkła. Na ścianie przeciwległej do szyby widział rządek żarzących się dziur. Mimowolnie wyobraził sobie siebie samego z taką samą dziurą wewnątrz głowy.

To był moment, na który czekał gigant. Wyskakując zza osłony, ruszył biegiem w stronę Lyncha i Blocka stojących kilka metrów przed nim.

 

Mor’Der leżąc na kładce i celując w szarżującego Marine przypomniał sobie swoje pierwotne szkolenie, jeszcze zanim został zabrany przez Torgunda Esmera. W myślach przywołał sentencję, którą zawsze wygłaszał bezgłośnie przed każdym morderstwem.

“Opróżnij umysł. Bądź bezkształtny jak woda. Wlej wodę do kubka, ona stanie się kubkiem. Wlej wodę do czajnika, ona stanie się czajnikiem. Woda może płynąć, wić się, kapać albo niszczyć. Bądź wodą mój przyjacielu“

Zamknął oczy i wsłuchał się w dźwięki, dookoła niego. Ryk spaczonego. Szum maszyn. Przyspieszone bicia serc jego braci. Nerwowe uderzanie palców Venta, które obijały się o pulpit sterowniczy. Wyciszał każdy z nich po kolei. Zastępował je dźwiękami bitewnej pieśni kapłanek Khalafu. A gdy znów otworzył oczy, był to moment, w którym należało kolejny raz wypluć kulę ze swojej strzelby snajperskiej.

Trafił spaczonego w szyję. Fontanna jasnoczerwonej krwi trysnęła na bok, oblewając najbliższe otoczenie, w tym Blocka i Lyncha. Chwycił się dłonią za szyję i zacharczał głośno. Zaczął hamować w biegu, zataczając się. Trwało to parę sekund, zanim odzyskał rezon. Gdy opuścił rękę, krew już tylko spływała po jego pancerzu. Teraz Marine stał pomiędzy Blockiem i Lynchem, którzy krążyli wokół niego.  Podniósł rękę dzierżącą bolter i odwrócił się w stronę Blocka.

Ze słuchawek komunikatorów rozległ się głos Lyncha, który okrążając space marine krzyczał:
-Teraz! Teraz!
Vent stał w bezruchu.
– Pół metra, rusz się pół metra – Wiedział, że ma tylko jedną szansę – musiał wyczekać do idealnego momentu. Gdy Marine wydobył bolter, zrobił krok w stronę Blocka. Palec Venta wcisnął guzik, a echo zgrzytu zwalnianego zaczepu rozeszło się po hali. Czas zwolnił. Vent w wraz z Mor’Derem obserwowali lecący w stronę spaczonego kontener, gdy ten celował w ich towarzysza.

Cień wyswobodzonego z uścisku szczypiec kontenera zaczął się kurczyć nad trójką postaci. Z lufy boltera spaczonego Space Marine buchnął płomień i wystrzelił nabój wielkości grejpfruta, prosto w Blocka, który stał naprzeciwko giganta. Strzał odrzucił mężczyznę, do tyłu, obracając go jeszcze w locie. Upadł na twarz dwa metry od miejsca, w którym stał. Marine odwrócił się w stronę Mor’Dera, by wycelować i w niego, jednak w tym samym momencie spadł kontener. Donośny huk rozbrzmiał w hali i powtórzył się jeszcze kilka razy.

Od pasa w dół marine był przygwożdżony kontenerem. Spod stalowej bryły wyciekała krew o malinowej barwie. Leżał na ziemi, plecami do góry i poruszał nieporadnie rękami od czasu do czasu charcząc i plując krwią.

Gigant, który mógłby rzucać nimi jak szmacianymi lalkami teraz leżał na ziemi, krwawiący i pokonany. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Mor’Der wspominał ucieczkę przed goniącym go kolosem, który tratował wszystko na swojej drodze. Pozostali przypomnieli sobie pierwsze spotkanie z nim, gdy grad kul zaledwie go odstraszył, a Block został nawet powalony swoim własnym orężem. Od tamtej chwili marzył o tym. Czekał na chwilę, w której się odpłaci pięknym za nadobne. Ta chwila nadeszła.

Zebrał się z ziemi. Prawa część płyty pancerza pokrywającego jego tors była osmolona, wgniecona i częściowo stopiona, lecz teraz to nie miało znaczenia. Z satysfakcją spoglądał na pokonanego Adeptus Astartes, który pod jego nogami rzęził i dokonywał swego przeklętego żywota. Uśmiechnął się złowieszczo i ruszył w jego stronę obracając rękojeść młota w dłoniach. Gdy spaczony marine ujrzał zbliżającego człowieka, warknął głośniej, szczerząc rzędy trójkątnych zębów. Akolita kopnął na bok wielki bolter. Ważył z dziesięć kilogramów, ale kolos bez problemu posługiwał się nim jak pistoletem. Block stanął przed nim w rozkroku i przełożył młot za siebie biorąc szeroki zamach. Muskularne ramię chwyciło kostkę Blocka, a następnie jednym ruchem sprowadziło go do parteru. Wielki młot bojowy uniósł się w górę i spadł z hukiem na podłogę. Wszyscy zerwali się z miejsca.

Vent wiedział, że nic więcej nie zdoła zrobić siedząc w budce na górze hali. Wybiegł wprost do schodów prowadzących na dół hali, tych samych, którymi zeszli Lynch i Block kilka minut wcześniej. Mor’Der przyłożył twarz do kolby karabinu i celował. Pamiętał, że poprzednio wystrzelał w to coś kilkanaście naboi i nic mu nie zrobił. Mimo tego strzelał. Niektóre kule nawet trafiały, lecz i tym razem robiły nie więcej krzywdy niż ukąszenia owadów. Lynch biegł ku gigantowi i akolicie, lecz zwolnił, gdy usłyszał strzały. Nie chciał wejść na linię ognia. Block i spaczony byli na jednej wysokości, niemal twarzą w twarz. Adeptus Astartes wspierając się na łokciu sięgnął do głowy akolity i objął ją jedną dłonią. Marine ryknął na całą salę, zagłuszając wrzask akolity, w którego czaszkę wbijały się palce giganta.

W tym samym czasie zabójca dysząc próbował przełożyć ostatni nabój do komory. Jego dłonie odmawiały posłuszeństwa, trzęsły się. Wtedy poczuł coś dziwnego. Obecność. Poczuł ciepły powiew oddechu przy uchu, a zaraz potem usłyszał cichy, niemal bezgłośny kobiecy szept: “za późno”. Zaniepokojony odwrócił się za siebie, lecz nikogo nie zobaczył. Gdy spojrzał ponownie w stronę Blocka, widział już jak jego nogi miotają się targane skurczami agonalnymi. Sekundę później młot bojowy uderzył z impetem w czaszkę spaczonego marine. Potem uniósł się do góry i uderzył jeszcze raz, obryzgując wszystko dookoła posoką oraz kawałkami mózgu space marine. Lynch stał nad dwoma martwymi ciałami ociekając krwią. Pod jego butami rozlewała się podwójna kałuża. Kilka metrów dalej Vent przestał biec i przypatrywał się całej scenie.

Drzwi

Mor’Der stanął nad ciałem Blocka.
-Zwalniam Cię ze służby, bracie – mówiąc to, uniósł rękę, aby odprawić egzorcyzm. Znów jednak poczuł coś niepokojącego. Jego ręka opierała się jego woli. Chciał wypowiedzieć słowa jednej z litanii oczyszczających, jednak słowa również ugrzęzły mu w gardle. Zamiast tego, zakasłał intensywnie, tak jakby coś uwierało go w gardle. Potrząsnął glową i spróbował jeszcze raz, jednak tym razem efekt był jeszcze intensywniejszy, w końcu spostrzegł, że drobne kropelki krwi zebrały się na ręku, którym zasłonił usta kaszląc. Z trwogą uczynił w powietrzu znak krzyża i jak gdyby nigdy nic zwrócił się do Venta:
– Zajrzymy, co jest za drzwiami? – wskazał na wrota znajdujące się kilkanaście metrów od nich.
– Pewnie jego stwórca – odpowiedział inżynier dobywając strzelby i kierując ją w stronę przejścia.
Zabójca odplątał łańcuch, a potem otworzył drzwi ozdobione znajomym symbolem. Za drzwiami zobaczyli… zupełnie nic. Absolutna ciemność wyzierała z wnętrza pomieszczenia, u którego wejścia właśnie stali.

Czymże jednak była ciemność dla akolitów Ordo Malleus? Nie okazując żadnej obawy, wszyscy trzej wkroczyli do środka. Lynch dzierżył w dłoniach młot bojowy Blocka, zaś Mor’Der i Vent zapalili latarki, które mieli przy broniach. Od razu jednak  zauważyli, że nie działają one tak jak powinny. Światło, które się z nich dobywało, niknęło w mroku raptem kilka centymetrów dalej. Mogli oświetlić co najwyżej samych siebie. W tym momencie drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Doskoczyli do nich natychmiast, jednak niezależnie od ich wysiłków, wrota ani drgnęły. Odwrócili się do wnętrza pomieszczenia i po chwili wahania ruszyli wgłąb. Ciemność gęsta i czarna niczym smoła otulała ich teraz szczelnie z każdej strony. Jednocześnie obawiali się tego, co mogą zobaczyć i cieszyli się, że tego nie widzą. Według ich rozeznania właśnie dochodziła piąta rano, byli tu już od przeszło siedmiu godzin. Mimowolnie w ich myślach rozpoczęła się analiza wydarzeń z mijającej nocy. Pamiętali pierwsze ciało. Potem były krzyki, które okazały się krzykami Lyncha. A później głos tej kobiety, tak przejmujący i pełen bólu. Dziwna księga, która sprawiła, że Mor’Der na dłuższa chwilę stał niczym zahipnotyzowany.. I spaczony marine, który zabrał ze sobą jednego z nich. Co jeszcze ich tu czekało?

Jakby w odpowiedzi na to pytanie, latarka Venta zaczęła nieregularnie mrugać. Inżynier zaklął pod nosem i uderzył w nią ręką. W tym momencie snop światła rozbłysnął dużo jaśniej niż wcześniej. Tuż przed nim, niby znikąd pojawiła się twarz męzczyzny. Jego oczy były zwrócone białkami na zewnątrz, a usta rozdziawione. Vent odruchowo cofnął się o dwa kroki i poczuł, że czyjaś ręka trąca jego bok. Odwrócił się, by zapytać jednego z towarzyszy, o co chodzi i zobaczył taką samą twarz, tyle że kobiety.

surprise

Teraz widzieli. Wokół nich stały dziesiątki, jeśli nie setki osób w podobnym stanie. Nadzy, nieruchomi i całkowicie niewrażliwi na bodźce zewnętrzne, niczym katatonicy. Twarze wszystkich miały ten sam, niepokojący wyraz. Akolici nie byli w stanie ocenić, czy ci ludzie ich widzą i słyszą. Wszyscy oddychali, co jakiś czas ktoś drgnął nerwowo, ale żaden z nich nie reagował na ich słowa, ruch, czy nawet dotyk.

Całkowicie oniemiali tym widokiem, zastanawiali się, co zrobić. W tym momencie, z dalszej części pomieszczenia dobył się głos starszego mężczyzny.
-Erc Aeneas? Czy to Ty?
-Erc Aeneas… to imię marine – Vent szepnął do Mor’Dera, gdy ten przyspieszył kroku. Inżynier pozwolił mu się oddalić.
Mor’Der ruszył wgłąb tłumu. Przechodził swobodnie pomiędzy ludźmi, którzy sporadycznie pojękiwali, albo wzdrygali się gdy zabójca przechodził w ich pobliżu. Z ich półotwartych ust skapywała ślina, a błyszczące białka oczu wprawiały akolitów w dziwny dyskomfort.

Kimkolwiek był ów starzec, Vent nie miał ochoty stawać mu czoła. Czuł się bardzo zmęczony, być może gdyby pozostał tu w tyle, sytuacja rozwiązała by się sama, a on nie byłby już potrzebny…?
Błyszczące w ciemności oczy Lyncha skierowane w jego stronę przywróciły mu cel i pewność siebie. Pewniej ujął broń.
– Chodźmy to skończyć – postąpił krok do przodu, po czym młot Blocka uderzył go z impetem w potylicę. Ciemność zastąpiła półmrok, a wszystko zlało się w błogą nieświadomość. Vent padł na ziemię z jękiem, potem Lynch kopnął go w żebra dwukrotnie, łamiąc jedno z nich. Postawił ciężki but na klatce piersiowej ogłuszonego akolity.
– Oto i ja, mistrzu – rzekł z satysfakcją, upewniając się, że inżynier nie stanowi już zagrożenia. Zamroczony akolita nie był w stanie się podnieść, mógł co najwyżej się odezwać, choć z trudem, ze względu na złamane żebro, które teraz orało jego przeponę.
-Wierzyłem w Ciebie, Aeneasie – odpowiedział starczy głos z głębi pomieszczenia – I nie zawiodłeś mnie. Tutejsi ludzie są całkiem dobrym materiałem. Lecz Ty przybyłeś z nadzwyczajnymi darami. Twoja praca nie zostanie zapomniana – ostatnie słowa brzmiały tak pogodnie, że wręcz nienaturalnie dla całej sytuacji.

Mor’Der podążał wgłąb tłumu. Gdy usłyszał uderzenie i głos Lyncha, przyśpieszył kroku. Zabójca dostrzegł niewyraźne, fioletowe światło, które promieniowało z końca pomieszczenia. Skierował się w tamtą stronę.

Heberus

Gdy ominął już wszystkich, zobaczył starca, który właśnie podnosił się z jakiejś pryczy, która z pewnością nie należała do asortymentu tej fabryki. Przyjrzał mu się uważnie. Był odziany w wysłużone szaty, u pasa spoczywał tom kodeksu Scholastia Psykana, obłożony pieczęciami inkwizytorskimi, oraz zdobiona pochwa z lekkim mieczem wewnątrz. Z łysej głowy wybiegał szereg przewodów należących najpewniej do jakiegoś systemu wspomagającego potencjał psioniczny. Wspierał się na dwumetrowym kosturze zakończonym dwoma rogami i ametystem wyrzeźbionym w kształt oka, które promieniowało fioletową poświatą. Pod zmarszczonym czołem dostrzegł  parę jasnych oczu, z których dało się odczytać tylko jedną emocję – spokój.

Wówczas asasyn zorientował się, kim jest jego rozmówca. Dwa lata temu zaginął jeden ze świeżo zaprzysiężonych Inkwizytorów – brat Heberus, niezwykle obiecujący psyker. Przez ponad siedemset dni nikt w całym ulu nie widział, ani nie słyszał jakiejkolwiek wzmianki na temat zaginionego Inkwizytora. A teraz ów stał przed akolitą we własnej osobie i spoglądał na niego z miną dobrego dziadka.

Heberus skinął głową, a potem przyjaznym tonem odezwał się:
-Przybyłeś uczestniczyć w naszej ofierze, akolito. Czy uczynisz to dobrowolnie?
„Teraz i tak to już bez znaczenia…” Mor’Der kątem oka zobaczył, co się dzieje z Ventem. Potem znów przeniósł spojrzenie na psykera. Starał się dostrzec w nim, to czego szukał tu od dłuższego czasu. Zastanawiał się, czy stojący przed nim mężczyzna jest zwiastunem, którego miał wypatrywać. Wzruszył ramionami, dając wrażenie Heberusowi, że zamierza odpowiedzieć na jego pytanie, ale tak naprawdę gest ten wykonał przed samym sobą. Postanowił zapytać, wykorzystując być może ostatnie chwile swojego życia.
– Ty jesteś prorokiem, który ma głosić „Jedyną Prawdę”?

 

Epilog

Ponownie, starzec odpowiedział jedynie skinięciem głową.

Następnie ruszył pomiędzy otępiałymi ludźmi w stronę Venta i Lyncha, czy też Aeneasa. Pochylił się nad nieprzytomnym akolitą i wysunął dłoń do przodu. Plecak Venta uniósł się pół metra w górę i odwrócił, wysypując na ziemię swoją zawartość. Wśród ładunków wybuchowych, map i kilku innych przedmiotów, starzec dostrzegł karty dziennika, które niegdyś sam spisał.
-Nie próżnowaliście – orzekł obojętnym tonem – I zgładziliście Adeptus Astartes. Pociechą, że nie był tak naprawdę nasz.
Spostrzegł, że Lynch chciał się odezwać, lecz uprzedził go:
-Musimy zacząć przygotowywać rytuał. Już czas.

Heberus stał przed czterema dwumetrowymi słupami, na których szczytach zatknięte były cztery wysuszone głowy. Rozstawione były w rogach kwadratu oznaczonego na posadzce. Wnętrze było wypełnione runami i symbolami. Tuż za nim stał Aeneas, Wsłuchiwał się w słowa inkantowane przez Heberusa. Rytm i tembr wygłaszanej modlitwy niósł się w jego umyśle echem. Słowa wlewały się do głębi jego świadomości, niczym fala, wypełniając cały umysł. W pewnej chwili z centrum kwadratu wystrzelił niewielki piorun, a wzdłuż niego pojawiła się w powietrzu szczelina, przez którą było widać jakiś krajobraz. Zaczęła szybko rosnąć i rozgałęziać się, zalewając powoli całe pomieszczenie inną rzeczywistością. Oczy Heberusa zaczęły jarzyć się białym blaskiem, jego głos zaczął się zmieniać. Uniósł w powietrze kostur i uderzył nim o podłogę.

W jednej chwili wszyscy ludzie znajdujący się w pomieszczeniu odzyskali świadomość. Podobnie Vent, który leżał do tej pory nieprzytomny. Wstał na równe nogi i próbował dobyć broni, lecz tak szybko jak po nią sięgnął, tak szybko zorientował się, że jej przy sobie nie ma. W tym momencie dostrzegł, że Heberus ponownie wzniósł do góry ręce. Ruszył w jego stronę, lecz jak tylko kostur uderzył w ziemię po raz drugi, zatrzymał się dostrzegając rozrastające się pęknięcia w osnowie świata. W tym momencie pośrodku ujrzał wyłaniający się zza portalu kształt. I wtedy wszystko się zmieniło.

Oślepiający blask, rozchodził się i znikał atakując źrenice i zmuszając do osłaniania dłonią oczu. Wewnętrzny, niemożliwy do opanowania impuls skręcał jego ciało. Wydawało mu się, że za chwilę zemdleje, ale wcześniej zwymiotuje własnymi wnętrznościami, poskręcanymi i jeszcze pulsującymi. Przytłaczająco donośny głos inkantował słowa, których nie rozumiał. Każda sylaba wbijała się w jego umysł z siłą dłuta, powodując dziwny, niefizyczny ból, którego nie potrafił pojąć, ani nań zareagować. Mógł tylko próbować uciec. Ze zwierzęcą desperacją, graniczącą z obłędem, pełzł na czworaka po podłodze, przyciągany do niej ciężarem własnego ciała, który teraz wymagał od niego nadludzkiego wysiłku. Kątem oka widział innych ludzi powykręcanych z bólu i skulonych ze strachu. Odwrócił wzrok. W oddali ujrzał cząstki z czaszki Blocka. Teraz mu zazdrościł. Zza pleców usłyszał ostatnie słowa inkantacji i ostatnie, trzecie uderzenie kostura o ziemię. Poświata wokół portalu wybuchła palącym żarem. Akolita wrzasnął w przerażeniu, ponownie rzucając się do ucieczki, zaczął miotać się niczym ryba w sieci.

Pomieszczenie było w połowie niezmienione, a od okolic „ołtarza” przechodziło w otwartą przestrzeń czerwonej planety, którą Mor’Der rozpoznał ze swojej wizji. Poza niematerialną granicą oddzielającą jeden świat od drugiego nie istniał już sufit czy ściany pomieszczenia. Jednak nikt nie zwracał uwagi na prawa fizyki, czy wygląd innego świata. Wszyscy utkwili swoje spojrzenia w wielkim oku lewitującym tuż przed nimi. Wewnątrz szklistej sfery tańczyły obłoczki dymu i refleksy światła. Z centrum źrenicy na wszystkich spoglądała zaś bezdenna, nieskończona otchłań, o wiele czarniejsza niż najczarniejsza jaką można sobie tylko wyobrazić.
Heberus pochylił się powoli do przodu i donośnym głosem odezwał się:
-Vulgrimie, przyjmij tę oto ofiarę! Niech dusze tych ludzi zasilą szeregi armii Wielkiego Manipulatora, Pana naszego, Tzeentcha.

Przez dłuższy moment oko unosiło się spokojnie, niczym na morskich falach. W końcu rozbrzmiał głos donośny tak bardzo, że każdy słyszał brzmienie każdej głoski wewnątrz swojej czaszki.

-Służyłeś mi wiernie Heberusie. Twoje zasługi nie zostaną bez nagrody. Podobnie jak czyny Twego akolity, Aeneasa.
Gdy rozbrzmiały te słowa, Erc Aeneas padł na kolana i wydał z siebie krzyk pełen bólu i wysiłku. Czuł, jak jego złamana ręka zaczyna płonąć żywym ogniem. Wybałuszył oczy, gdy dostrzegł, że jego ramię faktycznie pokrył ogień. Skóra zaczęła się topić i rozpływać, odkrywając tkankę mięśniową, a potem kostną. Wtedy ogień buchnął jeszcze intensywniej, a akolita wrzasnął wniebogłosy. Wił się na ziemi i krzyczał, gdy jego ciało przechodziło metamorfozę. W końcu ból ustał, a wraz z nim krzyk Aeneasa. Gdy powstał, by obejrzeć swe ramię, wszystkim ukazał się nietuzinkowy widok. Prawe ramię Lyncha zmieniło się w istotę przypominającą ognistego węża o paszczy wypełnionej płomiennymi kłami. Stwór posiadał dwoje ludzkich oczu i co rusz wydawał z siebie odgłosy sapania, bulgotania i skwierczenia. Ze skóry, która wyglądała jak przypieczona skorupa sączyła się ciecz od której bił zapach siarki.
-Czas na Twoją nagrodę, Heberusie – na dźwięk tych słow oko błysnęło wewnątrz małą iskrą, zaś starzec wygiął się w przód. Jego oczy wywróciły się białkami na zewnątrz, a usta otworzyły w niemym krzyku. Z pleców psykera wystrzeliły czarne smugi, które po chwili poruszyły się i uformowały skrzydła. Palce dłoni starca zmieniły się w szpony, a jego oczy pozostały w całości białe. Psyker uśmiechnął się i rozprostował skrzydła.  Wówczas, demon przemówił.

-Przyjmuję Waszą ofiarę. – ostatnie słowo zaczęło się powtarzać i zapętlać, rozbrzmiewając coraz głośniej w głowach wszystkich oprócz Heberusa i Aeneasa. Wszyscy padli na ziemię chwytając się za skronie i wrzeszcząc z bólu. Spomiędzy palców przyciśniętych do uszu sączyła się krew. Ludzie wili się w agonii, tracąc oddech od ciągłego krzyku. Nagle, kakofonia ucichła, a Vulgrim przemówił ponownie.
-Interesujące.
Nagle, szarpnięci z olbrzymią siłą, Vent, Mor’Der, oraz Block pomknęli w powietrze i znaleźli się w pierwszym rzędzie przed samym demonicznym okiem.
-Tysiące dusz i akolici Inkwizycji? Twoja przyszłość jest obiecująca, psioniku – zabrzmiał tubalny głos.
Oczy Mor’Dera i Venta były zwrócone na Blocka, który podobnie jak oni lewitował teraz przed Vulgrimem, jednak on nadal miał rozłupaną czaszkę. Zamarli, gdy poruszył okiem i na nich spojrzał. Popękana czaszka z ziejącą w prawym poliku dziurą zaczęła się poruszać i rozglądać. Nim zdążyli się przyzwyczaić do tego widoku, zobaczyli jak Mor’Der unosi się nieco wyżej. Choć oko się nie poruszyło, wiedzieli doskonale, że to asasyn jest teraz w centrum jego uwagi. Sam Mor’Der czuł jak lustrujący potencjał Vulgrima pozwala mu poznać całą jego duszę w jednej sekundzie. Czuł się obnażony i bezbronny. Wtedy poczuł coś dziwnego, nawet jak na tę chwilę. Coś było nie tak. Poczuł jak jego skóra zaczyna się rozciągać, tak jakby ktoś za nią szarpał. Z jego ciała zaczęła się wynurzać jasna mgła, która sprawiała wrażenie, jakby była z Mor’Dera wyciągana siłą. Nawet się opierała. Dopiero po chwili usłyszeli głośne zawodzenie i jęk rozpaczy. W powietrzu, kilka metrów od trójki akolitów unosiła się bladoskóra postać o kobiecych cechach. Miotała się niczym wściekłe zwierze w klatce, nawet przed samym demonem.
-Ten śmiertelnik nie należy do Ciebie. Odejdź.
Na te słowa zjawa z rykiem wystrzeliła niczym pocisk wgłąb pomieszczenia i zniknęła, choć echo jej krzyku było słychać jeszcze kilka sekund. Mor’Der czuł, jakby z jego duszy coś właśnie zostało bezpowrotnie zabrane. Nie potrafiłby tego wskazać czy nazwać, a być może nawet nie umiałby tego rozpoznać, gdyby kiedykolwiek jakoś wróciło. Nie był w stanie określić, czy czuł ulgę, czy stratę. Bardziej martwiła go bezwarunkowa uległość, jaką czuł wobec demona. Czuł się, jak mucha schwytana w butelkę i oglądana przez giganta zza szybki. Ta bezbronność budziła w nim największy lęk, choć gdzieś w głębi duszy odzywała się też jego ciekawość i głód poznania. Pamiętał ich poprzednie spotkanie, które wyglądało zupełnie inaczej i teraz miał wrażenie, że jego podróż dopiero się rozpoczyna.

Block, który spoglądał na świat jednym okiem spod pękniętego czoła, nie pojmował do końca istoty rzeczy, które teraz miały miejsce. Wiedział, że stanął właśnie przed obliczem jakiejś niesamowitej istoty, która miała nad nim całkowitą kontrolę. Czuł jej spojrzenie na sobie i w sobie. Wiedział, że wie, że on wie, że wie. Nie rozumiał natomiast, dlaczego świat wygląda inaczej, dlaczego w jego ciele nie ma już pulsu, ani dlaczego jego towarzysze spoglądają na niego z taką trwogą.

Tuż obok lewitował Vent. Z jego uszu wciąż sączyła się krew. Blada skóra, drżenie oraz podkrążone, rozbiegane i przekrwione oczy zdradzały, że umysł inżyniera przechodził właśnie największą próbę. Czarna rozpacz zakradała się do każdego zakamarka jego głowy. W idealnie czarnej źrenicy Vulgrima Vent widział wszystkie swoje myśli, zgromadzone w jednym miejscu. Widział każdy lęk, marzenie i wspomnienie. Wszystko to teraz dryfowało nad bezdenną pustką, która mogła pochłonąć je w ułamku sekundy. Widział wewnątrz własnej czaszki, że ludzie dookoła niego trafią właśnie tam i już nigdy nie powrócą. Nie znikną, oni po prostu zostaną wymazani – nie tylko z przyszłości i teraźniejszości. Nigdy ich nie będzie i nigdy ich nie było. Nicość, perfekcyjna pustka, absolutne zero.

Wszyscy trzej unosili się teraz przed demonem, a oko uważnie obserwowało każdego z nich. Po kilku chwilach milczenia, głos z głębi oka przemówił:
-Nadeszła chwila decyzji. Czy ofiarujecie swe dusze dla mnie – Vulgrima, dla Chaosu oraz dla wszechwiedzącego Tzeentcha, a swe czyny dla jego wielkiego planu?

  • Długo wyczekiwany finał przyniósł miodne zwieńczenie tej opowieści. Fajnie, że pomimo liniowości były też elementy ekskluzywne dla niektórych bohaterów. Assasyn dostał swoje „wizje”, a Vent w sumie wiedział najwięcej, posiadając karty dziennika.

    Ja jestem za kontynuacją. Skoro mroczny bóg ma jakiś wielki plan, to z chęcią wcielę się w tryb, który będzie tym obracał. No i gra z wizją demonicznej drużyny (patrz Lynch) to ho ho ho.

    Wielkie propsy za ścieżkę dźwiękową !

    • A, i jeszcze kwestia tej kobiety-duszy, która opętała Mor’Dera. Jeśli jest za tym jakaś większa historia, tym bardziej chciałbym ją poznać.

      • Zawau

        Kobieta duch na pewno jeszcze powróci, więc będzie okazja ku poznaniu.

    • Zawau

      Teraz zastanawiam się nad takimi kwestiami, gdzie umiejscowić akcję i czym byście się zajmowali. Rozważam zarówno Otchłań jak i Imperium. Pewnie jeszcze trochę minie, nim ostatecznie się zdecyduję na jakieś konkrety.

  • Marcin Łazowski

    Pbem jak najbardziej na plus, coś zbyt łatwo zaprzyjaźniliśmy się z Lynchem :)
    Dołączenie do armii chaosu brzmi ekstra, jestem jak najbardziej za.

    • Zawau

      Starałem się nie ingerować w Waszą ufność czy jej brak wobec Lyncha i cieszę się, że to się rozegrało naturalnie, bo dzięki temu wyszedł z tego mały twist na koniec.

    • Junak

      Starałem się być przekonujący jak zaszczuty szczeniak.

  • Junak

    Po przeczytaniu pbema w całości zbierałem szczękę przez długi czas. Wielkie dzięki za wyrozumiałość (to mówię za siebie) i ogrom pracy jaki włożyłeś w sklejaniu wszystkich tych naszych kawałków. Trudno powiedzieć co mi się nie podobało… Wszystkie szczegóły pasują do siebie tak jak by to pisała jedna osoba, a nawet nasze potknięcia (moja złamana ręka…) obróciły się na korzyść narratora. I może tylko Mor’der przemówił mimo rozbitej żuchwy, ale to szczegół. Dodam jeszcze tylko, że dwa pbemy równolegle trochę mnie przerosły i dla lepszej jakości rozgrywki umówmy się, aby w przyszłości był jeden na raz, ok? Albo przynajmniej w jednym będę brał udział. Pamiętam jakie ciarki mnie przeszły, kiedy prawie co wysłałem prywatną wiadomość do wszystkich. To by był klops… Jeszcze raz wielkie dzięki za zabawę i do zobaczenia po ciemnej stronie mocy.