Tantalia: Spotkania Taairskie

Stał przy oknie Komnaty Poselskiej. Patrzył, jak wojskowe okręty znikają na horyzoncie. Jako ostatnia, w mgłach poranka rozpływa się wysoka rufa Wielkiej Galery. Odwrócił się i podszedł do długiego stołu, stojącego pośrodku sali. Czerwone sukno, które je okrywało musiało kosztować majątek. Nalewając sobie miód do pucharu, zauważył że uronił kroplę na obrus. Chwilę patrzył na plamkę. Obserwował grę barw: szmaragd miodu zlewający się z rubinem obrusu. Odwrócił wzrok na puchar i zaczął miarowo nim kołysać. W tym momencie ciężkie, zdobione drzwi otworzyły się szybko i bezdźwięcznie. Do sali wpadł zdyszany mężczyzna, oparł dłonie na kolanach i przez chwilę łapał oddech.

– Cholernie dużo… tu macie… schodów… panie generale – wysapał.

– Witam, Mistrzu Kobiuszu. Proszę zasiąść. Napić się miodu. – odparł Astafas bez najmniejszego grymasu na twarzy.

– Co to za okazja? – zapytał już pewniej Kobiusz. – Co to ma być za wezwanie, że tak dwornie pukasz w drzwi prostych ludzi, grabami swoich baranogłowych?

– Zwołałem zebranie. Resztę powiem jak będziemy w komplecie.

– O czym ty mówisz?

– Zobaczysz – lakonicznie odparł Astafas odwracając się w stronę drzwi prowadzących na zewnętrzny taras. – Pozwól.

Na tarasie stał mężczyzna o obcych rysach twarzy. Gdy zeszli po kamiennych schodach podszedł do nich i przywitał się wedle dworskiej etykiety. Widząc po niewielkim ukłonie i pięści złożonej na piersi, Kobiusz poznał że ma do czynienia z wysoko urodzonym. Odwzajemnił gest.

– Mistrzu Kobiuszu, to jest pan hrabia O’kosan. Stoi za nim powaga cesarza Lirgonu, ustami którego przemawia… – zaprezentował obcego generał.

– Panowie, darujmy sobie dworności. Sytuacja jest poważna. Musimy działać i to szybko.

Twarz Kobiusza zmieniła się w jednej chwili. Rysy wyostrzyły się, a oczy zabłysnęły zimnym blaskiem.

– Dobrze panie hrabio, już nie trzeba, myślę, że właśnie złożyłem te puzzle. Moje uszy podszeptały mi kilka ciekawostek. Nie wierzyłem dopóki nie dostałem gorącego listu pana generała. Teraz widząc ciebie O’kosanie, mam już pewność – powiedział uśmiechając się triumfalnie.

– Panowie, nie poruszajmy tematu dopóki nie będzie z nami… – zaczął Astafas, lecz urwał widząc zbliżającego się kamerdynera.

– Panie generale – powiedział prężąc plecy sługa. – Jego ekscelencja Mas Takson.

– Świetnie. Wprowadzić. – rzucił Astafas unosząc brew. Mistrz Kobiusz i hrabia O’kosan staneli obok niego. Sięgneli po puchary napełnione miodem, stojące na niewielkim, kamiennym stoliku.

Po chwili czterej gwardziści, którzy wzrostem przewyższali wszystkich przebywających na tarasie niemalże o głowę, wprowadzili odzianego w luźne, zgrzebne szaty aresztowanego.

– Odmaszerować. – rozkazał generał. Wszyscy czterej, idealnie zgrani wykonali zręczne w tył zwrot i pospiesznie opuścili taras, a potem główną salę. Kiedy to nastąpiło, głos zabrał Takson.

– Po co ten gwałt, Astafasie?

– Wysłałem do ciebie list. Nie stawiłeś się.

– Bzdura. Nic o żadnym liście nie wiem. Naraziłeś się w oczach Rady Masów – Takson zmierzył spojrzeniem generała.

– Mam to gdzieś. Sytuacja jest wyjątkowa – syknął generał, wskazując na Kobiusza i Okosana. Mas zerknął na obu, po czym zmierzył dokładnie obcego. Ukłonił się.

– Witam mistrzu, witam panie hrabio. Cóż sprowadza wysoko urodzonego Lirgończyka w skromne progi korony, w tak delikatnym dla nas czasie?

Hrabia uśmiechnął się i skinął z pięścią przyciśniętą do ciała.

– Taksonie, napij się miodu, usiądźmy i zaczynajmy. – powiedział generał i wskazał główną salę. Kamień szlachetny obsadzony w pierścieniu na jego dłoni, błysnął karmazynową gwiazdą w promieniach porannego słońca.

DSC_0407a


W karczmie Kokosanka, śniadanie jadło czterech gońców. Tak zwyczajowo nazywali ludzie posłańców koronnych. Byli zmęczeni po długiej, całonocnej jeździe. Trzej przybyli z odległych miast Tantalii – Tygla, Tummu i Tornaadu. Czwarty był gońcem chwilowo służącym w stolicy. Znali się od dawna, często odbywali wspólne przejazdy z listami, aby rozstać się na którymś ze skrzyżowań szlaków. Jeden z nich wstał, wyszedł przed karczmę, skręcił w prawo i pośpieszył do latryny. W drodze powrotnej do stolika przechodził obok okna, wychodzącego na rzekę. Na drugim brzegu, w oddali dumnie prezentowała się najwyższa budowla Tantalii. Jego wzrok przemknął po znajomym kształcie wieży zamku koronnego. Nagle stanął nieruchomo. Przetarł oczy.

– Widzieliście? Ogień Kaana na wierzy w pałacu!

– Spojrzeli po sobie. Spojrzeli na niego. Potem znowu na siebie.

– Bredzisz – żachnął się jeden.

Tamten wrócił do stolika, opadł ciężko na drewniany stołek, mówiąc coś do siebie.

– Niech zabierają pocztę i spadamy – rzucił inny.

Jeden z posłańców nerwowo bawił się sprzączką grubego skórzanego pasa, za którego wciśnięta była torba z listami najwyższej wagi. Każdy z posłańców musiał najpierw udowodnić swoją lojalność w służbie, zanim dostąpił zaszczytu noszenia przesyłek tej rangi.

Czterej gońcy pochodzili z wiejskich rodzin farmerskich. W biedniejszych rejonach Tantalii, chłopcy marzyli o tym, aby zostać gońcem. Mimo, że stare porzekadła bredziły coś o tym, że goniec skaczący najszybciej – skacze najkrócej, nikt nie zwracał na to uwagi. Był to najłatwiejszy i najszybszy awans społeczny. Nic dziwnego, że tak wielu paliło się do spróbowania swoich sił w tej roli.

DSC_0407 (2)

  • Zawau

    Dobrze się rozkręca. Planujesz już jakiś termin na sesję?

    • Junak

      właściwie to myślę o dwóch sesjach łódźkiej i piotrkowskiej

      • Zawau

        W razie czego, w Piotrkowie możemy grać u mnie.