Potwór siedzi w każdym z nas

 

Jestem na świeżo po obejrzeniu finału pierwszego sezonu Hemlock Grove. Wrażenia? Mnogie i nierzadko sprzeczne. Serial jest nierówny, ma dłużyzny, ale rekompensuje wymuszenie cierpliwości u widza wrażeniem, jakie pozostawia po sobie na końcu. Aktualna myśl? Co u licha znaczy ten ogonek?!

Jako wielbiciel dziwactw wszelkiej maści (przez dziwactwa rozumiem tu dwie rzeczy: istoty nadnaturalne, oraz mocno abstrakcyjne filmy/seriale) do Hemlock Grove podszedłem entuzjastycznie, wiedząc, że pojawiają się w nim wilkołaki i wampiry. Ponadto, mając dziewięć lat zamroziłem muchę w szklance z wodą. Dlatego, gdy usłyszałem, że w serialu przewija się również motyw podejrzanych eksperymentów naukowych, wręcz kopałem się piętami po tyłku by go obejrzeć. Taki już ze mnie niespełniony dr Frankenstein.

Kolejnym ważnym elementem Hemlock Grove jest jego specyficzny klimat i forma. Pojawia się wiele niewiadomych, dialogi są często wieloznaczne i pełne niedomówień. Widz wie, że postaci wiedzą o czym rozmawiają, ale sam nie ma pełnego obrazu sytuacji. Momentami jest to irytujące, a efekt wzmagają liczne dłużyzny. Przez to pierwsza połowa serialu zrobiła na mnie przeciętne wrażenie. Niektóre wątki ciągnęły się niemiłosiernie, nie do końca rozumiałem rozwój sytuacji, w której znaleźli się bohaterowie, a na dodatek nie uświadczymy tu scen walk rodem z innych produkcji o istotach nadnaturalnych. Hemlock Grove wymaga od widza wiele cierpliwości. Trochę tak jak filmy Davida Lyncha, w których długie, intrygujące i specyficzne sceny niektórym przypadają do gustu, a innych nużą. Na szczęście, z pozostałymi aspektami serialu jest już całkiem nieźle.

Na dużą pochwałę zasługują główni bohaterowie, którzy są zarysowani niezwykle intrygująco. Oglądając Hemlock Grove miałem czasem wrażenie, jakbym oglądał ekranizację komiksu (i nie uważam tego w tym przypadku za wadę). Głównym powodem takiego odczucia jest to, że postaci są nietuzinkowe i bardzo wyraziste, a przy tym nie są też jednowymiarowe. Mamy także miks elementów nadnaturalnych i science-fiction. Fabuła skupia się głównie wokół przyjaźni dwóch młodzieńców w liceum. Chłopaków różni prawie wszystko – sposób bycia, status społeczny, charaktery. Roman Godfrey jest dzieckiem milionerów, nosi się stylowo, jest arogancki i kpi ze wszystkiego dookoła. Peter zaś pochodzi z cygańskiej rodziny, mógłby uchodzić za hipisa i jest odludkiem. Ponadto, jeden jest wampirem (tu określa się ich słowem “upir”), a drugi wilkołakiem. Taka przyjaźń nie podoba się oczywiście ich matkom (w tych rolach odpychająco-urzekająca Famke Janssen, oraz świetna Lili Taylor). Jednak ich relacje zostają zacieśnione z uwagi na fakt, że w ich miasteczku zostało popełnione morderstwo. Na dodatek, głównym podejrzanym jest oczywiście jeden z dwóch kumpli, a konkretniej wilkołak Peter. Podejrzenia padają na niego ponieważ jest także podejrzewany przez lokalną społeczność o bycie, lub przynajmniej uważania się za wilkołaka. Zaś według policji, ofiary zginęły w wyniku ataku dzikiego zwierzęcia. Jednak z uwagi na panującą powszechnie niewiarę w istoty nadnaturalne, pozostaje to w sferze plotek. Z kolei posiadająca potencjał parapsychiczny i cierpiąca z powodu zniekształconego ciała siostra Romana – Shelley zdaje się wiedzieć więcej o całej sprawie. Być może dzięki temu, że ma większe pojęcie o tym, co dzieje się w laboratoriach rodzinnej firmy Godfrey’ów, która przyniosła wspomniane wyżej milionowe zyski. Na temat postaci i ich specyficznych kreacji mógłbym napisać jeszcze dużo, ale ograniczę się do stwierdzenia, że pula bohaterów jest jedną z najmocniejszych stron serialu.

Jeśli zaś chodzi o morderstwo –  Jednak, jak już powiedziałem wcześniej – w tym serialu nic nie jest powiedziane wprost, a kolejne sceny przeważnie pomnażają pytania, zamiast udzielać odpowiedzi. Nieraz po obejrzeniu kolejnego odcinka siadałem zamyślony i mówiłem sam do siebie: kurcze, twórcy chyba nie mają w ogóle pomysłu co z tym zrobić. Właśnie tak – oglądając kolejny wieloznaczny dialog między bohaterami, scenę, która pozornie niczego nie wyjaśnia, sądziłem, że twórcy brną coraz głębiej w gąszcz fajnych motywów, które postanowili losowo wpleść do serialu nie bacząc na sens i jakąkolwiek logikę. Ta tendencja utrzymuje się do niemal połowy serialu. Właściwie, dopiero dwa ostatnie odcinki rzucają pewne światło na najbardziej zagmatwane elementy fabuły (choć nie tłumaczą wszystkiego). Znacznie zmieniły one moje nastawienie do serialu. Pomyślałem wówczas: kurcze, ale ktoś miał pomysł! Oglądając ostatnie dwa odcinki co chwilę otwierałem usta ze zdziwienia. Co ciekawe, gdy już uzyskujemy odpowiedź na to (pozornie) najważniejsze dla fabuły pytanie, wciąż pozostaje niewyjaśnionych kilka niezwykle istotnych kwestii. Przyznam, że dawno nie widziałem takiego nagromadzenia twistów, w dodatku na takim poziomie.

Gdy zdałem sobie sprawę, jak głupio wyglądam siedząc przed kompem z rozdziawionymi ustami, stwierdziłem, że Hemlock Grove to dobry serial. Dobry, intrygujący i nieszablonowy. Próżno szukać czegoś o podobnej konwencji, chyba, że zdecydujemy się sięgnąć po pierwowzór, jakim jest książka o tym samym tytule. Jak łatwo się domyślić, zalecam by Hemlock Grove dać trochę czasu na rozkręcenie się i przymknąć oko na początkowo nużącą formę, a serial odpłaci nam się solidnym mindfuckiem w finale. Naprawdę, mnogi i intensywny mindfuck to bardzo adekwatne określenie opisujące to, czego doznaje widz w finale historii. Tym samym, cieszę się, że niebawem dostąpię łaski obejrzenia kolejnego sezonu.

  • Mnie w tym serialu bardzo podobała się „droga” jaką przeszli obaj bohaterowie. Przemiana wewnętrzna (u Petera symboliczne ścięcie włosów) i cały ten fuck’up, który wydarzył się po drodze łączą się w zgrabnie zaserwowany motyw. No i ta nuta :)