Bioshock RPG? Shut up i bierz moje pieniądze!

Jakiś czas temu ogrywałem Bioshock: Infinite. Miodna gra z pięknymi projektami poziomów. Z paletą przeciwników, których z chęcią wprowadzę kiedyś do jakiejś swojej gry. Ten lead jest o produkcie, który wryje się w pamięć każdemu, kto pozwoli się wciągnąć w sztucznie piękny i poukładany świat twórców gry. Mnie zachwycił od pierwszych minut, jak tylko ujrzałem miejsce, w którym będzie rozgrywać się akcja. Wcześniej raczyłem się trailerami, które pokazały mi bardzo wiele z tej gry, ale dopiero samo jej przejście pozwoliło mi utwierdzić się w przekonaniu, że pod względem niektórych elementów mamy do czynienia z wybitną produkcją. Piszę to jako niedzielny fan całej serii. Pierwszą część przeszedłem w połowie, a z dwójką miałem do czynienia tylko przez kilka chwil. I nie jestem jakimś specjalistą w dziedzinie gier komputerowych. Jestem odbiorcą, który kupuje za pomocą uczuć, a nie z racji na obiektywne przesłanki. I w felietonie tym będzie dużo o emocjach, a mało o obiektywności.

Fabularnie gra jest prosta jak budowa cepa. Protagonista narobił sobie kłopotów. Musi się z nich wykaraskać. Żeby to zrobić, rusza do miasta zawieszonego w chmurach żeby porwać jakąś dziewczynę. Na miejscu okazuje się, że sprawa wcale nie jest taka błaha na jaką wyglądała z dołu, więc pierwsze zdanie tego akapitu w zasadzie było kłamstwem. I trochę też oszukuje nas sam Bioshock rozpoczynając narrację od właśnie tego motywu. Pojedź – zlokalizuj – porwij – po sprawie. Bardzo mnie tym urzekli, a im dłużej obcowałem z grą tym większe robiłem oczy na widok fabuły. W ogóle nie interesowała mnie warstwa strzelankowa. Wręcz irytowało mnie to, że przeciwnicy ciągle wyskakują zza węgłów, zamiast pozwolić mi iść dalej i cieszyć się rozwojem wydarzeń. I zupełnie nie interesowało mnie kupowanie ulepszeń do broni, a przeszukiwanie ciał poległych było żmudną (smutną) rutyną. Sama mechanika walki wspomagana przez hak doczepiony do ręki bohatera bawiła tylko za pierwszym razem. Potem był głównie chaos i rzucanie się na ślepo w kierunku podniebnych torów. Więc jeśli szukasz dobrej strzelanki to nie wiem czy Bioshock taką jest. Dla mnie była mocno przeciętna, chociaż tak jak pisałem na samym początku: niektórzy przeciwnicy robią wrażenie, że ho ho ho (np. człowiek-kruk albo mechaniczne golemy stylizowane na prezydenta Washingtona).

Mechaniczny golem stylizowany na prezydenta Washingtona?! Nieźle to brzmi, a jeszcze lepiej wygląda w trakcie zabawy. Jeśli nie miałeś do tej pory styczności z Infinite to szybko nadrobię Twoje braki. Akcja gry dzieje się na początku XX wieku, w mieście zawieszonym pośród chmur. Unosi się gdzieś nad Stanami Zjednoczonymi, a fundamenty, które doprowadziły do jego powstania osadzają się mocno wokół ojców założycieli USA. Tak oto mamy do czynienia z jedną z najlepszych utopii w grach komputerowych (i w zasadzie całej popkulturze). Na pierwszy rzut oka miasto jest śliczne i zamieszkują je szczęśliwi ludzie. Szybko jednak przekonujemy się o tym, że coś tu jest nie tak. Za maską patriotyzmu skrywa się rasizm i nacjonalizm. Za demokratycznymi ideałami fanatyzm religijny i tyrania. Uśmiechnięci ludzie zmuszani są do pracy ponad siły. Nowoczesne, jak na tamte czasy, społeczeństwo cierpi od wyzysku, przemocy i walki najważniejszych sił rządzących miastem. My zostajemy wrzuceni w sam środek nawałnicy, która targa Columbią i na dodatek, mamy do wyjaśnienia zagadkę swojego życia. Bez dwóch zdań. Fabuła miażdży zwoje mózgowe, dlatego choćby dla niej samej warto sięgnąć po Bioshocka, nawet jeśli nie kręci Cię strzelanie do amerykańskich prezydentów z minigunami.

W trakcie zabawy, oprócz samych walk, bardzo denerwowało mnie to, że Bioshock jest tylko…grą komputerową. Dosyć ograniczoną, jeśli chodzi o interakcje pomiędzy graczem, a otoczeniem. W pewnym momencie spacerujemy po plaży. Na piasku leżą piłki do gry w siatkę, które najwyraźniej zrobione były z żelaza. Chodząc po mieście natknąłem się na ławkę. Ławkę ścianę, bo nie dało się na nią wskoczyć. Podobnie było ze stertą jakiś śmieci. Wystarczyło trochę podnieść nogę i już byłaby za nami. Albo Mieszkańcy. Niektórzy coś tam gadali, ale z większością mógłbyś dogadać się chyba tylko po chińsku. I te „kartonowe” kamienice biegnące wzdłuż ulic. I to poczucie, że nieważne ile osób ukatrupię, to i tak nie ma to żadnego znaczenia. Fabuła, choć wybitna, nie pyta o zgodę, zdanie czy uczucia. Płyń razem z nią, albo wypie…

Poza fabułą jest jeszcze otoczka wizualna całej gry (i serii). Miasto pod powierzchnią oceanu. Miasto w chmurach. Eksperymenty na ludziach. Genialne projekty lokacji i sam pomysł na przeniesienie akcji do takich miejsc i tego akurat czasu. Całość sprawia, że z chęcią zagrałbym w RPGa w tych klimatach. W utopijnym mieście, gdzie gracze wcielają się w członków jednej z frakcji lub są ludźmi z zewnątrz, wciągniętymi w wir wydarzeń. Gdzie śrut i proch mieszają się odrobiną magii, a całość nie jest tym, czym nam się wydawała na samym początku przygody. I w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby poturlać w tych klimatach. Wystarczy wziąć odpowiednią mechanikę, znaleźć kilku entuzjastów i voila. Grałbym (z naciskiem na „grał”). Szkoda, że jeszcze nikt nie pokusił się o wydanie papierowego RPG z tego uniwersum. Wyczuwam tutaj piękny podręcznik w ekstrawaganckiej oprawie.

  • Zawau

    Bioshock RPG? Myślę, że powstało już coś takiego, a przynajmniej zbliżonego i nazywa się Wolsung. Dodać tylko splicing (na pewno w Infinite nazywają to magią?) i voila!

    • Średnio to widzę – jedyny wspólny mianownik to steampunk. Nie pamiętam czy nazywali to magią, vigorem czy plasmidami.