Dom Tremere

To była bardzo długa i bardzo dobra pasterka. Kapłan włożył w kazanie całe swoje serce, a sama uroczystość…cóż, będą ją wspominać przez nadchodzący rok. „Głupi śmiertelnicy. Tak łatwo jest nimi manipulować.” Właśnie błogosławił wszystkich na koniec i pomyślał o tym, że kiedy oni wrócą do domów żeby udać się na spoczynek, przed nim będzie jeszcze kilka dobrych godzin nocy. Sztuczny uśmiech nie schodził z jego twarzy nawet na moment. Pozdrawiał zebranych i czuł, że dodaje im sił. Wszystko było w nim idealne. Śnieżnobiały garnitur zębów. Piękna sutanna. Wygolona na glanc głowa, w której mogli się próbować przejrzeć. Najbardziej zadowolony był z brzmienia swojego głosu. Ćwiczył go latami, zanim jeszcze został tym, kim jest dzisiaj. Dziecięciem nocy.

Kościelne organy rozbrzmiały ostatnią nutą „Cichej nocy”. Ludzie pełzli w kierunku wyjść. „Robactwo i trzoda.” Tylko tym dla niego byli. W tłumie ujrzał filigranową brunetkę o szmaragdowych oczach. Nie pokazał po sobie, że koncentruje na niej swoją uwagę. Pamiętał ją z zeszłej niedzieli. Stwierdził, że będzie ona jego następnym posiłkiem. Ale nie dziś. Może jutro. Wieki bycia Kainitą nauczyły go modelowania swoich potrzeb. Uczynił je plastycznymi i dzięki temu pożywiał się tylko wtedy, gdy rzeczywiście był głodny. Nie  dla samej rozrywki, chociaż nie odrzucał uczucia ekstazy towarzyszącego pozbawianiu kogoś życia. To było jego dziedzictwo. „Krew jest wszystkim, ale nie dziś”.

Zamknął leżące przed nim Pismo. Spojrzał na okładkę wykonaną ze skóry. W jednym z rogów znajdował się ukryty znak kwadratu w okręgu i trójkąt. Symbol jego klanu. To nie była też zwykła Biblia. Przelano nad nią losy wielu istnień. Wiedział o tym tylko on i dwójka innych, podobnych do niego wampirów mieszkających w mieście. Ten potężny artefakt dawał im możliwość korzystania z dyscyplin niedostępnych lub bardzo trudnych do wytrenowania dla magów krwi. „Jedna z wielu naszych tajemnic…” skwitował w duchu i silą woli zgasił wszystkie świece palące się w nawach i transepcie. Jedyne źródło światła stanowił teraz ołtarz.

Zabrał księgę pod pachę i ruszył w stronę bocznego wyjścia. Wniknął w ciemność i zaczął przemierzać sieć korytarzy. Dla kogoś z zewnątrz mogłyby stanowić trudny do przejścia labirynt. On znał jednak drogę na pamięć. Po kilku chwilach stanął w przejściu prowadzącym do krypt. Odruch z przeszłości nakazał rozejrzeć się na boki i sprawdzić czy ktoś go nie śledzi. Uśmiechnął się, gdy zorientował się co robi. Skarcił sam siebie i zaczął iść dalej. W dół. Kręconymi schodkami, które wiły się jakby były wężem oplatającym konar drzewa.

Światło pochodni w oddali zwiastowało, że już na niego czekają.

– Nareszcie jesteś, Szymon – usłyszał perlisty głos Loretty, który zupełnie nie pasował do tego świętego miejsca – Czekamy już prawie pół godziny – wymownym gestem wskazała na zegarek. Nie zwracał na nią większej uwagi poza wymaganą kurtuazją. Szybko skupił całą uwagę na siedzącym w górze długiego stołu mężczyźnie z siwą brodą.

– Wybacz, Archibaldzie. Nabożeństwo przedłużyło się – Szymon zaczął się tłumaczyć, ale starzec przerwał mu wdzierając się do wnętrza jego głowy.

Mamy sprawy do omówienia – rozbrzmiał donośnie głos starszego Tremere, chociaż żaden dźwięk nie opuścił jego gardła. Wiele lat temu, a może nawet i wieków, złożył on przysięgę, która zakazała mu komunikować się ze światem za pomocą ust. Od tamtej pory czynił to tylko za pomocą telepatycznego przekazu i na dodatek bardzo rzadko.

– Otrzymując stanowisko Mirmidona wspięliśmy się bardzo wysoko w hierarchii piotrkowskich klanów – odezwała się zapomniana trochę kobieta, która rozłożyła wokół siebie na stole tablet, laptop i jeszcze telefon. Mówiąc to wszystko cały czas pracowała na tych urządzeniach. Ciągła analiza danych. To było jej najważniejsze zadanie i wypełniała je doskonale.

– Czekaliśmy na ten tytuł zbyt długo. Ambicje domu Tremere sięgają daleko dalej…poza tytuł książęcego herolda czy samego księcia miasta! – Szymon deklamował gniewnie te słowa opierając się obiema rękoma o blat stołu i nachylając się w kierunku Loretty. Archibald spoglądał na tą dwójkę z ukrywanym rozbawieniem. Ona była jak zwykle zimna i skupiona na analizie. On palił się do działania i pozwalał żeby spalała go ambicja. Zadaniem Archibalda było manipulowanie tymi dwoma żywiołami, żeby osiągnąć jak najwięcej dla klanu.

– Jakbyś nie zauważył, dopiero niedawno sytuacja polityczna pozwoliła nam na zawiązanie oficjalnego sojuszu z tronem. Nie wyobrażasz chyba sobie, że bylibyśmy w stanie dogadać się z poprzednią księżną? Zapominasz, że dziewczyna to jej krew, a krew…należy chronić – Loretta lustrowała Szymona zza czerwonych oprawek okularów. Długie blond włosy opadały jej na oczy, ale widocznie nie przeszkadzało jej to w prowadzeniu rozmowy i pisaniu czegoś na komputerze.

– A ty nie dostrzegasz tego, że jest ona kluczem do wieży! – warknął Szymon i bezwiednie spojrzał na Archibalda, który pochylił głowę w geście aprobaty. Loretta też to spostrzegła.

– Nie zapominaj o niebezpieczeństwie, jakie się z nią wiąże – żadne z nich nie chciało mówić o tym otwarcie. Jakby obawiali się, że ktoś może ich podsłuchać i zdemaskować ich grę wewnątrz gry – Proponuję wykorzystać jej potencjał prawdowidzenia, ale nic więcej. Nie otwierajmy drzwi, których potem nie będziemy potrafili zamknąć – ton Loretty był prawie, że błagalny i skierowany przede wszystkim w kierunku Archibalda. To on miał podjąć ostateczną decyzję.

– Twój  strach – zaczął oskarżycielskim tonem Szymon – spowoduje, że na kolejne lata nasz plan będzie czekał na realizację. Dziś jesteśmy drugą siłą w Piotrkowie – kobieta obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem – Dominik-Remigiusz potrzebuje nas bardziej niż my jego.

– I jeśli dowie się, co chcemy zrobić z dziewczyną zbierze wszystkie klany przeciwko nam! – podniosła głos Loretta wreszcie odrywając się na stałe od ekranu laptopa – Zapominasz też o Brujah, bracie. Pozwól, że ci wyjaśnię.

Szymon chciał coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły w gardle. Loretta wiedziała, że to sprawka Archibalda i jego przyzwolenie.

– Leon przeszedł na stronę Sabatu. Z tego, co nam wiadomo za sprawą tego Gangrela odszczepieńca Olafa. Nie wierzę jednak, że porzucił myśli o swojej ukochanej. A na pewno nie uczynił tego jego klan, który w dziewczynie widzi nową…lepszą Katarzynę. Każdy ruch wykonany przeciwko Kasandrze wiąże się z odwetem wszystkich anarchistów i założę się, że nawet jak dziś tu siedzimy, to oni obmyślają plan jak ją odzyskać. Jeśli im się to uda…czeka nas druga noc krwawej anarchii.

Szymon zasępił się. Miała rację. Z drugiej strony na szali było dobro i siła klanu Tremere. „W Wieży bylibyśmy niepokonani” pozwolił, żeby Archibald bez trudu odczytał jego myśli.

– Dziewczyna jest przekleństwem miasta, bo niezależnie do kogo będzie należeć, to ulicami popłynie krew. Ventrue tylko przedłużają to, co nieuniknione – powiedział na głos.

– I przy okazji mogą dużo dzięki niej zyskać – wtrąciła kobieta i Szymon zgodził się z nią przytakując.

– Jeśli odbiją ją Brujah to znów rozpęta się walka o władzę. Kasandra może rościć sobie prawo do tronu…

– Musieliby ją przemienić. Leon sam nie podejmie takiej decyzji – znów weszła mu w słowo. Kolejny raz trafnie.

– Z nami byłaby najbezpieczniejsza. Klasztor ochroniłby ją i pozwolił nam na…

Jest jeszcze czwarta opcja – wtrącił się do rozmowy Archibald. Po karkach dwójki dyskutantów przebiegł dreszcz – Ewentualność, której żadna z wymienionych wcześniej stron nie chce.

Loretta i Szymon wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

Wojna jest nieunikniona. Pozwólmy innym się na niej wykrwawiać. Dziewczyna zostanie na razie z księciem. Zażądam dostępu do niej. Wykorzystamy ją na razie na tyle, na ile będzie nam pozwalała sytuacja. Gdy wszystko się wyklaruje… – starszy klanu zawiesił głos, żeby mogli przygotować się na jego finalne słowa tej nocy – przeprowadzimy rytuał i odzyskamy Wieżę.

  • Fajne, ambicjonalne podejście tremere:)