Krew jest wszystkim

– Sprowadź go – usłyszał wyraźnie polecenie rzucane po drugiej stronie słuchawki telefonu. Jeśli chciał coś odpowiedzieć, nie zdążył. Jego pan musiał być bardzo zajęty albo poddenerwowany. Nawet przez głośnik komórki potrafił rozpoznać specyficzne brzmienie jego głosu, które zdradzało, że musi dziać się coś ważnego. Być może niebezpiecznego. 

Wiele lat temu mieszkał w Piotrkowie. Wtedy też służył Maksymilianowi i to się nie zmieniło do dziś. Pomimo wydarzeń z Moskwy, gdzie zginął Michał, jego potomek. Chociaż wyznawał brutalną zasadę Brujah, w myśl której tworząc potomka porzucało się go, to utrata Michała była dla niego bolesna. Niemalże sam postradał swe życie, gdy w odwecie próbował stanąć przeciwko Maksymilianowi. W ostatniej chwili opanował się i zrozumiał argumenty Maksymiliana. Przecież Michał miał na sowich dłoniach krew dziecka!

„Czy naprawdę tak było?”, zapytał sam siebie spoglądając na okrągły księżyc toczący się po nieboskłonie. Czasami to pytanie wracało, żeby zginąć gdzieś w odmętach jego umysłu.

Przekręcił kluczyk w stacyjce swojego motocykla i nałożył kask na głowę. Długie włosy opadły mu na oczy ograniczając widoczność. Nie zwracał na to uwagi. Teraz najważniejsze było zadanie i wiatr, który smagał twarz w trakcie jazdy. Namiastka wolności.

Obejrzał się przez ramię. Ostatni rzut oka na to miejsce tej nocy. Targały nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony czuł się emocjonalnie związany ze zgliszczami, jakie zostały po starej leśniczówce, a z drugiej cieszył się, że może odjechać z tego miejsca. Duch jego syna krążył tu i przypominał mu o porażce, jaką odniósł. Zresztą nie pierwszy raz. W czasach młodości rzucał swoją krwią, niczym nasieniem, na lewo i prawo. Potem porzucał potomków na pastwę losu tłumacząc sobie, że jeśli będą silni to przetrwają. Jeśli nie, to znaczy, że tak miało być.

Dojechał do ronda na Wolborskiej. Przepuścił jeden z samochodów, który już po nim jechał. Dopiero teraz poczuł się wolny od duchów ze strzelnicy. Jednocześnie poczuł się, jak ktoś kto wpada z deszczu pod rynnę. Ponury grymas pojawił się na jego twarzy, a nienaturalnie duże kły wysunęły się spod warg. Im był bliżej miejsca, które wskazał mu Maksymilian tym mniej czuł jak panuje nad emocjami. „Jak długo jeszcze będzie mnie prześladować własne dziedzictwo krwi?”, zapytał się w duchu i jeszcze bardziej przyspieszył. Przejechał na czerwonym świetle przy synagodze nie zważając na niebezpieczeństwo wypadku. „I tak nikt tu już nie mieszka” usprawiedliwił się sam przed sobą i spojrzał na spalone kamienice. Brujah zniszczyli dużą część miasta. Wygnali Cyganów i znaleźli się w otwartym konflikcie z Gangrelami. Pierwszy raz od…od kiedy mógł sobie przypomnieć. „Straszne czasy…”.

„Rock’N’Roll” wyróżniał się na tle reszty budynków. Był w bardzo dobrym stanie w porównaniu do zdewastowanych i opuszczonych kamienic, które straszyły dookoła. Wydobywały się z niego dźwięki rockowej muzyki, a dookoła tłoczyli się ludzie. W środku właśnie dobiegał końca grungowy koncert. Tłum wisiał na kratownicach wokół okien, pchał się ku drzwiom, a cały budynek wyglądał jakby miał zaraz eksplodować dźwiękiem i światłem.

Zaparkował swój motor obok rzędu innych maszyn. Lśniących z emblematami anarchii. Gdyby zbyt wydatne kły i owłosione dłonie nie różniłby się wcale od reszty bywalców. Odziani w skóry, nabici ćwiekami, irokezy, tatuaże. „Już zapomniałem, jak dobrze się czułem w ich towarzystwie”, powrócił na chwilę myślami do Piotrkowa sprzed dekady. Gdy sam bywał często w tej knajpie i znał jej poprzedniego właściciela. Leona nigdy nie poznał, ale dużo o nim słyszał. I z tych opowieści nie wróżył dobrze ich znajomości.

Wcisnął się do środka rozpychając barami między tłumem, który też próbował zrobić to samo. Przewyższał ich wzrostem i posturą. Budził respekt poszczególnych ludzi, którzy jeszcze nie pomyśleli, że jest ich więcej i to liczebność stanowi ich siłę. Zdawał sobie z tego sprawę, ale póki co wszystko szło gładko. W środku uderzył w niego swąd papierosów i marihuany. Znajomy zapach, którego nigdy nie zapomniał. Uśmiechnął się i powiódł wzrokiem po lokalu, który w zasadzie nie zmienił się na przestrzeni lat.

Na chwilę zatrzymał spojrzenie na barmance. Kruchej blondynce z tatuażem na przedramieniu. Była człowiekiem, a na dodatek budziła w nim jakieś dziwne uczucie. „Jestem głodny”, stwierdził i oblizał się wymownie w tym samym momencie, w którym ich spojrzenia spotkały się. Uśmiechnęła się do niego nic nie robiąc sobie z widoku jego kłów. Szybko wróciła do swojej pracy, gdy jeden z gości próbował przedostać się przez kontuar na drugą stronę. Kijem bejsbolowym sprowadziła awanturnika na ziemię i zaczęła nalewać piwo gościom.

Odwrócił głowę w kierunku stołu bilardowego, przy którym stał łysy i postawny mężczyzna w towarzystwie kilku innych Bruhaj, a także barczystego olbrzyma z gęstymi bokobrodami. Zaczął iść w ich kierunku. Omijał anarchistów, tak jakby każdy z nich był miną pływającą w wodzie. „Jeden fałszywy ruch i kosa w brzuch”, usłyszał mimochodem rozmowę dwójki wygolonych skinów. Nie były to słowa skierowane do niego, dlatego kontynuował. Jak tylko przebył dwa z trzech schodów prowadzących do podwyższenia ze stołem został zauważony przez Leona. Przywódcza Czerwonych Brujah zamilkł i wysoko podnosząc podbródek spoglądał na kroczącego w jego stronę Gangrela.

– Do nogi! – rzucił z przekąsem Leon poklepując się po udzie, jakby wabił psa – Dariusz nigdy nie reagował na takie zaczepki. Nosił swój pseudonim „Psa” z dumą i żaden Brujah nie był w stanie wyprowadzić go z równowagi.

– Możemy pogadać? – zamiast do przywódcy anarchistów zwrócił się ponad jego głową w kierunku olbrzyma z bokobrodami. Leon poczerwieniał na twarzy ze złości.

– Tutaj będziesz gadał tylko ze mną, psie – popchnął Gangrela do tyłu, ale za słabo żeby wytrącić go z równowagi – To moja domena, komprende?

– To sprawa krwi. Nie ma nic wspólnego z Brujah – odpowiedział „Pies” starając się nie rozpętać kolejnego zarzewia wojny między klanami, chociaż było to bardzo trudne. Krew powoli zaczynała w nim buzować i tylko rozkaz Maksymiliana potrafił trzymać go jeszcze w ryzach.

– Podobnie jak ja – odezwał się olbrzym stając obok Leona i dając jasno znać, że podziela zdanie Brujah – Zrobiliśmy swoje, przynajmniej na tą noc. Przekaż swojemu „panu” żeby się od nas odpałował – te słowa wzbudziły nieukrywany entuzjazm u Brujah. Dariusz przeczuwał, że to nie będzie łatwe zadanie. Był na to przygotowany.

– Przypominam wam, że bez opieki moich mocodawców…

– To co, kurwa? – przerwał mu Leon rozbijając o kant stołu bilardowego butelkę wódki i kierując jej zaostrzony koniec w stronę Dariusza – Powiedziałem ci, że to moja domena, psie. Licz się ze słowami, bo jak mi Olaf świadkiem…

– Olaf, odwołuję się do więzów krwi, które nas… – kolejne niedokończone zdanie. Tym razem przerwał je olbrzym z bokobrodami, który bez ostrzeżenia skoczył na Dariusza z obnażonymi pazurami. Był żądny jego krwi, a w oczach tańczyły mu odbicia ostatecznej śmierci. Zaskoczony „Pies” nawet nie zareagował. Olaf przebił jego bok i drążył coraz mocniej, jakby chciał przez połamane żebra dobrać się do serca.

– Więzy krwi! – ryknął na cały lokal i dopiero w tym momencie tłum skupił uwagę na nich. Dariusz wyrwał się z uścisku, ale wolność okupił rozerwanym bokiem.

Chwilę później skoczyli sobie do gardeł. Stłoczeni dookoła Brujah byli w siódmym niebie, a stojący na ich czele Leon dopingował Olafa i złorzeczył Dariuszowi. Ci dwaj nie zważali jednak na nic. Szybkość regeneracji „Psa” była niesamowita. Olaf z kolei odznaczał się nieludzką siłą i zwinnością. Strzaskane krzesła i połamany stół do bilardu rozpoczynały listę zniszczeń. Do największej szkody należałoby wpisać ścianę, którą wyburzył Olaf Dariuszem. Gdy znaleźli się na dziedzińcu przed lokalem „Pies” rozerwał swój t-shirt na strzępy ukazując owłosiony tors. Zawył do księżyca, który w tej oto chwili wyjrzał zza ciężkiej chmury i zawył ku niemu. Zapadła chwila oczekiwania, którą przerwało ujadanie i skowyt z oddali. Dariusz jakby nabrał sił i natarł z impetem na Olafa wbijając go w karoserie stojącego obojętnie samochodu. Szczęk metalu i trzask pękających szyb rozległ się dookoła, aż ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy i przerwał koncert w R’N’R. Korzystając z tymczasowej przewagi Dariusz wykrzyknął swojemu synowi do ucha:

– Jestem twoim stwórcą, do diabła – ciężko dyszał od zadanych mu wcześniej ran, które nie goiły się już tak szybko – Rozkazuję ci… – nim dokończył Olaf odwinął się i przeszedł do kontrataku wybijając „Psa” z rytmu.

– W dupie mam, kim jesteś, *tato* – solidny kopniak w splot słoneczny sprowadził Dariusza do parteru – Więzy krwi, które niegdyś na mnie nałożyłeś zostały złamane! – tak samo jak żebra „Psa”, które właśnie spotkały się z żelaznym piszczelem Olafa – Zastąpione! – chwycił go za głowę i uderzył nią o bruk.

„Zastąpione?”, pomyślał Dariusz i zdezorientowany od spadających na niego ciosów zastanawiał się czy to możliwe. To by wyjaśniało bardzo wiele. Na przykład totalną niewrażliwość Olafa na jego wpływ i to, że nigdy w Michale nie widział swojego brata. „Pies” nie był filozofem, ani naukowcem. Jego mózg nawet nie próbował tego zrozumieć. Teraz liczyła się krew.

Leżał na zimnej glebie. Dookoła zaczęły siadać cichutko sroki, a z nieba powoli sypał śnieg. Olaf dyszał, niczym dziki zwierz. Wyładował część swej agresji i krążył wokół Dariusza upajając się tą chwilą.

– Śmierdzisz arystokracją, „Psie” – napluł pod głowę Dariusza przechodząc obok niej i rozważając, czy nie lepiej byłoby ją kopnąć – Powiedz mi, dlaczego nie powinniśmy dziś podzielić się twoją juchą? – słysząc te słowa Brujah zawyli tryumfalnie popierając ten pomysł.

– Sam żyjesz jedynie dzięki uprzejmości tej…*arystokracji* – odpowiedział wypluwając flegmę krwi o smaku żelaza i podnosząc się chwiejnie na nogi – Jesteś pionkiem w grze wielkich, tak jak ja. Tak jak oni – wyciągnął zakrwawioną rękę w kierunku Brujah, którzy spoglądali po sobie ze zdziwieniem. Powoli narastało w nich zniecierpliwienie – Obaj jesteśmy wyrzutkami, którzy stracili swoją watahę. Krwi nie oszukasz, Olaf. Krew jest wszystkim, a ty jesteś Gangrelem! – nie wiedział skąd, ale zdołał wykrzesać z siebie jeszcze trochę sił. Znów natarł na Olafa i chociaż wiedział, że na dłuższą metę nie ma szans, to zagrał ostatnią kartą jaką miał. Jak się okazało…posiadał tylko tą jedną.

Zwarli się. Zaskoczony Olaf nagłym zrywem Dariusza nie zdążył zareagować. Tamten powalił go na ziemię i zaczął okładać pięściami to z lewej to z prawej strony. Kątem oka spoglądał na stojących w oddali Brujah, ale ci nie reagowali. Leon siedział na masce samochodu rozbawiony tym widokiem. Na chwilę udało mu się go zamroczyć. To wystarczyło, żeby Dariusz kłem rozerwał przegub swojej dłoni i napoił Olafa własną krwią. Tamten na początku opierał się, ale w końcu ustąpił. „Krew jest wszystkim”, pomyślał „Pies”, żeby po chwili dodać „Ale to stanowczo za mało, żeby odbudować więź”.

Nagle Olafem wzdrygnął dreszcz. Najpierw jeden, potem drugi. A następnie cała seria, jakby był wpadł w epileptyczny trans. Na ten widok Leon poderwał się na równe nogi i z nieludzką szybkością znalazł tuż obok nich. Chwycił Dariusza za ramiona i oderwał od Olafa.

– Co ty mu, kurwa, zrobiłeś – wysyczał i wyjął zza pleców nóż o poszczerbionym ostrzu. Zaczął powoli zbliżać się ku Dariuszowi.

– Zostaw go – usłyszał zza pleców głos swojego ulubionego Gangrela – Czego chcesz? – tym razem słowa kierował do podnoszącego się z ziemi Dariusza.

– Mój pan cię wzywa – odpowiedział hardo i dodał – Czas na drugi etap *planu* – zaintonował znacząco ostatni wyraz. Olaf domyślił się o co chodzi. Ciekawość, a może krew Dariusza, sprawiły, że chciał zostać w to wtajemniczony. A może nadal pracował dla Gustawa i wiedział, że to ważne. Że nie może go ominąć, cokolwiek będzie miało się wydarzyć w nadchodzącym czasie w mieście. „Krew jest wszystkim”, usłyszał w głowie myśli Dariusza, które w jakiś sposób wdarły się do wnętrza jego umysłu. Siłą woli zdusił je z łatwością, ale echo wciąż odbijało się w zakamarkach jego duszy.

– Jedziemy i lepiej żeby to było ważne…

– Olo? – zapytał strapiony Leon.

– Nie wkurwiaj – rzucił na odchodne olbrzym z bokobrodami, żeby po chwili pognać za odjeżdżającym Dariuszem.

  • Zawau

    Fajna scena. Dobrze dedukuję? Olaf zerwał więzy krwi z Dariuszem, bo wykrwawiając się tyle razy krew Dariusza została w nim zastąpiona krwią innych wampirów i nie tylko – tak?

    • Wymyśliłem, że raczej ta więź została zastąpiona przez innego wampira, którego jeszcze nie znamy.