K jak książę, k jak…

Ekipy remontowe uwijały się nawet w takim mrozie jak dziś. Grudniowe powietrze szybko przypomniało o tym, że zima jest w pełnej krasie, chociaż do tej pory obchodziła się z ludźmi dość łagodnie.  Długa droga czekała „Europę” do dawnej świetności. Sypiące się gzymsy zabezpieczono siatką. Dookoła wystawiono znaki o zakazie wchodzenia. I tak nikt o tym nie myślał po wydarzeniach, które miały miejsce w tych okolicach. Duża część miasta cierpiała przez Brujah i wszystko wskazywało na to, że centrum wydarzeń przeniesie się na inne rejony Piotrkowa.

Zbliżała się dziesiąta wieczorem. Szef budowy zawołał gardłowo do swoich „chłopaków” żeby kończyli pracę wewnątrz budynku i zabierali się do domów. Ekipa pracowała nieprzerwanie od szóstej rano. Nieważne czy była to sobota czy niedziela. Zima nie stanowiła przeszkody. Część prac można wykonać o każdej porze roku. Umowa na restaurację starego budynku była najeżona srogimi warunkami dla budowlańców, ale kwota do zapłaty na koniec roboty załatwiała sprawę. Nawet nikt nie dziwił się za bardzo, gdy kilka razy zdarzyło się znaleźć jednego z robotników w ciemnym kącie budynku nieprzytomnego. Przepracowanie. To był oficjalny powód jego zasłabnięcia. A kiedy raz ktoś po prostu zniknął na konto firmy wpłynął dodatkowy przelew. Dla rodziny biedaka. Za milczenie.

Jedyne co było gotowe do użycia to piwnice, które przekształcono na klub dla elity miasta. Taki był przynajmniej plan, bo miejsce to jeszcze nie działało. Gości żadnych nie zapraszano i tak naprawdę nikt nie wiedział o istnieniu takiego miejsca. Poza kilkoma, bardzo nielicznymi wyjątkami.

Czarna limuzyna podjechała pod „Europę” kilka minut przed dwudziestą trzecią. Robotników nie było już przynajmniej od pół godziny i miejsce to nie przyciągała niczyjej uwagi. Było kolejnym straszydłem miasta, które ktoś próbował rewitalizować.

Z lśniącego sedana wyłoniła się postać. Doskonale ubrany. Wręcz nudny w swej perfekcji. Na oko miał około trzydziestu lat i wyglądał jakby dopiero co zdobył cały świat. Gra pozorów była jego domeną. W rzeczywistości był uciekinierem, zdrajcą, pariasem i odszczepieńcem. Za jego głowę wyznaczono w Piotrkowie nagrodę i nawet brak obecności księżnej nie powstrzymałby krwawych łowów, gdyby ktoś zwietrzył tu jego obecność. Pomimo tego jakoś specjalnie nie przejmował się tym, że jest na celowniku. Miał to we krwi. Prawdopodobnie taka pewność siebie, która była jego tarczą, odziedziczył po ojcu.

Drzwi otworzył sobie sam. Następnie zwrócił się ku szerokim schodom prowadzącym w dół. Tam kolejne drzwi. Tym razem jednak stał przed nimi rosły ochroniarz. Nie znał go, ale on znał jego. To było najważniejsze. Ukłonił się nisko i gestem zaprosił do środka. Za progiem ukazał mu się obraz pełen przepychu i piękna. Złoto i czerwień dominowały w wystroju przestronnego pomieszczenia. „Królewskie kolory, jeszcze tylko insygniów brakuje”, pomyślał. Gdy przechodził w głąb pomieszczenia jego oczom ukazało się prawdziwe przeznaczenie tego miesjca.

Wyglądało na to, że piwnica została zaadoptowana na kasyno. Chwilę trwało zanim przyzwyczaił wzrok do tego widoku. Nim to do końca nastąpiło usłyszał dźwięki rozmowy. Skierował się ku nim i zobaczył, jak przy jednym ze stołów siedzi dwóch mężczyzn. Jeden był dystyngowany, odziany w garnitur w prążki i śnieżnobiałą koszulę zwieńczoną czarną muchą. Wyglądał na czterdziestolatka. Był jednak starszy. Dużo starszy. Drugi z nich miał może dwadzieścia kilka lat i długie, blond włosy. Nienaturalny kontur i drapieżność oczu zdradzały jego przynależność. Po chwili go rozpoznał. Wzdrygnął nim dreszcz złości. Szybko opanował emocje i ze znaną dla siebie nonszalancją rzekł w kierunku czterdziestolatka, jakby chłopaka nie było tuż obok:

– Nowy „pionek” w twojej grze, Kocie? – Felix Kot poruszył się nieznacznie na krześle poprawiając połę marynarki. Nie odrywał wzroku od planszy szachów umieszczonej na stole pomiędzy nim, a jego „pionkiem”. Wykonał ruch.

– Ty masz swojego „psa”, ja mam…Terca – przeniósł wzrok na chłopaka. Gangrela, do którego przemienienia dołożył swoje trzy grosze. Terc był niegdyś łowcą wampirów, a od kilku dobrych lat jednym z nich – Nie patrz tak na niego, Maks. To…przyjaciel.

Książę Maksymilan, lubił gdy tak się do niego zwracano, choć dawno już księciem nie był, wymownym spojrzeniem nakazał Tercowi ustąpić sobie miejsca. Ten przez ułamek sekundy próbował zaprotestować, ale poczuł niewidzialną siłę, która zaczęła wwiercać się w jego mózg z siłą dobermana zagryzającego szczęki. Zniknął w jednym z cieni trzymając się ręką za głowę. Czuł w niej pulsujący ból, który zmniejszał się im był dalej od jego źródła.

„Beznadziejna partia”, przemknęło przez głowę Ventrue widząc ilość figur i dwa ocalałe pionki. Kot miał przewagę w sile i liczebności. „Czyżby okruchy inteligencji” dorzucił tą myśl po szybkiej analizie rozstawienia, jakie zostawił mu Terc. Dostrzegł zalążki ciekawej strategii, której nigdy wcześniej nie widział. Postanowił ją kontynuować. Wykonał pierwszy ruch jednym z ocalałych pionków.

– Nie podoba mi się ten wystrój, Felix – skłamał, żeby sprawdzić reakcję Kota i jego przywiązanie do tego miejsca. Ten zachował jednak pokerową twarz i ripostował jednocześnie zabierając Ventrue ostatnią wieżę:

– Możemy spotykać się u ciebie…to znaczy gdzie? – Maksymilian przygryzł wargi. Od swojego powrotu do miasta nie zajął na stałe żadnej domeny. Bał się. Zbyt wiele kłów chciało zatopić się w jego szyi. Na czele listy był jego ojciec Dominik-Remigiusz. – Co z Brujah?

– Moi szpiedzy potwierdzają, że Katarzyny nie ma w mieście. Prawdopodobnie udała się do Francji. To chyba jedyne miejsce, w którym może czuć się bezpieczna. Do czasu. – Maksymilian przestawił laufra na koniec planszy. Znajdował się on teraz za „plecami” armii jego przeciwnika. Felix uniósł pytająco brew, by po chwili kontynuować rozmowę.

– A miastowi? – mina Maksymiliana mówiła wszystko – Zgodnie z planem. Co zamierzasz dalej, książę?

– Ty mi powiedz! – Ventrue zagrał agresywną nutą – Kiedy zaproponowałeś współpracę ze Stellanem mówiłeś, że na coś się przyda. Na razie tylko uganiamy się za duchem Mrówy. Bądź tak uprzejmy, Felix i powiedz mi, do czego nam Wąż? Żywy czy martwy, nie ma on już żadnego wpływu na układ polityczny w mieście. Nikt go nie poprze – w międzyczasie wymieniali się ruchami na szachownicy. Pion za figurę. Figura za figurę. – Szach! – Tryumfalnie zauważył Maksymilian.

– Potrzebujemy Michała Mrówy tylko do jednej rzeczy, mój książę – Felix brzmiał złowrogo. Stojącemu w cieniu Tercowi wydawało się, jakby wiszący nad nim żyrandol przygasł na chwilę, gdy z jego ust sączyły się poniższe słowa – Do tego w czym jest najlepszy. Do szerzenia chaosu. Zapadła na moment cisza. Maksymilian wpatrywał się w planszę, ale myślami był zupełnie gdzie indziej.

Za jego kadencji Mrówa był jego człowiekiem od inwigilacji. Maksymilian dałby sobie rękę uciąć za to, że Malkavianin wiedział o jego planie przejścia na stronę Sabatu. A w zamian za to nic nie uczynił, żeby go zdemaskować. Chociaż czy aby na pewno. To było dziesięć lat temu. Pamiętał dobrze dzień, w którym dwóch oszalałych z wypicia krwi Dominika wampirów zniszczyło jego misterny plan. Nie przewidział ich w swojej grze, tak samo jak tego, że właśnie Felix zdołał odwrócić partię na swoją korzyść. Znowu. „Chaos” odbijało się echem w jego głowie. „Chaos”. Zamaszystym gestem przejechał po planszy dłonią strącając większość figur na podłogę. Felix nawet się nie poruszył.

– Będę potrzebował wsparcia dla mojego…człowieka – ostatnio słowo brzmiało tak nienaturalnie w jego ustach, że Felix wiedział dokładnie o kogo chodzi i kogo zaproponować Maksymilianowi.

– Znam takiego jednego – rzucił Kot z nonszalancją – siedzi w więzieniu twojego ojca.

  • Zawau

    Widzę, że faktycznie ugryzłeś historię z zupełnie innej strony, fajnie. Po tej notce w mojej głowie od razu pojawiło się dużo pytań, więc czekam na to, co przyniesie dalszy bieg wydarzeń.