Długa noc

on

Widząc brak reakcji, Dominik Remigiusz zapowiedział:
-Spodziewajcie się dalszych zmian. Władza i kontrola Ventrue na Ground Zero zostaną zintensyfikowane. O tym, by zamek został odnowiony i oddany do użytku chyba nie muszę wspominać…

Prawdopodobnie nikt poza nim nie wiedział, co kryło się za tym postanowieniem, jednak nikt też nie odezwał się by je zakwestionować. Dla wszystkich kary nałożone na Brujah były przejawem sprawiedliwości. To Buntownicy zdemolowali pół miasta, to oni zasiali chaos na ulicach, zaburzając rytm życia i niemal uniemożliwiając normalne bytowanie wszystkim przedstawicielom Rodziny. Z kolei obaj przedstawiciele Brujah siedzieli, spokojnie wysłuchując tego, co Dominik miał do powiedzenia, nie ośmielając się mu przeciwstawić, w obawie przed kolejnymi restrykcjami, które mogą na nich zostać nałożone.
-Chciałbym jeszcze napomknąć kwestię Assamitów. Zostali wezwani przez Katarzynę z bliżej nieznanych nam pobudek. Teraz, gdy opuściła ona tron i miasto, wierzę, że nie mamy potrzeby dłużej ich zatrzymywać w Piotrkowie.
Zgromadzeni przy stole kiwali głowami w aprobacie.
-Zatem, Gustawie… – Remigiusz skierował wzrok na starszego Nosferatu – jako utrzymujący najlepsze relacje z naszymi gośćmi ze wschodu, przekaż im nasze podziękowania za wizytę.
-Z tego co mi wiadomo, mają tu jeszcze pewne sprawy do załatwienia – odparł Gustaw – Nie sądzę, by teraz wyjechali z miasta.
“Jakie sprawy?” – przez ułamek sekundy chciał spytać Dominik, jednak zamiast tego, powiedział:
-Po prostu to zrób.
Gustaw był nieco zdziwiony, jednak nie wdawał się w dalszą polemikę. Nie widział żadnej korzyści w odmowie przekazania zwykłego komunikatu. Assamici i tak zrobią to, co uznają za stosowne. Nie było powodów by ich wyrzucić siłą, więc mogą ignorować otwarte zaproszenie do wyjścia. Oczywiście, do pewnego czasu. Jednak Dominika zastanawiało coś innego. Co może oznaczać ich obecność w mieście? Zdecydowanie nic dobrego. Kłopoty. Mają na kogoś zlecenie, czy byli wynajęci do szpiegowania? Czy są tu ze względu na Sabat? Kto jeszcze jest świadom ich obecności poza mną? Katarzyna to zataiła, czy też niczego nie była świadoma? – zastanawiał się starszy Ventrue. Działają na ich polecenie, a może próbują przeciwdziałać ich planom? Po Assamitach można spodziewać się wszystkiego… Dość. Nie mógł pozwolić, by ktoś spostrzegł na jego twarzy cień niepewności. W tym momencie napotkał spojrzenie Archibalda. Jak zawsze zimne i przenikliwe. Nie był pewien, co wyraża, jednak uznał, że najlepszym wyjściem jest je zignorować. Uśmiechnął się niczym showman żywcem wyjęty z jakiegoś programu telewizyjnego emitowanego w niedzielny wieczór.
-Jeżeli nikt z Was nie ma już nic do dodania, proponuję zakończyć dzisiejsze spotkanie. O dalszych postanowieniach będziecie informowani na bieżąco. Jeszcze raz dziękuję za przybycie.
Podniósł się od stołu, a pozostali uczynili to samo. Kierując się do wyjścia z sali, rozmawiali szeptem między sobą. Niemal każdy miał komentarz dotyczący tego, co usłyszał przy stole, jednak nikt nie zdecydował się na wygłoszenie go przed kilkunastoma sekundami. Remigiusz Dominik był tego świadom. Widział ukradkowe spojrzenia pomiędzy poszczególnymi osobami. Widział wzrok uciekający przed jego spojrzeniem tuż po bezgłośnych komunikatach wymienianych między nimi.
Tron był potężnym narzędziem. Można się nim zasłonić na wiele sposobów. Jednak wraz z nim, przychodziła pewna nieodłączna niedogodność: wszyscy kwestionują władcę. Nawet jeśli nie robią tego otwarcie, zawsze mają jakieś wątpliwości, którym dadzą ujście za jego plecami. Wiedział o tym doskonale, tak samo jak wiedziała o tym i Katarzyna. Jednak różnił ich stosunek do tego faktu. Była Księżna parła do przodu sięgając po to, co w jej mniemaniu było jej należne, lub to, czego aktualnie pożądała. Remigiusz wolał stawiać kroki ostrożnie, każdy uprzednio dogłębnie analizując. Teraz mógł bezkarnie karcić Brujah, bo tego chce Rodzina, jednocześnie samemu na tym zyskując. Już zyskał Ground Zero. Kolejnym argumentem miała być poprawa sytuacji w mieście dzięki jego rządom. To on przegonił buntowników, to za jego kadencji został zażegnany kryzys – czy takie słowa będą padały w kuluarach za kilka miesięcy?
Gangrele i Toreadorzy wyraźnie znaleźli porozumienie. Nie było to zaskoczeniem po ataku na Cyganów, jakiego dokonali Brujah. Właściwie, to był tylko pretekst, bowiem w tej chwili nikt nie chciał nawet być kojarzony z klanem anarchistów. Po tym co zrobiła Katarzyna, po tym co zrobił Leon i jego sfora, Brujah stali się odrzutkami. Mogli dominować pod wieloma względami, ale nawet to nie gwarantowało im bezpieczeństwa przed wszystkimi pozostałymi klanami, które w tej chwili jednogłośnie stanęły przeciwko im. Dlatego też potrzebne były radykalne działania.

Dominik podniósł wzrok znad papierów spoczywających przed nim i ujrzał łysinę, w której odbijało się światło lamp. Leon wpatrywał się w niego wyczekująco. Za rogiem korytarza właśnie zniknął Cezar. Dominik zdał sobie sprawę, że Leon umyślnie nakazał mu opuścić pomieszczenie, aby oni dwaj mogli porozmawiać. Uniósł brwi i rozkładając ręce odezwał się:
-O co chodzi “Książę”?
Leon podniósł się i ruszył w jego kierunku.
-Wiem, że to Ty.
Ventrue zmarszczył czoło.
-Co masz na myśli?
-Kasandra, ci dwaj Giovanni dostarczyli ją Tobie – powiedział zaciskając zęby.
Dominik pokręcił głową.
-Nie mam pojęcia o czym mówisz Leonie, na Twoim miejscu ważyłbym słowa. Chyba nie chcesz pogorszyć swojej sytuacji. Albb cudzej – dodał ze złośliwym uśmiechem Dominik.
Trafił w dziesiątkę. Zobaczył jak na szyi Leona uwypukla się jedna z tętnic. Nie musiał mocniej zaciskać zębów, które i tak cicho zatrzeszczały. Przez sekundę Ventrue obserwował z ogromną satysfakcją, jak młodszy Kainita walczy sam ze sobą, by nie wybuchnąć.
-Podaj swoją cenę.
Perlisty śmiech przetoczył się między ścianami.
-Nie zdajesz sobie sprawy ze swojego położenia, prawda? Spójrz za okno – wskazał dłonią – Widzisz to co ja? Widzisz płonące kamienice? Samochody? Wybite szyby? To nic, domy można odbudować, wszystko można naprawić.
Leon pokornie słuchał wygłaszanej reprymendy. Czuł, jak mentalne wpływy Dominika przytłaczają go i osłabiają jego siłę woli.
-Ale spraw, by ludzie zapomnieli o tym co się stało, by przez miasto przestały się przetaczać fale plotek o potworach rozrywających gardła ludziom na środku ulicy, skaczących jak dzikie zwierzęta i masakrujących wszystko co mają w zasięgu! Spraw, by Łódzka starszyzna nie chciała nam wyrwać serc za to, że pół kraju trąbi o tym, że w Piotrkowie grasują psychopaci udający wampirów! Jesteś w stanie to zrobić?!
-Nie…
-Oczywiście, że nie! Potraficie tylko robić syf wszędzie, gdzie pójdziecie. Ty, Katarzyna i wszyscy Brujah Piotrkowa! Gdyby cała sprawa z kobietą Gustawa nie była tak podejrzana, sam wpakowałbym Cie z powrotem do trumny. A tak… – Dominik poprawił krawat – Cóż. Wskaż mi siedmiu winnych, a może przykładne ukaranie wywrotowców trochę załagodzi sytuację. Wtedy będziemy rozmawiać. Na razie nie jesteś w pozycji do negocjowania.
-Możemy ofiarować daninę z krwi – Leon próbował dalej.
-Chyba nie myślałeś, że bez tego się obejdzie – wyśmiał go – To będzie się za Wami ciągnęło jeszcze kilka długich lat, bądź pewny.
Leon intensywnie o czymś rozmyślał. Dominik, wyraźnie znudzony i poirytowany tą rozmową gestem dłoni wyprosił go:
-Radzę Ci zająć się tym, co masz do zrobienia, póki moja cierpliwość nie jest na skraju wytrzymałości. Mój czas ma swoją cenę.
W końcu widać było, że podjął jakąś decyzję. Podniósł wzrok i odezwał się:
-Wiem o Sabacie.
Wyraz twarzy Ventrue zdradził, że nie spodziewał się tych słów. A więc jednak to nie był odosobniony przypadek. Zadziwiające, że w jednej chwili z najmniej pożądanego Kainity w jego gabinecie Leon stał się jednym z bardziej cennych źródeł informacji. Czy mógł blefować? Wątpliwe – nie mógł wiedzieć o zajściu z Fleichmanem w Vestilu, więc albo Fleichman skontaktował się również z nim, albo spotkał kogoś jeszcze. Oczy Dominika Remigiusza zmieniły się. Nie przypominały już ludzkich.
-Mów. Powiedz mi wszystko o czym wiesz.

* * *

Leon wyszedł na zewnątrz hotelu. Przed wejściem wciąż stał Cezar, podpierając się po bokach.
-Długo Ci to zajęło – rzucił spoglądając na zegarek w telefonie. Wskazywał dopiero kilka minut po drugiej.
-Uwierz mi, nie siedziałem tam dla przyjemności – Leon wyglądał na zmęczonego – Nie pamiętam, by rozmowa z kimkolwiek była tak…
-Wiem, przerżnął Ci mózg na wylot, a potem się nim podtarł. Ale skoro tu jesteś, to znaczy, że przynajmniej część z tego, co powiedziałeś miało jakąś wartość.
Skinął głową.
-Powiedziałeś mu prawdę?
Leon westchnął przeciągle, po czym odpowiedział:
-Częściowo. Nie byłem pewny co do wszystkiego, więc powiedziałem to, co uważam za prawdę… Pewnie dlatego nie wyrwał mi kłów.
Obaj zaśmiali się pod nosem.
-Co teraz?
Zapadła chwila milczenia. Leon usiadł na ławce i zapalił papierosa. Cezar uczynił to samo.
-Muszę mu dostarczyć więcej konkretów o Sabacie.
-Powiedział, że wtedy uwolni Kasandrę?
Leon nie odpowiedział.
-To na co Ty przystałeś?! – oburzył się Cezar.
-Nie mamy wyjścia. Nawet gdybyśmy wszyscy się na niego rzucili i jakimś cudem go zabili, co to da? A żadnej innej karty przetargowej nie mamy. Jeśli nic nie zrobię, na pewno jej nie dostanę z powrotem.
-W sumie.
Znów zapadło dołujące milczenie.
-Więc jak chcesz się czegokolwiek dowiedzieć o Sabacie?
Leon zastanowił się przez moment.
-Może ci Assamici coś wiedzą. Mam dziwne przeczucie, że to jest ze sobą w jakiś sposób powiązane. Inaczej faktycznie by już wyjechali.
-Skąd wniosek, że cokolwiek Ci powiedzą?
Leon wzruszył ramionami.
-Jeśli nie spytamy, to się nie dowiemy.

* * *

“(…) i niech wierzący w Allaha i Dzień Sądu okazuje gościnność wobec odwiedzającego go, i niech wierzący w Allaha i Dzień Sądu mówi dobre rzeczy lub zachowa milczenie.”

Pukanie do drzwi jednego z mieszkań na Toruńskiej. Słychać kroki. Po krótkiej chwili drzwi się otwierają, a z wnętrza wyłania się młody mężczyzna o bliskowschodniej urodzie.
-Cześć Kamil.
-Witaj Leon- odpowiedział obojętnie – O co chodzi? – po czym pytająco spojrzał na Cezara.
-A, racja. Cezar, Kamil. Kamil, Cezar – machnął ręką – Słuchaj, nie myślałeś może o powrocie do Wampiratorów? – zapytał Leon beztrosko. Widząc uniesione brwi, zarówno pół-Persa, jak i swojego kumpla, dodał:
-Właściwie to przyszedłem Cię spytać o coś innego.
Assamita odsunął się odsłaniając wejście do mieszkania i gestem wskazał wnętrze. Obaj Brujah weszli. W środku unosił się zapach kadzideł, a w pomieszczeniu do którego weszli panował mrok. Jedynym źródłem białego światła był ekran laptopa stojącego na stoliku. Kamil wchodząc zapalił światło i zamknął laptopa.
-Więc, o co chodzi? – zapytał odwracając się do Leona.
-Po co jesteście w Piotrkowie?
-Co masz na myśli? – zapytał zaskoczony.
-Dlaczego Ty i Twój ojciec zostaliście wezwani, oraz czemu wciąż jesteście w mieście.
Kamil wciąż wydawał się zaskoczony pytaniem, więc zaczął ostrożnie.
-Oczekujesz, że będę Ci mówił o szczegółach mojej pracy? Wiesz, jakby nie patrzeć, jestem “tajniakiem”.
Cezar wtrącił:
-Sprawa jest poważna, szukamy konkretnych informacji. Chodzi o Sabat.
Spojrzenie Kamila zdradzało, że nie był pewny.
-Spokojnie, ufam mu – wtrącił Leon.
Pół-Irańczyk przez moment wahał się. W końcu się odezwał.
-Dobrze, ale musicie być dyskretni. Bądźcie, bo już u wszystkich piotrkowskich Kainitów macie przesrane.
-Nie chcemy by w świat poszła zła fama o nas, więc postaramy się nie zawieść i Assamitów – stwierdził z przekąsem Leon.
Kamil otworzył laptopa i odwracając go do gości, ukazał zdjęcie bladolicej brunetki.
-Veronica Bertrand, oraz jej przyjaciel, Jonasz Elbaum – kliknął i ukazał zdjęcie długowłosego, szczupłego mężczyzny o ostrych rysach twarzy – oboje z klanu Lasombra. Dwa powody naszej wizyty w mieście. Chcecie wiedzieć coś jeszcze?
-Z zabicia faceta chyba będziesz miał większą satysfakcję, nie? – zapytał Leon, ale Kamil puścił tę uwagę koło uszu.
-Często widywani w towarzystwie innych Sabatników. Co ciekawe, także jednego z odszczepieńców Ventrue, a mianowicie…
-Maxymiliana – dokończył Cezar.
-Teraz sam rozumiesz. To już drugi powód, dla którego musicie zachować dyskrecję.
Leon i Cezar spojrzeli po sobie. Obaj mieli nieciekawe miny. W tym momencie Kamil podniósł swój telefon.
-Wybaczcie, ale muszę wyjść – po czym skierował ich obu do drzwi.
-Jasne, dzięki za pomoc – uścisnęli mu obaj dłonie, jednak chwilę później przypomnieli sobie, że podawanie ręki Assamicie nierzadko przynosi pecha.
-A to trzeci – dodał Kamil widząc ich miny, które teraz się nieco zmieniły, jednak ciężko było oszacować, czy wyrażały większy entuzjazm, czy też sceptycyzm.

* * *

Obaj szli w milczeniu przez ciemne uliczki miasta.
-Ja pierdole.
-Co, już żałujesz powrotu? – zapytał Leon z ironią.
-Nie – odpowiedział i widząc zdziwienie na twarzy Leona, dodał – Przez te kilka długich lat zwiedziłem pół kontynentu. Moskwa, Paryż, Madryt, Rzym… Tu jestem niecały tydzień, a wydarzyło się więcej niż w tamtym czasie. Piotrków jest dziwnym miastem – skwitował wsadzając ręce w kieszenie.
Leon nie wiedział co odpowiedzieć. Nie wiedział też zbytnio co zrobić w tej patowej sytuacji. Czy może powiedzieć Dominikowi o powrocie jego syna? Czy nei narazi wtedy misji Kamila na niepowodzenie? Co zrobi wówczas starszy Ventrue? Ile jeszcze informacji będzie musiał zdobyć dla niego, by uwolnił Kasandrę i czy w ogóle zamierza to zrobić? Może powinien zorganizować misję ratunkową. On został odbity, jednak jakim kosztem. Czy Remigiusz i jego zabije, gdy spróbuje uwolnić ukochaną?
-Nie mam pojęcia, jak mamy to rozegrać, stary. Miasto sypie się w posadach, Sabat puka do bram, a Kas jest gdzieś tam zamknięta w czterech ścianach. Kurwa! – kopnął kamień leżący na ulicy, który wystrzelił przed siebie niczym pocisk, przebijając szybę i dach jednego z samochodów zaparkowanych nieopodal. Cezar zignorował ten wybuch, jednak śledząc lot kamienia, zamarł.
Na końcu uliczki, przed nimi stał młody chłopak w garniturze. Mógł mieć najwyżej piętnaście, może szesnaście lat. Stał tam i patrzył na nich, wydając się kompletnie obojętnym na widok tego, co stało się z kamieniem.
-Witam panów. Brujah, jak mniemam – rzekł spoglądając na dziurę w samochodzie – A konkretnie Leon i… – zawiesił głos spoglądając na Cezara, który jednak nic nie odpowiedział.
-A Ty kim jesteś? – Leon nie ukrywał nieufności.
-To zależy od Was. Mogę być Twoim najgorszym koszmarem, albo cudownym zbawieniem – roześmiał się chłopak – Wybieraj!
-Czego chcesz? – ton Leona przybierał coraz ostrzejszy wyraz.
Cezar ze zmarszczonymi brwiami przypatrywał się chłopakowi, jednak nie odzywał się ani słowem. Jedyną jego reakcją, był gest, który dał Leonowi do zrozumienia, żeby zwolnił. Młody blondyn uśmiechnął się.
-Nazywam się Stellan Larsson i chcę się wymienić. Przyjaciel za przyjaciela.
-Co Ty pieprzysz? – Leon postąpił dwa kroki w jego stronę.
-Mówię oczywiście o Olafie. Wszyscy za nim tęsknimy, prawda? – uśmiechnął się szeroko.
-Ty śmieciu! – Leon na moment stał się smugą, która sekundę później trzymała dzieciaka metr nad ziemią – Nie waż się wypowia… – głowa Leona przekręciła się z chrzęstem o 180 stopni, a on sam stał się wiotki, wypuszczając Stellana z ręki i padając na ziemię.
-Szybki jest! – powiedział zaskoczony do Cezara, poprawiając kołnierzyk koszuli – I bezmyślny. Ot, Brujah – ponownie, dał wyraz rozbawieniu odsłaniając rząd białych zębów.
Cezar stał przez moment zszokowany całą sceną. W końcu, zmrużył oczy, które jeszcze przez momentem maksymalnie rozszerzone obserwowały to zajście.
-Słyszałem o Tobie. Masz dość kontrowersyjną opinię.
“Młody” Tzimisce znów się uśmiechnął.
-Łał, rumieniłbym się, gdybym nie był martwy… – przez moment wnikliwie obserwował swego rozmówcę, po czym dodał z nieukrywaną satysfakcją – Cezarze.
-Wstawaj Leon, szkoda nocy – trącił leżącego Brujah czubkiem buta, który mógł kosztować równie dużo, co jego garnitur. Leon zaczął powoli się podnosić, jęcząc i charcząc naprzemian. W końcu, gdy stanął na nogach, chwycił swoją głowę i z głośnym trzaskiem przywrócił ją do prawidłowej pozycji.
-Teraz mnie wysłuchasz, czy mam Ci połamać nogi? – Leon odpowiedział milczeniem.
-Świetnie. Mam dla Was propozycję nie do odrzucenia. Dostaniecie swojego kumpla, na kredyt. W zamian oczekuję, że pomożecie mi przywrócić do życia mojego kumpla. Abym mógł to zrobić, potrzebuję kilku przedmiotów. Im szybciej się z tym uporam, tym szybciej opuścimy miasto. Więc wychodzi na to, że pomaganie mi, leży w Waszym interesie.
-Kim jest ten kumpel? – zapytał podejrzliwie Cezar.
-Och, znacie go. To Michał z klanu Malkavian.
-Co!?! – Leon niemal znów wyrwał się do bójki, jednak w porę się opamiętał – Chyba ocipiałeś myśląc, że pomożemy Ci w ożywieniu Mrówy! Pojebowi z Sabatu! Nawet mnie to nie dziwi…
Stellan przez moment stał i analizował to, co usłyszał. Po chwili stwierdził:
-W porządku, zatem bywajcie! – po czym odwrócił się na pięcie.
Ten obraz wciąż był żywy w pamięci Leona. Nie dalej niż kilka dni temu, spalili jego ciało na stosie ułożonym gdzieś na obrzeżach Ground Zero, a później zakopali to, co z niego zostało. Właściwie, to jedynie strzępki tego, co zapamiętał z tej nocy. Stypa była więc na swój (Brujah) pokrętny sposób udana. Cezar z kolei zapamiętał to, że widział go w takim stanie pierwszy raz. Po porwaniu Kasandry, drugi. Teraz spojrzał na Leona, który nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w chodnik. Nagle odwrócił się do niego. Z jego spojrzenia biła desperacja. Dziwna gorączka, której Cezar trochę się obawiał. Skinął mu głową, wiedząc, że nie ma innego wyjścia.
-Czekaj! Czekaj, czekaj.
Stellan odwrócił się, a na jego twarzy wymalował się uśmiech, który spowodował, że obaj Brujah przez moment poczuli ciarki na plecach.

* * *

Niebo nad lotniskiem powoli bledło. Na skraju płyty, tuż pod jednym z drzew stała czwórka osób.
Poza Stellanem i dwójką Brujah, towarzyszyła im też kobieta o ciemnych włosach i cerze. Była ubrana w zwiewną suknię, z włosami uplecionymi w kok. Chodziła boso, zaś w ręku trzymała książkę, z której wystawały dziesiątki skrawków papieru, na których było coś nabazgrane.
-Panowie, poznajcie Mirelę, moja dobra przyjaciółka i fenomenalna wiedźma. Musicie jej podziękować, bo to ona zapewniła naszemu wspólnemu przyjacielowi plan awaryjny.
Leon i Cezar jednak nie wyglądali na specjalnie wdzięcznych.
-Więc mówisz, że Mrówa stworzył sobie kilka takich artefaktów?
-Tak. To do niego podobne. Nie wiem czy to kwestia bycia paranoikiem, czy ryzykantem. Osobiście nie znam kogoś, kto by pobił ten rekord – Stellan wzruszył ramionami – A trochę już żyję.
Niedaleko leżały resztki paleniska. Tzimisce rzucił od niechcenia:
-Macie łopaty?
Obaj spojrzeli po sobie. Wyglądało na to, że musieli obyć się bez nich. W ciągu minuty odkryli truchło Olafa. Z zaskoczeniem zauważyli, że ciało było w tym samym stanie, w którym je zakopali.
-Trochę mnie dziwi, że zdecydował się na ten rytuał. Z tego co mi wiadomo, trochę przeleżał w stanie przymusowego torporu. – chciał dodać jeszcze jakaś błyskotliwą konkluzję, jednak powstrzymał się. Podał czarownicy srebrny łańcuszek z Matką Boską. Stellan skrzywił się z niesmakiem. Leon z kolei rozpoznał ów łańcuszek. Pamiętał, że Olaf zawsze nosił go ze sobą, choć nigdy nie był wierzący. Należał do jego młodszego, dwukrotnie martwego brata.
-Sukinsyn nigdy nie miał lekko – stwierdził bardziej do siebie, niż do reszty.
-Zostaw ckliwości na później – skwitował Stellan.
Cezar stał na uboczu i przyglądał się temu wszystkiemu. Z kolei Mirela ułożyła łańcuszek tuż przy zwęglonej głowie Olafa, oddzielonej od jego ciała.
-Oto lista przedmiotów, które potencjalnie mogą być artefaktami. Są w niej zawarte opisy, rysunki i zdjęcia, które Wam pomogą je zidentyfikować. Nie zawiedźcie mnie, panowie – zakończył poważnym tonem. Zwrócił się następnie do śmiertelniczki:
-Możemy zaczynać.
Przez kolejne kilka minut stali w ciszy. Mirela wpatrywała się w ciało Olafa, nie odzywając się ani słowem. W końcu, gdy zerwał się niewielki wiatr, zaczęła przemawiać w nieznanym im języku:
-Un rea an Ptah, unau knetu, unau knetu, ar anneter nutra.
Wiatr zadął nieco mocniej. Zobaczyli, jak nad ciałem powietrze zaczyna falować, niczym w upalne dni.
-Arefm djewty, meh aper em heka, unau knetu, unau knetu, en suti rea! – inkantowała wiedźma, czyniąc gesty dłońmi w powietrzu. Jej włosy unosiły się w górę, a suknia falowała. Dopiero teraz zauważyli, że ciało zaczęło się poruszać i zmieniać.
-Khesef tem uten nef senef sai set. Khesef tem uten nef senef sai set! – krzyk kobiety zagłuszał wiatr, który wzbierał na sile. Spalona skóra zaczęła blednąć. Zwęglona tkanka odnawiała się. Nigdy nie widzieli czegoś takiego na oczy.
-Nuk Sakhu! Urt her-ab baiu annahu! – w tym momencie spomiędzy barków zwłok Olafa i jego oderżniętej głowy “wystrzeliły” ścięgna, które się ze sobą splotły i przyciągnęły rozdzielone fragmenty ciała do siebie. Jego twarz zaczęła nabierać dawnego kształtu.
-Ar heka neb t’etet neb t’etu er saht, neteru er sen paut neteru temitu!
Momentalnie wiatr ustał, a wokół nich zapanowała niezmącona cisza. U ich stóp leżał nagi mężczyzna. Z łańcuszka, który leżał koło jego głowy została teraz tylko garstka grudek wyglądających na popiół jakiegoś dziwnego tworzywa.
Olaf otworzył powoli oczy. Przez dłuższą chwilę rozglądał się, próbując złapać ostrość widzenia. W końcu dostrzegł Leona i Cezara, podniósł się i rozejrzał ponownie po okolicy. Gdy zobaczył oddalające się sylwetki kobiety i chłopaka, spojrzał na Leona i skrzywił się:
-Ty idioto.
-Też się cieszę, że Cię widzę – Leon wyciągnął rękę, by pomóc mu wstać.
-Jestem kurewsko głodny. I goły – Olaf podniósł się i spoglądając na drugiego Brujah, odezwał się:
-Cezar jak mniemam?

  • To co mi się podobało: postać Cezara fajnie nakreślona. Stellan też budzi zaciekawienie. Sam pomysł z tymi „hokursami” jest intrygujący. Nie wiem jednak czy to dobrze, że aż tyle osób ma do tego dostęp. Naliczyłem już trzech, a nie wiadomo, kto jeszcze to ma. Assamita Kamil…zdecydowanie zbyt wylewny, prawie naiwny. To już ostatnia notka? Jeśli tak, to szkoda, że nie dałeś jakiegoś jasnego rozwiązania, tak jak rozmawialiśmy, a może się nie zrozumieliśmy. Ostatnia czy przed ostatnia?

    • Zawau

      Po kolei. O Cezarze kilka szczegółów już się pojawiło w ciągu tych notek, więc zależy o czym mówisz.
      Horkruksy: Mrówa był prawdopodobnie w stanie sam je sobie zorganizować (miał wiedźmę na usługach, przynajmniej jedną, którą zabił za nieposłuszeństwo). Olafowi horkruksa zasponsorował Sabat (najprawdopodobniej Tzimisce), w ramach współpracy. On sam by nie ogarnął tego. Być może tak było też w przypadku Mrówy, bo zastanawiam się, czy środki, które przeznaczył na budowę Lewiatana miały być nań przeznaczone, czy też miał z nimi zrobić coś bardziej pożytecznego. Zależy, jak ścisła była jego relacja z Sabatem. Skoro jednak stworzył przynajmniej cztery horkruksy, w końcu musiał pojąć całą ideę, aby móc przekazać ją Andrzejowi, bądź zorganizować dla niego stworzenie przynajmniej jednego takowego artefaktu.

      A co do naiwnego Kamila – i tak i nie. Pominę, że już nie raz pokazał naiwność : D
      Poza tym nie powiedział żadnych konkretów, poza tym, że ma zabić 2 Lasombra, którzy odgórnie i tak są wrogami dla miasta, Brujah, Leona itd. Sam na początku też myślałem, że nie będzie miał powodu by zdradzać te informacje Leonowi, bo nigdy nie mieli jakiejś zażyłej relacji, czy zbyt wielu okazji do współpracy, ale z drugiej strony Kamil jest w Piotrkowie już dłuższy czas i zna sytuację trochę lepiej niż Brujah. Dlatego też mógł łatwo ocenić, że Leon nie jest w stanie teraz mu zagrozić (bo nie wie też o układzie Leona i RD).

      • O Cezarze po prostu napisałem, że podobało mi się pokazanie tej postaci (w ogóle). Podobnie jak w przypadku Stellana. To tyle w tym temacie.

        Generalnie pomysł z tym artefaktem, dla mnie to nieistotne ile w tym Harrego Pottera, jest spoko. Mniej spoko jest wg mnie jego dość duża dostępność, nawet jeśli jest to tak motywowane to jeśil tyle osób ma do tego dostęp to fabularnie traci na znaczeniu. Może to wynika z tego, że np. taki Olaf przeze mnie jest odbierany po prostu jako „żołnierz”. Tak samo jak Leon.

        Kamil mówi wg mnie dużo konkretow. Wskazuje cele, na które poluje, a po chwili Leon sprzymierza się pośrednio z nimi. Czuję tu pewien dysonans, ale nie babrajmy się w takie szczególy, bo to donikąd nie prowadzi. Jest Ok.

        Co dalej z miastem? Bo chociaż notka długa, to nie czuję, żeby wprwoadzała coś nowego do całej opowieści poza przeciągnięciem Brujah (to się chyba stało) na stronę Sabatu. Wskrzeszono Olafa i…koniec? Tak chcesz to zostawić? Proszę o odpowiedź na to pytanie, bo to w zasadzie było najważniejsze w moim pierwszym komciu.

        • Zawau

          Co do Brujah, Remigiusza i Sabatu – według mnie motywacje są z obu stron. Dominik może uwolni Kasandrę, jeśli dostarczy mu informacje o Sabacie, a póki co sądzę, że jeszcze jest dla niego bardzo ważna (może niech za wyjaśnienie tego, że się ostatnio skupiłem tak na Brujah niech posłuży to , że strasznie się nakręciłem bieżącym sezonem SoA). Z drugiej strony Stellan dał mu ultimatum – współpracuj, albo giń. Tak to wygląda z grubsza.

          Co do całości: tak, to koniec. The power is yours – jak to mawiał kpt Planeta. Przynajmniej na tę chwilę. Wiem, że mogą być jeszcze jakieś niejasności, więc w razie czego służę wyjaśnieniami.

          • To smutin, bo czuję się jakbym był w środku Twojej historii, a Ty mówisz: The power is yours. Brakuje mi tutaj notki, która zwieńczyłaby dobrego, trwającego rok pbma z przemyślaną fabułą. Finał nie do końca jest taki jak całość, dlatego dopytuję.

            To są pytania, na które chciałbym poznać odpowiedzi:
            1) Po co wskrzeszać Mrówę?
            2) Dlaczego Max wrócił do miasta? Dla Mrówy?
            3) Czemu Olaf jest tak ważny, że warto go było wskrzesić za pomocą artefaktu?
            4) Jakie są motywy Stellana?
            5) Kto będzie księciem? Niby ma nim być Dominik, ale zostawiłeś tę kwestię też w „rozkroku” tak naprawdę. Szkoda, że nie pokusiłeś się o doknanie własnego wyboru. To dopiero byłaby „wisienka”.
            To chyba podstawowe pytania, na które zabrakło odpowiedzi.
            Z tym zakończeniem nie do końca też wiem, jaki miałby być mój wampir w 2014. Muszę to mocno przemyśleć.

          • Zawau

            Odpowiedziałem Ci w mailu.