Zgromadzenie, cz.2

Nad Piotrkowem znów zapadał zmrok. Z mieszkań w kamienicach, blokach, z kościołów, cmentarnych krypt i ciemnych zaułków wyszli ci bardziej wyjątkowi mieszkańcy miasta. Przenikliwe spojrzenia lustrowały krajobraz zniszczeń, szacowały straty i witały siebie nawzajem w drodze do hotelu Vestil.

Gdzieś w dalszych częściach miasta dogasały pożary, wciąż było słychać krzyki, wycie syren, wściekłe ujadanie psów, gdzieniegdzie także płacz, ale poprzednia i obecna noc były zdecydowanie spokojniejsze. Piotrków powracał powoli do swojego status quo. W sali wytłumionej dźwiękoszczelnymi oknami zgromadził się przeszło tuzin osób, które będą teraz spierać się o to, który z nich będzie miał większe wpływy na miasto, którego mieszkańcy nieświadomi ich istnienia próbują poukładać swoje życia, mimo iż w ciągu ostatnich nocy tracili zdrowie, domy i niekiedy bliskich.

Mimo wszystko, dziś mają pokazać, że ostatnie noce zjednoczyły ich wszystkich w obliczu kryzysu, który nastąpił w Piotrkowie. Dziś piotrkowska Rodzina zasiadła przy jednym, owalnym stole: Mirochna i Jurek, Archibald i Loretta, Gustaw i Aleksander (przy czym obaj usiedli po dwóch różnych stronach stołu, Aleksander usiadł po prawicy gospodarza), Freak i Eryk, Leon i Cezar, Upiór i Florencja oraz Dominik i Remigiusz. Gdy wszyscy byli już usadowieni, gospodarz podniósł się i odezwał się do zebranych przywdziewając szeroki uśmiech:
-Witam wszystkich serdecznie w tę specyficzną noc i dziękuję za przybycie. Zacznijmy od najważniejszej kwestii, czyli tronu. Kilka dni temu Katarzyna opuściła miasto.
Pomiędzy siedzącymi przeszedł cichy szmer.
-Powiadomiłem o tym starszyznę rezydującą w Łodzi. Wczorajszej nocy dostarczono mi ten glejt, na tę chwilę jestem tymczasowym Księciem Piotrkowa, jednak w trybie natychmiastowym zgłosiłem swoją kandydaturę do objęcia tego urzędu na stałe, co najpewniej się stanie, jeżeli nikt z tu obecnych nie zgłosi własnej kandydatury, aż do podjęcia i weryfikacji decyzji starszyzny.
Na kilka sekund zapadła cisza. Widząc, że nikt nie zabiera głosu, Remigiusz uśmiechnął się.
-Przejdźmy zatem do omówienia kolejnej palącej – tu Dominik zrobił krótką pauzę – kwestii.
Nachylił się lekko nad stół.
-Brujah.
Wszyscy utkwili spojrzenia w Leonie i siedzącym po jego prawej stronie Cezarze. Atmosfera nagle stała się dużo bardziej poważna. Powietrze zrobiło się cięższe. Wokół dało się odczuć rozpościerające się wpływy Dominacji, Prezencji, Nadwrażliwości i innych mentalnych dyscyplin. Każdy ścierał się z każdym. Każdy chciał odczytać innych, przekonać ich do swoich postaw, albo zmusić do uległości, choć z pozoru wszystko wyglądało jak zwykła rozmowa.
-Przy okazji, witamy ponownie w naszych skromnych progach – Dominik uśmiechnął się do Cezara, który sprawił wrażenie niewzruszonego tym powitaniem.
-Czy zdajecie sobie sprawę z tego, ile szkód i strat spowodowała ta nieskrępowana niczym zawierucha? Jesteś w stanie pojąć, jakim zagrożeniem dla Maskarady było wszystko co wydarzyło się w ciągu ostatnich nocy? – kontynuował oskarżycielski wywód Ventrue.
-Leon został niesłusznie osądzony – odpowiedział mu Cezar.
-I to dało Wam prawo do rozpoczęcia rzezi w całym mieście – zripostował Freak.
-Sprawa Krystyny wymaga dokładnego zbadania – to nie ulega wątpliwości, ale nie o tym teraz rozmawiamy – uciął starszy Ventrue, a gdy napotkał spojrzenie Gustawa, dodał:
– Chcę usłyszeć, co zamierzacie zrobić w kwestii szkód, jakie spowodował klan Brujah.
-Nasz klan nie będzie już sprawiał problemów – odpowiedział Leon – Możecie spać spokojnie.
-To za mało! – warknął Aleksander.
-Ludzie są przestraszeni, nawet ci, którzy o nas wiedzą – wtrąciła Florencja. Wokół stołu zaczęły rozchodzić się nerwowe szepty, które szybko przerodziły się w niewielki harmider.
-Moi drodzy! – uniósł się Remigiusz w uspokajającym geście – Proponuję nie wyciągać zbiorowej odpowiedzialności od klanu, który właśnie stracił lidera.
Leon był zaskoczony tym wstawiennictwem Dominika, czuł pod skórą, że nie wróży to niczego dobrego.
-Wina klanu jest oczywista. Zniszczenia, morderstwa, naruszenia Maskarady. To nie ulega wątpliwości, jednak miejmy na uwadze też rozsądek. Proponuję, by Brujah sami dotarli do prawdy i wskazali winnych, których osądzimy wspólnie. Siedmioro, jak mniemam – uśmiechnął się życzliwie.
Na sali zapadła cisza. Wszyscy spoglądali na siebie nawzajem, spoglądając także na Leona i Cezara, którzy – dało by się przysiądz – byli teraz bledsi niż zazwyczaj.
-Czy ktoś ma jakies obiekcje? – Dominik rozejrzał się wśród zgromadzonych – Uwagi?
Cezar przez moment chciał się odezwać, jednak wymownie pytające spojrzenie Ventrue go przed tym powstrzymało.
-Doskonale, zatem Panowie, liczę, że tydzień Wam wystarczy w zupełności – złożył dłonie, tak jakby zamykał książkę – Przejdźmy zatem do następnej kwestii. Tron. Tak, znów. Jako tymczasowy Książę, mam obowiązek powołać Myrmidona.
Nadal nikt się nie odezwał, ale teraz było widać wyraźną zmiane postawy u wszystkich zebranych, z wyjątkiem Brujah.
-Jako iż, dotychczasowy Myrmidon, Gustaw van Cleverd podał się do dymisji z tej posady, mniemam, że nie ów stan rzeczy się nie zmienił. Z kolei przy uwzględnieniu wiadomości, jakie mam z wiarygodnych źródeł, wnioskuję, że w klanie Nosferatu trwa poważny spór, który uniemożliwiałby mu efektywne funkcjonowanie na tym stanowisku. Dlatego, dla dobra nas wszystkich, mianuję nim Archibalda z klanu Tremere.
Wszystkie spojrzenia skierowały się na łysego starca o siwej i długiej brodzie. Skinął on głową na znak aprobaty słów Remigiusza.
-Biorąc pod uwagę jego wiek, a co za tym idzie i doświadczenie, oraz naszą długoletnią współpracę, wierzę, że Archibald spełni moje oczekiwania wobec powierzonej mu odpowiedzialności. Czy ktoś z Was ma jakieś obiekcje? – Dominik Remigiusz przetoczył spojrzeniem po wszystkich twarzach. Zatrzymał je na jednej, otoczonej burzą ciemnych loków.
-Rozumiem, że Brujah są w tej chwili źle postrzegani przez Rodzinę, wiec nie zdecydowałes się na wyznaczenie Leona do tego stanowiska – odezwała się Mirochna – Jednak zaraz po nich, pod względem liczebności w tym mieście jesteśmy my! To klan Gangrel ma największe zasługi wobec tego miasta. Powinniśmy mieć prawo głosu w najważniejszych kwestiach.
Dominik uśmiechnął się kwaśno.
-Niech pomyślę, o jakich i czyich zasługach mówisz… – primogen Ventrue podniósł się od stołu i zaczął zastanawiać, krążąc wokół niego – O Olafie, Waszym kukółczym jajku? Za połowę tego co zrobił powinien trafić do trumny! Czy może mówiłaś o Mieczysławie, który powoli się staje jego młodszą wersją? Nie wiem czy wiesz, Magdaleno, ale obaj są zamieszani w uprowadzenie siedzącego tu Leona z zamku! – wskazał obiema rękami na Brujah – Dodam jeszcze, że w tych samych okolicznościach Robert został pojmany w trakcie walki z oddziałem książęcych ghuli ścigającym Mieczysława. Teraz rezyduje w areszcie, możesz sama go odwiedzić. A przecież kiedyś był najbardziej znamienitym wilkiem w mieście… – dodał z udawanym żalem – Kto by pomyślał…
Magdalena uderzyła pięścią w stół warcząc. Jurek chciał się odezwać, jednak Dominik go ubiegł.
-Nie pogrążajcie już swego klanu, proszę.
Po kilku sekundach milczenia, z szelmowskim uśmiechem Remigiusz dodał:
-Czy ktoś jeszcze ma coś do powiedzenia?