Wieża Czarnoksiężnika, cz.2 + Syn

-Ów potężny rytuał pozwalał na osiągnięcie dowolnej istocie stanu z pogranicza nieśmiertelności. Może to się wydać dziwne, bo czemu jakikolwiek Kainita miałby poszukiwac nieśmiertelności, skoro jest ona jego naturalnym stanem? Owszem, jednak potęga rytuału pozwala na pokonanie wampirowi nawet Ostatecznej Śmierci – po tych słowach Twardowski zawiesił głos. Wyglądał, jakby mówienie o tym sprawiało mu fizyczną trudność.

(W poprzednim odcinku…)

Po części zapewne tak było, zważając na stan jego zdrowia. Nawet najbardziej skomplikowane zabiegi magiczne nie potrafiły zatrzymać upływu czasu dla ciała człowieka, a jedynie go spowalniały. Czasami mag żałował, że poświęcił się temu aż tak bardzo, jednak odpowiedzialność za losy innych istot zdawała się być motywacją zdolną przezwyciężyć ów upływ. Czym był otępiający ból, bezsilność, czy inne niedogodności fizyczne w obliczu świadomości, że kolejny raz udało się uchronić setki tysięcy istnień przed zagładą? Czym były te zmartwienia, gdy nad Piotrkowem znów zbierają się ciemne chmury? Umrzeć byłoby teraz tak samolubnie…
-Na czym polega ten rytuał?
Twardowski odchrząknął i odparł:
-To dość skomplikowany proces, składa się z kilku etapów. Można nawet powiedzieć pomniejszych rytuałów. Pierwszy z nich polega na stworzeniu artefaktu, który będzie potem powtórnie użyty. Do rytuału wymagana jest ofiara z ludzkiego życia, dowolnej osoby – czoło Twardowskiego zmarszczyło się – Dlatego też jest on niechętnie wykonywany przez wiedźmy, przynajmniej niektóre. W wyniku obrzędu, dusza osoby, dla której jest tworzony artefakt zostaje rozdzielona. Jest to wyjątkowo bolesne i traumatyczne przeżycie. Cząstka własnej jaźni zostaje oddzielona i zamknięta w martwym przedmiocie.
Eryk był jednocześnie zaniepokojony i zaintrygowany.
-Więc moja matka wykonywała ten rytuał dla jakiegoś Kainity?
Twardowski przytaknął i dodał spuszczając wzrok:
-Kilkukrotnie. Wiem o czterech przypadkach, niewykluczone, że było ich więcej.
-Cztery razy dzielił swoją duszę?
Mag przez kilka sekund czekał z odpowiedzią.
-Taki ktoś błądzi na skraju szaleństwa. Zwłaszcza, gdy jest już naprawdę starym wampirem. Nie chcę nawet się zastanawiać, jaki wpływ ma na to przynależność do Malkavian, z całym szacunkiem.
Eryk zaniemówił. Jego myśli od razu wskazały na jedną osobę.
-Dokładnie on – kiwnął głową Twardowski.
Targnęła nim furia. Oto znalazł się w mieście, aby zbadać okoliczności śmierci Kainity, który nie dość, że był bratem krwi jego stwórcy, to jeszcze okazał się być odpowiedzialnym za śmierć jego biologicznej matki. Eryk czuł, jakby jego głowa miała za chwilę eksplodować. Bezsilnie opadł na krzesło, zdając sobie sprawę ze swego położenia. Nie chciał więcej słyszeć o Mrówie, jednak jego klan oczekiwał, że teraz będzie wyjaśniał to, czemu zginął pod zgliszczami własnej piekielnej machiny. Obojętnym głosem zapytał:
-Jak wygląda dalszy przebieg rytuału?
-Po zamknięciu części duszy w przedmiocie, zyskuje on nadnaturalne właściwości. Jest odporny na fizyczne obrażenia i zniszczyć go można tylko w wyniku działania magicznego, albo podczas kolejnego etapu rytuału. Poprzez wydobycie tej duszy ponownie, aby wróciła do swojego właściciela. Zazwyczaj robi się to po jego śmierci, bowiem ciało takiego kainity, czy też człowieka nie ulega ostatecznej destrukcji. Po przywróceniu duszy na miejsce, jest w stanie powstać z martwych. Wówczas artefakt zostaje również zniszczony. Ale w tym przypadku pozostają jeszcze kolejne trzy – Twardowski uśmiechnął się cierpko – Dodam, że z tego co mi wiadomo, osobę zmarłą można tym przywrócić do życia już za pomocą jednego artefaktu. Zaś, by takową zabić, trzeba zniszczyć wszystkie istniejące…
Eryk sprawiał wrażenie, jakby już nic nie mogło go zdziwić. Nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w jedną z kolb, w której wrzała jakaś oleista ciecz.
-Co się więc stało z artefaktami, które moja matka stworzyła dla Mrówy? – zapytał ze smutkiem młody Malkavianin.
-Michał należał do niezwykle przebiegłych. Osoby, które dostały jego artefakty, nie mają pojęcia o tym, kto ma pozostałe…
-Skąd… – zaczął niepewnie i w mgnieniu oka zrozumiał.
-Tak. Podejrzewam, że doskonale wiedział co robi. Gdy mi to dawał, kompletnie nie rozumiałem jego motywów. Byłem skłonny zniszczyć ów artefakt od ręki. O mały włos tego nie uczyniłem.
-Co Cię powstrzymało?! – czując, że się zapomniał, dodał – …czcigodny.
-Ja… – głos Maga się załamał – musiał wyczuć moją chorobę jeszcze zanim sam byłem jej świadom. Gdy było już po wszystkim, cieszyłem się, że nie musiałem niszczyć artefaktu. To również nie lada wyzwanie. I wtedy zrozumiałem, że to był świadomy wybieg. Jeszcze kilka tygodni wcześniej wspominał mi o eliksirze, który mógłby pomóc pokonac jedną z najbardziej rozpowszechnionych ludzkich chorób. Ale wtedy dla mnie ta informacja była bezwartościowa. Byłem głupcem.
Na kilka długich chwil zapadła grobowa cisza. Obaj bali się jeszcze odezwać.
-Wiem, że Twój ojciec i Sabat mają trochę wspólnej historii. My dwaj również mamy za sobą kilka lat współpracy. Dodam, że dobrze wspominanej, mimo że starałem się unikać Sabatu. Nie podzielam ich przekonań w kilku kwestiach. Oni też pewnie dążą do tego, o co może chodzić Tomaszowi. Myślę, że przysłał Cie z jednego konkretnego powodu. Boję się tylko tego, co to może sprowadzić na Piotrków – dodał i wyjął zza szaty mały przedmiot.
-Jestem pewny, że Tomasz ma drugi artefakt, więc najpewniej chodzi mu o znalezienie zwłok Michała – zawiesił głos.
-Zrobisz to, co będziesz uważał za słuszne – powiedział składając na jego dłoni złotą przypinkę z okazałym rubinem – A ja będę się modlił, byśmy wszyscy wyszli z tego cało.

Po wyjściu z wieży, Eryk rozejrzał sie niepokojem. Miasto płonęło. Gdzies w głębi nocy słychać było krzyki i brzęk tłuczonego szkła. Miał dość własnych zmartwień by teraz się przejmować zamieszkami Brujah. Zniknął w jednej z ciemnych uliczek.

* * *

Syn

Przez hol przemknęła postać mężczyzny o nieprzyjemnych rysach. Recepcjonista obejrzał się zaskoczony, jednak po chwili wrócił do czytania gazety. Mężczyzna wszedł do klatki schodowej, prowadzącej na niższe poziomy hotelu. Skierował się w dół, wracając do swojej prawdziwej postaci, by za chwilę rozpłynąć się w cieniu. Po płaszczem Niewidoczności, Aleksander mijał kolejnych ochroniarzy spacerujących po korytarzach Vestilu. W końcu, niezauważony dotarł do drzwi jednego z zamkniętych pomieszczeń.

Czuł to wyraźnie, czuł w swoich żyłach, jak krew zaczyna się elektryzować. Wiedział, że podąża we właściwym kierunku, choć niepokoiło go to, że uczucie było tak niepozorne. Być może to torpor.
Otworzył drzwi, by znaleźć się wewnątrz nieoznakowanego magazynu. Pośród rzędów półek widział różnorakie torby i walizki. Wyglądało to, jak archiwum. Aleksander z chęcią przejrzałby zawartość dokumentów i toreb, które były w tym magazynie, jednak przyszedł tu w konkretnym celu. Kierując się krwią, dotarł na koniec magazynu, gdzie zobaczył podłużną skrzynię o wymiarach metr na dwa metry. W tym momencie zobaczył na suficie mały czarny punkt, na którym połyskiwało niewyraźne odbicie światła. Obiektyw. A więc Dominik przeczuwał, że ktoś będzie próbował się tu dostać. Jaka będzie jego reakcja, gdy zobaczy, że Aleksander się na to zdecydował? Zrozumie jego pobudki, czy też zakwestionuje jego intencje wobec przyszłego Księcia Piotrkowa? Jaki by nie był jego osąd, Aleksander był pewny jednego. Był już zbyt blisko, by się wycofać. Taka była jego powinność i najlepsze co można było zrobić dla wszystkich Nosferatu. Andrzej musi wrócić! Skrzywił się spoglądając jeszcze raz w stronę kamery.
-Świetnie.
Zbliżył się do skrzyni i odsunął ją na środek pomieszczenia, by móc ją swobodnie otworzyć. Usiadł przy skrzyni. Odchylił dwa zatrzaski znajdujące się przy końcach. Zrobił głęboki wdech. To ta chwila. Wreszcie zobaczy swojego stwórcę, po tak długim czasie. Krew w jego żyłach wręcz iskrzyła pod wpływem emocji. Otworzył skrzynię.
Jego oczom ukazał się niekompletny, nadpalony szkielet pokryty zakrzepłymi fragmentami mięsa. Brakowało mu całej prawej ręki, połowy lewej nogi. Czaszka była złamana w kilku miejscach, ukazując swoje wnętrze. Patrząc na posturę, był raczej pewny, że to dawny primogen Nosferatu. Przez chwilę chciał jednak zakasać rękaw, by otworzyć swą żyłę, jednak spojrzał znów na zmasakrowaną czaszkę. Nawet nie było w co wlewać tej krwi…
Przed ścianą monitorów stał Dominik Remigiusz i obserwował tę nietypową sytuację. Patrzył zaintrygowany na Aleksandra stojącego nad resztkami z ciała Andrzeja. Co teraz zrobi, kiedy pojmie, że nie jest w stanie już go przywrócić do życia? Czy będzie dalej mu sprzyjał? Źle by było stracić takiego sojusznika, jakim okazał się być Aleksander. Dostarczył wieść o zborze do wszystkich klanów i wrócił w jednym kawałku. Może nie było to nic imponującego, ale zawsze.
Z drugiej strony… Nagle wyraz jego twarzy się zmienił. Po co w takim razie Fleichman tu przytargał tę trumnę…?

  • To tak uściślając: Szaleństwo Mrówy wynikało z tego, że dzielił swoją duszę na artefakty, tworząc tak jakby backupy samego siebie? Tak? Nie?

    • To brzmi jak horkruksy z Harry’ego Pottera

    • Zawau

      Tak jak Twardowski powiedział, wszystko się przyczyniło do tego: horkruksy (Sebko dobrze skojarzył), starość i klan. Poza tym, wg mnie Mrówa był niezwykle poczytalny jak na to wszystko, więc widocznie szaleństwo ma różne oblicza.

  • :( Nie da się? Chociaż Aleksander nie wie, po co Fleichman „przytargał” trumnę do siedziby R-D, to naturalnym wydaje się, żeby Aleksander zabrał stąd zwłoki ojca i pochował je w b, odpowiednim miejscu.

    • Zawau

      Też tak myślę. Co więcej, sądzę, że RD nawet sam zwróci się do Aleksandra z propozycją zorganizowania pochówku dla Andrzeja.