Ventrue

Szerokie, machoniowe drzwi zamknęły się cicho za wchodzącą osobą.
-Widzę, że sprawy przybrały nieoczekiwany obrót – powiedział starszy mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze – Inaczej byś była w stu innych miejscach, ale nie u mnie. Czemu zawdzięczam tę wizytę?
-Wyjrzyj za okno, może już płonie.

Mężczyzna rzucił krótkie spojrzenie w stronę panoramy miasta rozciągającej się za oknami kolistego gabinetu. Miasto rozświetlały setki latarni i neonów. Kilka godzin temu pojawiły się też płomienie w kilku miejscach. Spojrzał ponownie na swoją rozmówczynię.
-Nie wyglądasz na kogoś, kogo martwi jego własne położenie. A powinnaś. Zatem, czy tylko zadzierasz nosa, czy może o czymś nie wiem?
Uśmiechnęła się pod nosem. Była modnie ubrana: kurtka, dżinsy, buty na obcasie. Na ulicy niejeden by się za nią obejrzał, ale z pewnością by nie wpadł na jej prawdziwą tożsamość.
-Plan awaryjny to podstawa, dla kobiety, dla starego wampira… Dla “wytrawnych graczy”- dodała rozbawiona.
-Mówisz tak, jakbyś nie wiedziała, że to się stanie – uciął Dominik – Może przynajmniej raz powiedz prawdę.
Na kilka sekund zapadła cisza. W końcu, kobieta odezwała się.
-Cóż, sam wiesz najlepiej jaki jest Piotrków. Zatruty i niewdzięczny. Dbasz o niego, pielęgnujesz, usuwasz chwasty… A on odwzajemnia tę troskę w taki sposób… To już mi się przejadło – skwitowała gorzko.
-Odważna deklaracja. Ciekaw jestem, ile osób…
-Daruj. Nie przyszłam tu po dobre rady.
-A więc, po co?
-Wyjeżdżam. Jeszcze nie wiem gdzie. Ale wiem, że możliwie jak najdalej od Piotrkowa.  Szkoda że musieliśmy udawać tę szopkę, ale dobrze się z Tobą pracowało.
Teraz to Ventrue się roześmiał.
-Tak, wiedz, że robienie z siebie głupca z “opozycji”, który trwoni czas na przekomarzanie się z Księżną, dało mi mnóstwo radości. Przyznaj, że poniosłaś klęskę jako władca.
-Zapomnij – odparowała bez zastanowienia.
-Więc mów, o co chodzi?
-Powinieneś się domyślić.
Poirytowany wywrócił oczami. Mimo iż właśnie pozostawiała swój tron, Katarzyna nie traciła pewności siebie. Gdy nie odzywał się wystarczająco długo, w końcu przerwała milczenie.
-Kasandra.
-Cóż znowu z tą śmiertelniczką? – żachnął się Ventrue – Myślałem, że Brujah jej pilnują lepiej niż Cerber, zwłaszcza jeden.
-Owszem, ale to może nie wystarczyć. Jeśli dopilnujesz, by dożyła momentu, gdy po nią wrócę… Może do tego czasu zrozumiesz, że są lepsze miasta niż to. Warto wtedy mieć kogoś, kto Cie wprowadzi.
Dominik uśmiechnął się cierpko.
-Postaram się zająć Twoim potomstwem, ale niczego nie obiecuję.
-Zostawiam Ci miasto, okaż trochę wdzięczności – próbowała brzmieć karcąco.
-Nie jestem Ci nic winien, Katarzyno – na tę uwagę, Księżna zacisnęła wargi. W końcu poruszyła się obdarowując Dominika promiennym, absolutnie sztucznym uśmiechem i odezwała się:
-Będę się już zbierać.
-Czas najwyższy. Nie zabij moich ghuli – dodał obojętnie Ventrue. Po chwili zapytał:
-Zobaczymy się jeszcze?
-Być może nawet wcześniej niż myślisz – rzuciła, nie odwracając się.
Dominik stanął przy jednym z okien okrągłego gabinetu na najwyższym piętrze hotelu Vestil i obserwował miasto targane chaosem. Nad budynkami rozpływała się pomarańczowa poświata. Wyły alarmy samochodowe i krzyczeli ludzie. Na twarzy Dominika Remigiusza pojawił się uśmiech.