Dominik i Gerd

-A zatem, panie Fleichman, rozumiem, że szpital nie poniósł większych strat podczas ostatnich dwóch nocy – rzekł Dominik Remigiusz okrążając krzesło, na którym siedział Gerd Fleichman.
-Tak jak powiedziałem: kilka wybitych szyb i jeden ludzki ochroniarz, nic poważnego – odparł z nutą beztroski. Sprawiał wrażenie, jakby ostatnie wydarzenia w mieście przetoczyły się szerokim łukiem obok jego osoby.

-To dobrze, wszyscy byśmy ubolewali, gdyby coś się stało z miejskimi zapasami krwi – powiedział z naciskiem, patrząc w oczy swemu rozmówcy.
Już idąc do tego miejsca, Fleichman czuł, że nie będzie to przyjemna rozmowa. Starał się jednak utrzymać lekceważącą postawę.
-Z całą pewnością, z głodu nie umrzemy przez najbliższe kilkanaście tygodni.
W tym momencie Remigiusz stanął na wprost niego. Wpatrywał mu się prosto w oczy. Gerd poczuł się dziwnie przytłoczony. Tak, jakby starszy Ventrue rósł w oczach, choć jego rozmiar faktycznie się nie zmieniał.
W końcu, Dominik przemówił:
-Może Nosferatu, albo i nawet Katarzyna są na tyle naiwni, by łyknąć Twoje bajeczki, ale nie ja. Od razu wiedziałem, że nie jesteś tym za kogo się podajesz.
Gerd miał wrażenie, że całe życie przebiega mu przed oczami, przez chwilę nawet czuł strach.
-Dostał Pan ode mnie pieniądze na rozwój szpitala, oraz na własne potrzeby. Nie mam Panu tego za złe, wywiązuje się Pan ze swoich obowiązków w tej materii. Nie miałem też zastrzeżeń, co do zbudowania dodatkowego laboratorium pod naszym hotelem. Rozumiem, całkowicie te pobudki. Ale wystarczyło, że ukryłeś przede mną jedną skrzynię, a całe moje zaufanie do Twojej osoby wyparowało.
-Mein Freund, nie wiem, o czym… – nie zdążył dokończyć, bo Remigiusz jednym ruchem przewrócił go wraz z krzesłem na plecy i przyparł do ziemi. Oczy Dominika błysnęły. Z kolei Twarz młodszego Kainity skrzywiła się w grymasie furii, odsłaniając kły.
-Co jest w skrzyni!? – huknął, tak, że aż zatrzęsły się szyby. W głowie Niemca pojawiło się i dudniło jedno słowo. Dobijało się z siłą młota pneumatycznego, aby zostać wypowiedzianym. Nie minęła nawet sekunda, nim prawie bezwiednie odezwał się:
-Kruk.
Fleichman chwycił obiema dłońmi rękę Dominika. Był cały spięty. Nie rozumiał, czemu nie jest w stanie pohamować swoich odruchów. Do tej pory niewzruszony i opanowany, teraz syczał i wiercił się niczym wściekłe zwierze w potrzasku. Jednak tego, co przez ułamek sekundy działo się z twarzą młodszego Kainity, nawet Dominik Remigiusz się nie spodziewał. Mógłby powiedzieć, że mu się zdawało, bo trwało to krócej niż mrugnięcie powieki. Jednak dobrze wiedział, że to, co zobaczył, nie było iluzją. Wręcz przeciwnie, było nią to, co widział do tej pory. Twarz Gerda nienaturalnie drgnęła, przybierając inny kształt, zmieniając rysy. Niezwykle przystojny wampir, na ułamek sekundy stał się groteskową wersją samego siebie. Wykrzywione usta, skóra przypominająca bardziej woskową figurę, niż coś żywego i wyblakłe oczy, z których bił przytłaczający chłód.
Do każdego z nich coś dotarło. Młodszy z nich właśnie zrozumiał, że do jego umysłu powoli, acz skutecznie włamuje się stojący przed nim, niepozorny z wyglądu staruszek. Kawałek po kawałku, naginał jego wolę do własnego widzimisię. Gdyby tylko Dominik zapytał, ten opowiedziałby mu wszystko.
Dominik z kolei pojął, że przed sobą ma przedstawiciela nie Ventrue, a Tzimisce. To znaczyło, że Sabat jest dużo bliżej niż mógłby przypuszczać. To stawiało wielki znak zapytania i kwestionowało wszystkie informacje napływające z obrębu całego miasta, w ciągu ostatnich tygodni. Oznaczało to też coś jeszcze. Jeśli przed sobą ma jednego z Sabatników, to w pobliżu jest przynajmniej jeden, który uważnie obserwuje całą sytuację.
Dominik nie podniósł wzroku, gdy trzech ghuli uzbrojonych w karabiny szturmowe pośpiesznie doskoczyło do niego i mierzyło do Gerda. Dał im tylko znak drugą, wolną ręką, że nie potrzebuje ich pomocy.
Nim przez umysł powstały z dwóch spojonych jaźni przebiegła szaleńcza gonitwa paranoicznych myśli i wyliczanek, Dominik spytał:
-Czy on gdzieś tu jest?
Gerd wiedział, że nie chodzi o Kruka, lecz mimo to, bez zastanowienia odpowiedział skinięciem głową. Zrobił to z miną, jakby miał za chwilę opluć swojego rozmówcę. Z kolei Dominik nachylił się nieco bliżej Gerda Fleichmana. Spojrzenie Ventrue zdawało się pochłaniać duszę Sabatnika.
-Za chwilę się podniesiesz i poprawisz garnitur. Wyjdziesz z tego pomieszczenia, a później skierujesz się do swojej domeny. Pojawisz się na spotkaniu ze swoim kontaktem, tak jak miałeś to zaplanowane. Nie zdradzisz mu, że odkryłem Twoją tożsamość. Będziesz dalej wykonywał jego polecenia, tak jak do tej pory, jednak w noc po tym spotkaniu pojawisz się tu i mi wszystko opowiesz.
Twarz Dominika nie drgnęła od początku tej rozmowy nawet o milimetr. Było coś zdecydowanie niepokojącego w kamiennym obliczu Ventrue. Coś, co niepokoiło nawet demonicznego Tzimisce.
Gerd Fleichman podniósł się spokojnie z podłogi i strzepując kurz z ramion marynarki, skierował się do wyjścia z pomieszczenia. Opuścił je bez słowa, wciąż czując się niczym kierowany przez jakąś niewidzialną dłoń.