Wieża Czarnoksiężnika

Kilka dni wcześniej…

Pogrzebowa atmosfera była przytłaczająca. Jakby mało było jeszcze gwałtownych wydarzeń, to zachowanie Gustawa. Tak, miasto chyli się ku niechybnemu upadkowi. A może po prostu zbliża się czas rotacji na tronie? Czas walki i zmian, czas chaosu. Dla Eryka z klanu Malkavian nie mogło być lepszej pory.

Oto i on – Mag, który mógł dać mu wszystkie odpowiedzi jakich szukał, albo pomnożyć pytania, których jeszcze nie zadał. Wiele słyszał o Mistrzu Twardowskim i jego umiejętnościach. Zaczął się zastanawiać, czemu takie z pozoru nic nie znaczące miasto, trzyma tak potężnego maga przy sobie. Może jest tu coś więcej niż może się wydawać na pierwszy rzut oka? A może to zwykły sentyment do miejsca…? Słyszał też, że starzec bywa czasem ekscentryczny, ale nie zaskoczyło go to. U istot, które dawno przekroczyły pierwsze stulecie życia rzeczy nienormalne są czymś niezwykle normalnym.

Takie i inne rozmyślania toczyły się w głowie Eryka, gdy podążał za Mistrzem Twardowskim przez ulice nocnego Piotrowa. Minęło niewiele ponad kwadrans, gdy dotarł za nim do samego centrum miasta, na plac, w którego środku wyrastała wysoka, okrągła wieża. Twardowski nie zwalniając kroku ani na chwilę, dotarł do drzwi, wyjął pęk topornych miedzianych kluczy, z których jeden zachrobotał w zamku, a następnie drzwi otworzyły się z cichym piskiem. Przekroczył próg i zniknął wewnątrz strzelistego budynku.
Gdy kainita stanął pod drzwiami kilka sekund później, dostrzegł, że kilka metrów nad nim, na krawędzi parapetu jednego z okien wieży siedzi kruk, o krwistoczerwonych ślepiach. Lustrował otoczenie, a gdy Eryk zawiesił swoje spojrzenie na nim, on niemal automatycznie skierował swoje oczy na wampira. Miał wrażenie, że dostrzega źrenicę, która się rozszerza w jego oku, maksymalnie skupiając się na nim.
Ich spojrzenia zetknęły się ze sobą na krótką chwilę, a następnie kruk zaskrzeczał niskim głosem i trzepocząc skrzydłami wzbił się w powietrze. Zatoczył koło wokół wieży i odleciał w mrok nocy. Zaciekawiony odprowadził ptaka wzrokiem.

Wtem, pisk zawiasów wyrwał go z zamyślenia, które spowodował kruk. Drzwi uchyliły się, ukazując… pusty korytarz. Nieśmiało przestąpił próg wieży. Gdy znalazł się wewnątrz, drzwi samoczynnie zamknęły się, a echo poniosło się przez cały korytarz. Rozejrzał się dookoła…

Dopiero teraz to zauważył, a może dopiero teraz to nastąpiło. Eksplozja barw i wzorów. Czuł się niczym diabetyk w cukierni, albo Alicja po wpadnięciu do króliczej nory. Dookoła niego rozchodziły się przeróżne odcienie aur. Wszystkie możliwe kolory pulsowały, falowały, i drgały wokół niego, nęcąc, ogłuszając i wprawiając w stan ekscytacji, naprzemiennie z oszołomieniem. Jako istota szczególnie wrażliwa na aurę, potrafił dojrzeć ją u każdego, nawet najmniejszego stworzenia. Tu był wręcz bombardowany gigantycznymi jej ilościami. Każdy przedmiot, każdy skrawek podłogi, ściany, każda świeca, włókno i centymetr kwadratowy ociekał magią i energią wszelkiego rodzaju.

Gdy pierwszy szok minął, a on przypomniał sobie, w jakim celu tu jest, zaczął rozglądać się po pomieszczeniach, które mijał. A było ich wiele. Biblioteka, salon, kolejny korytarz, jakaś osobliwa galeria wypełniona najróżniejszymi artefaktami pozamykanymi w szklanych gablotach, z których aura wręcz wrzeszczała. Nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego.

Podziwiał artefakty, kiedy usłyszał za plecami ostentacyjne chrząknięcie. Obrócił się i zobaczył staruszka w ciemnogranatowej szacie. Łysa głowa pokryta pieprzykami, zmęczone oczy skryte pod bujnymi siwymi brwiami, spoglądające zza okularów „połówek” zdawały się być niezwykle żywymi w porównaniu z resztą pomarszczonego i przygarbionego ciała. Uśmiechnął się i zapytał chrypliwie:

-W czym mogę Ci pomóć, dziecię nocy?
– Witaj Mistrzu.. – chwilę się zastanawiał czy wyciągnąć, rękę pokłonić się, w końcu nie zrobił nic i mówił dalej – przybyłem jak większość Twoich gości z niejednym pytaniem.
-Witaj Eryku, wiedziałem, że prędzej czy później trafisz do mnie – odparł mag uśmiechając się lekko.
-Wiem, że odpowiedzi zawsze kosztują, dlatego wiedz, że będę Ci stronnikiem i przyjacielem, a jeśli trzeba wiernym sługą. Wystarczy tylko, że zechcesz pomóc mi w moich poszukiwaniach Mistrzu.
-Cóż, cena zawsze zależy od wartości wiedzy, a ta bywa relatywna… Kontynuuj.
-Ciągle próbuję zrozumieć dlaczego zyskałem dar lub też przekleństwo, którego nie powinienem otrzymać. Wiem, że wiesz jak widzą moją oczy i z czym muszę się mierzyć przebywając w Twojej domenie.
Twardowski skinął jedynie głową.
– Jeszcze jako człowiek zyskałem zdolności, o których śmiertelni piszą w średniowiecznych księgach jako spojrzeniu diabła. W każdej opowieści o odmieńcach, wiedźmach i czarnoksiężnikach jest ziarno prawdy, chociaż większość z nich to tylko ludowe legendy. Mój wampirzy ojciec wyjaśnił mi, że niektórzy rodzą się ze szczególnym darem, a dla innych określone okoliczności powodują uwolnienie mocy. Wraz z operacją oczu z niewiadomych dla mnie przyczyn odzyskałem nie tylko wzrok, ale otrzymałem też dar widzenia aur. Wg. mego ojca to był przełom, który uwolnił moc ukrytą w mojej krwi.  Powiem krótko. Podejrzewam, że gdyby moje losy potoczyły się inaczej dziś mógłbym być Twoim uczniem. Wszystko wskazuje na to, że jedno z moich śmiertelnych rodziców mogło być magiem.

Mina Twardowskiego robiła się coraz bardziej poważna z każdym kolejnym słowem. Eryk miał wrażenie, że Twardowski przeczuwa do czego zmierza ta rozmowa. Prawdopodobnie do słów, których wolałby uniknąć.
– Wiem, że chodziło o moją biologiczną matkę. Gdy spłonął nasz dom pamiętam jak opowiadano, że to wina matki. Ale.. te wspomnienia są zatarte.
-Musisz wiedzieć Eryku, że Twoja matka była wyjątkową kobietą, nie tylko ze względu na swój wrodzony dar… Żałuję, że nie ma jej już wśród nas – mag opuścił głowę – W pewnym sensie, to prawda, wina leżała w jakiejś części po jej stronie. Wszyscy jesteśmy kowalami własnego losu.
– Ze względu na to, że stałem się wampirem nie mogę ani swobodnie podróżować, ani kontynuować moich poszukiwań bez zwracania na siebie podejrzeń – zdawało się, że mag zignorował te słowa.
– Mistrzu, pomóż mi odzyskać wspomnienia lub ustalić czy moja matka byłą członkinią Fundacji. Nie wiem czy szukam zemsty na magach za zniszczenie mojego życia, czy raczej powinienem znaleźć osobę, której należą się podziękowania za mój dar. Dziś przede mną jeszcze tysiące nocy zastanowień i mnóstwo przelanej krwi. Muszę zrozumieć swój los nim go dopełnię. Pomóż mi Mistrzu, a odwdzięczę się po stokroć. Obiecuję, że moje osądy będą rozsądne i chcę tylko dotrzeć do korzeni mojej historii. Muszę wiedzieć czy moja matka miała powiązania, z którąś z Fundacji. Zrobię wszystko by się tego dowiedzieć!
– Dziecię nocy – zaczął Twardowski tonem pełnym politowania – posiadasz ogromny dar, moc, która pociąga za sobą równie wielką odpowiedzialność. Ale wiedz też, że wampiryzm go nie neguje – pokręcił głową – może co najwyżej nieco zmieniać efekt – następnie położył dłoń na ramieniu Malkavianina i rzekł:
-Zaakceptuj swój los, a pokój ducha przyjdzie po pewnym czasie sam.
Z jego postawy można było wywnioskować, że nie zamierza powiedzieć nic więcej, jednak gdy spojrzał ponownie na Eryka i ujrzał spojrzenie, z którego promieniowały wątpliwości i setki znaków zapytania, odezwał się ponownie.
-Wiedz, że rozgrzebywanie przeszłości nic Ci nie da Eryku… Ale nie mogę Ci odmówić prawdy. A zatem, Twoja matka była członkinią fundacji kapłanów śmierci, zwaną Eutanatos. Jednak gdy tylko pojawiłeś się Ty, zdecydowała się opuścić fundację. To ściągnęło na nią jej gniew, dlatego też musiała szukać ochrony.
Twardowski zdjął okulary i zaczął je przecierać fragmentem swojej szaty, nie przerywał jednak monologu.
-Znalazła ją u pewnego Malkavianina, dość potężnego. Oczywiście, nie oferował protekcji za darmo. W zamian za ochronę jej i Twoją, wymagał udziału w jakimś potężnym rytuale. Co stało się dalej, jesteś pewnie w stanie odgadnąć… – mag zawiesił głos, z jego miny dało się wyczytać pewne rozżalenie.