Brujah

Przez moment Mieczysław stał i obserwował sytuację. Kilku żołnierzy otaczało Roberta, kilku kolejnych próbowało okrążyć i jego. Na dodatek tuż nad ich głowami zawisł helikopter z którego rozwinęło się kilka lin – nie wróżyło to niczego dobrego.

-Na co jeszcze czekasz?! – krzyknął Robert rozpruwając gardło kolejnego ghula.
Rzucił się do samochodu, w którym leżał lider Czerwonych Brujah. Otworzył drzwi, lecz w tym momencie znów dostał pałką w tył kolana. Przyklękając uniknął lufy kołkownicy i wbił pazury w podbrzusze ghula, który właśnie go uderzył. Kątem oka dojrzał jak kordon wokół Roberta się zacieśnia. Wyciągnął Leona i przerzucił go sobie przez obolałe ramię, a następnie ruszył w kierunku Rock & Rolla.
Biegł ile sił w płucach i nogach. Gdzieś za sobą słyszał krzyki i strzały. Otuchy dodawała mu dudniąca coraz głośniej muzyka. Mijał zaskoczonych ludzi, którzy schodzili mu z drogi.

W końcu, gdy wpadł na dziedziniec knajpy, ktoś do niego podszedł, ktoś wprowadził do środka. Z pewnością jacyś Brujah, patrząc po ubiorze. Wejście, parkiet, bar, zaplecze. Przewijały się tu dziesiątki ludzi, a muzyka zagłuszała rozmowy. W końcu znaleźli się w jakimś pomieszczeniu socjalnym. Leon trafił na stół, a dookoła zaczęli się gromadzić inni Brujah. Większość z nich Mieczysław znał z dnia, w którym rozpętały się zamieszki na ulicach miasta. Pojawiła się też osobliwa śmiertelniczka, Kasandra. Jeden z mężczyzn, którego wyróżniała bujna broda i okrągłe czerwone okulary przeciwsłoneczne, kazał innym przynieść krew. Wszyscy byli skoncentrowani na Leonie, wszyscy zadawali mnóstwo pytań Mieczysławowi i sobie nawzajem.

Krzątanina wokół lidera Czerwonych Brujah trwała. Jedni wydawali sobie jakieś polecenia, inni przerzucali się teoriami na temat wydarzeń z ostatnich godzin, a jeszcze inni licytowali na przekleństwa pod adresem Księżnej Katarzyny. Młody Gangrel był jakby nieobecny w tym wszystkim, choć niejeden spośród Kainitów zgromadzonych w Rock N’ Rollu zadawał mu jakieś pytania, prosił o podanie czegoś, albo zwyczajnie klepał po ramieniu. Na chwilę wszyscy wstrzymali oddech, gdy na zapleczu zjawiła się Anna. Wymieniła z Kasandrą spojrzenia pełne chłodu. Jednak zamiast rzucać obelgami w stronę śmiertelniczki, zajęła swoje miejsce przy stole i starała się pomóc w doprowadzeniu Leona do stanu używalności. Mieczysław rozsiadł się na jednej z kanap, tuż obok jakiejś dziewczyny, która zasnęła tam pijana, lub odurzona czymkolwiek innym. To nie miało teraz znaczenia. Czuł się totalnie wypompowany, miał wrażenie, jakby przebiegł potrójny maraton i to z workami cementu na plecach. Wszystkie głosy docierały do niego niczym zza grubej szyby. Mimo tego, mógł nareszcie odetchnąć z ulgą. Leon był uratowany.

W tym momencie, Leon odzyskał przytomność, czemu dał wyraz gwałtownie się zrywając z miejsca i krzycząc. Wszystkie oczy zwróciły się na jego łyse, wciąż lekko szarawe oblicze. Przetoczył nieco mętne spojrzenie wokół siebie, zatrzymując wzrok na chwilę na każdym ze zgromadzonych. Anna, Mieczysław, Kasandra, Marek, tajemniczy osobnik w okularach przeciwsłonecznych. Widać było, że jego widok nieco zaskoczył Leona, jednak jedyne co zrobił, to skinięcie w powitalnym geście i lekki uśmiech. Podniósł się do pozycji siedzącej i opuścił nogi poza stół.

-O kurwa… Dużo mnie ominęło? Jak tu się w ogóle znalazłem?

Prawie wszyscy zaczęli mówić jednocześnie: „Księżna poszła na noże z Nosferatu”, „Gustawowi odbija”, „Na Ground Zero nic się nie dzieje”, „Gangrel Cie przyniósł”. Leon przerzucał spojrzenia na poszczególne osoby, jednak w końcu utkwił swoje spojrzenie w Mieczysławie. Uniósł rękę w uciszającym geście, a głosy zamilkły. Wpatrywał się długo i uporczywie w Gangrela, tak, że ten nie miał wątpliwości, że pytanie jest skierowane do niego, gdy Leon zapytał:
-Jak to wszystko wyglądało? Gdzie jest Olaf?
– To była rzeź. A Olaf… – Mieczysław się zawahał – Olaf osłaniał moją ucieczkę. Nie wiem co z nim. – Mieczysław był wyczerpany i czuł, że prędko z tej kanapy nie wstanie. Ratowanie Olafa odpadało w tym momencie.
-Ucieczkę? Przed kim? Mów, co się działo! Konkrety, młody – zniecierpliwiony Leon próbował stanąć na nogi, jednak jeszcze nie miał dość sił, więc poruszył się jedynie niezgrabnie na stole. Dopiero co się obudził z kilkunastodniowego letargu, a już nie mógł usiedzieć w jednym miejscu. Mieczysław opowiedział mu skróconą wersję minionych wydarzeń.  Był już zmęczony i nie miał siły dalej tam siedzieć.
– Co dziwne, walczący z Olafem Nosferatu… puścił mnie wolno. Nie rozumiem tych wydarzeń, ale cieszę się, że się udało. Miło znów widzieć Cię na nogach – zakończył Borski.

Leon był wyraźnie niespokojny. Coś zdecydowanie go trapiło. Znał Olafa na tyle, że wiedział, że skoro się tu jeszcze nie pojawił, to coś było nie tak. Spojrzał na Mieczysława przenikliwie, jakby próbował coś wyczytać z jego wyrazu twarzy, ale nie odezwał się ani słowem.
W końcu podniósł się na nogi i zaczął powoli kuśtykać w stronę Mieczysława. W tym momencie, jeden z Brujah stojących przy osłoniętym żaluzjami oknie zaklął głośno.
-Chyba mamy spory problem – rzucił, rozglądając się przez rozchylone palcami żaluzje, zza których błyszczały na zmianę czerwone i niebieskie światła. Leon, utkwił spojrzenie w światłach błyskających z zewnątrz. Nagle, jakby tchnięty nową siłą, rzucił się na Gangrela.
-Mów co jest grane! Gdzie on jest?! – wrzeszczał.
Mieczysław patrzył tylko na niego z mieszaniną bezradności i strachu. Leon podniósł go do góry niczym piórko, mimo, że sam ledwo trzymał się na nogach. Skąd ta desperacja?
-GADAJ! – wydarł się jeszcze raz trzęsąc nim w powietrzu.
Zza okna dobiegł głos przepuszczony przez megafon.
-Tu policja. Wiemy, że tam jesteście, wychodźcie z rękami podniesionymi do góry!
Do Leona i Mieczysława podszedł ów tajemniczy Brujah w bujnym zaroście i czerwonych „lenonkach” i warknął do starszego Kainity:
-Nie mamy na to czasu!
Leon opuścił Mieczysława na podłogę. Odwrócił się w stronę dziewczyny o krótko przystrzyżonych włosach. Dopiero teraz ich spojrzenia się spotkały. Wyraz twarzy Brujaha zmienił się w ułamku sekundy. Już nie był wściekłym buntownikiem, gotowym mordować dla samego mordowania. Teraz w jego oczach pojawiło się coś ludzkiego. Wyciągnął do niej rękę, na wysokości jej barku. Postąpiła krok bliżej, tym momencie, cała jej pewność siebie ustąpiła miejsca pokornemu odsłonięciu szyi. Leon wbił się łapczywie w jej tętnicę i zaczął chłeptać krew mlaszcząc głośno. Przywarł silnie do jej ciała, a ona wbiła paznokcie w skórę jego ramion, jęcząc cicho. Kilka łyków później, dziewczyna zrobiła się nieco wiotka. Gdy Leon oderwał od jej szyi usta, odezwał się do niej, jednak tak cicho, że nikt poza nimi nie był w stanie usłyszeć, co powiedział. Z pewną trudnością utrzymywała równowagę. Mimo utraty krwi, jej skóra zdawała się być rozpalona. Kasandra uśmiechnęła się i przytaknęła temu, co usłyszała.
Z zewnątrz znów dobiegł głos megafonu.
-Macie ostatnią szansę. Będziemy zmuszeni użyć siły, jeśli się nie podporządkujecie – Mieczysław rozpoznał głos jednego z żołnierzy, z którymi przed kilkoma minutami walczył.
Leon odwrócił się Kasandry uprzednio całując ją namiętnie. Rozejrzał się po wszystkich obecnych. Widać było, jak w mgnieniu oka krew śmiertelniczki pomaga mu się zregenerować. Mężczyzna w okrągłych okularach skinął mu głową. Leon odpowiedział tym samym gestem. Spojrzał na drzwi wyjściowe z lokalu i postawił pierwszy krok w ich kierunku…

Wszyscy Brujah, widząc to co robi Leon, rzucili się na najbliższych śmiertelników i zaczęli ich spijać. Przez moment w barze zapanował niewielki chaos, jednak trwało to dosłownie kilkanaście sekund. W oka mgnieniu ludzie zostali spacyfikowani. Wszyscy byli albo zauroczeni, albo spijani przez kainitów. Nikt nigdy nie widział takiej zgodności w działaniu Brujah. Jednak nikt nie zwracał uwagi na Gangrela. Borski wiedział, że musi działać szybko.
Leon nacisnął klamkę. Drzwi otworzyły się powoli, a snop oślepiającego światła z reflektora od razu ustawił się na jego błyszczącej łysej głowie.
-Podnieś ręce do góry, tak by były widoczne! – zakomenderował głos z megafonu.
W tym samym czasie Mieczysław porwał z baru dwie butelki napełnione alkoholem. Do obu wepchnął jakieś ściery i wybiegł na zewnątrz, by wspiąć się do góry.
-Pierdolcie się, najpierw chce rozmawiać z Kaśką! – krzyknął lider Czerwonych Brujah.
-Nie jesteś w pozycji do negocjowania. Najpierw pójdziesz z nami. To ostatnie ostrzeżenie Leon – odpowiedział hardo jeden z ghuli w kominiarkach i oprzyrządowaniu, którego by się nie powstydził SWAT. Na klatce piersiowej i głowie Leona zatrzymało się kilka czerwonych kropek. Powoli , krok po kroku, przysuwało się do niego trzech żołnierzy.
-Tylko bez żadnych numerów – rzucił żołnierz przez megafon. W tej samej chwili tuż za nim usłyszał niski głos:
-A co z przywilejem obywatelskiego nieposłuszeństwa? – zapytał postawny Brujah o krzaczastej brodzie i okularach, w których odbiły się światła reflektora. Chwycił ghula i szybkim ruchem obrócił jego głowę o 180′. Żołnierz obrócił się w miejscu i upadł na asfalt.

Dwaj inni ghule, którzy to widzieli bez namysłu odpalili serię w jego stronę, jednak zobaczyli tylko rozmytą łunę, która ze świstem pomknęła w stronę drugiego oddziału. W tym momencie, spadły na nich koktajle mołotova rzucone przez Mieczysława z góry. Stanęli w płomieniach. Zaczęli się miotać na wszystkie strony.  Słychać było zduszone krzyki. To Leon właśnie oderwał ramię jednego z trzech otaczających go żołnierzy i uderzył nim drugiego. Trzeci leżał na asfalcie z kaskiem wgniecionym po bokach na głębokość pięści.

Z wnętrza Rock N Rolla wybiegli inni Brujah. Minutę później wszyscy żołnierze byli martwi. Wraz z nimi kilku świadków tej masakry, spośród których dwóm gardła rozpłatał Leon wlewając w siebie ich posokę. Podobnie stało się z częścią śmiertelników wewnątrz knajpy. Brujah wpadli w szał niszczenia i mordowania. Słychać było wrzaski, krzyki i jęki. Paniczny płacz i śmiech mieszały się w jedną melodię. Gdyby ktoś nawet się odważył, nie zdołałby ich powstrzymać. W końcu, gdy nie było już kogo zabić, a adrenalina nieco opadła, wszyscy zorientowali się, że Leon gdzieś zniknął.

Po pokonaniu oddziału uderzeniowego i pozbyciu się świadków, Brujah rozpoczęli zacieranie śladów. Ładowanie ciał do bagażników, hipnotyzowanie pozostałych przy życiu śmiertelników, a nawet odprowadzenie samochodów policyjnych do najbliższych dziupli.
Wycieńczony Borski miał już dość wrażeń na ten jeden dzień. Nim jednak położył się na jednej z kanap klubu, zwrócił swój wzrok w kierunku krzyków dobywających się ze słuchawki telefonu Anny. Wszyscy rozpoznali ten głos. To był Leon, który wręcz wrzeszczał. Doskonale było słychać treść jego słów, mimo że telefon nie był ustawiony na głośnomówiący.
-WSZYSCY, KURWA, CO DO SZTUKI, RAZ! – odgłos zakończenia rozmowy poprzedził długą ciszę. Wszyscy stali i patrzyli się na Annę, która schowała telefon do kieszeni ćwiekowanej ramoneski.
-Słyszeliście. Jedziemy do zamku – po czym ruszyła szybkim krokiem w stronę drzwi lokalu, stukając głośno obcasami
-Wszyscy, znaczy wszyscy – mlasnęła żując gumę gdy przechodziła koło Mieczysława – Więc Ty jedziesz z nami.

Wszyscy gnali na złamanie karku. Przez miasto przetoczyło się kilkanaście samochodów, rycząc silnikami i piszcząc zdzieranym bieżnikiem.
W końcu, wszyscy zatrzymali się pod zamkiem Książęcym. Jedna z latarni leżała złamana, w miejscu uderzenia był wgnieciony asfalt. Pod samymi wrotami leżało kilka ciał. Niektórzy z martwych śmiertelników byli ubrani w czarne moro i uzbrojeni w broń maszynową. Było też dwóch mężczyzn ubranych w garnitury, z których głowa jednego była przekręcona do tyłu, zaś drugiego była zmiażdżona. Pomiędzy nimi spoczywało kolejne ciało, leżące w plastikowym worku. W tym samym worku, tuż koło ramienia owego ciała leżała głowa gęsto zarośnięta włosami. Wszyscy, którzy wysiadali z samochodów, z miejsca rozpoznawali ciało.
Nad trupem stał Leon. Pod jednym z jego oczu rozmazany był niewielki krwawy ślad.
Po kilkunastu sekundach grobowej ciszy, rozpoczęły się szepty, które szybko przerodziły się w nerwowo zadawane pytania.  Gdzie jest Księżna? Co tu robimy? Nie powinniśmy się stąd zmywać? Kto zabił Olafa?
Nim szemranina urosła do głośnej dyskusji, Leon odezwał się gromko:
-Księżnej nie ma – te słowa przywróciły idealną ciszę – Uciekła. Nie wiem jak, ani dokąd, ale jeszcze zanim tu dotarliście zniknęła. Próbowałem jej szukać, bez skutku.

Wydawało się, że Leon jest jakiś inny. Mniej chaotyczny, bardziej posępny, albo może opanowany. Mimo tego, wszyscy Brujah słuchali go starając się nie uronić ani sylaby z tego, co mówił.
-I lepiej będzie, jeśli nigdy nie wyjdzie ze swojej nory! Przestała być moją Księżną w momencie, gdy wepchnęła mnie do trumny. Jako Brujah, nie ugnę się pod fałszywą i obłudną władzą Katarzyny! – Leon zaczął chodzić w tę i z powrotem. Zaciskał nerwowo pięści i rozluźniał je, gdy gestykulował.

-Największy, najbardziej namacalny dowód jej nieszczerości leży przed Wami. Oto wampir, który poświęcił się dla ratowania mnie. Był Gangrelem, a mimo to okazał mi więcej szacunku i pomógł mi więcej niż moja Księżna! Brujah, krew z krwi, taka jak ja, Ty i Wy wszyscy – Leon zaczął wskazywać palcem na wszystkich zebranych. Mieczysław nie był pewny czy wskazał także na niego, czy może na kogoś, kto stał tuż obok.

-Dziś! Dziś, kiedy nasza Księżna nas opuściła, to miasto spłynie krwią i rozjaśni się ogniem! Chcę, by każdy z Was odpowiedział sobie na pytanie, co Katarzyna zrobiła dobrego dla niego. Komu z Was podobały się jej zakazy!? Kto z Was cieszył się z kolejnych ograniczeń, które na nas nakładała!? Kar, które ponosiliśmy za bycie tym kim jesteśmy! Jesteśmy Brujah, nikt nie będzie nas zakuwać w łańcuchy i zakładać kagańców! Jest nas najwięcej w tym mieście! Jesteśmy najsilniejsi! Piotrków to nasze miasto, pokażmy to dziś wszystkim! Krwawe łowy na Katarzynę!!! – uniósł pięść ku niebu.

Odpowiedział mu obłąkańczy wrzask niemal trzydziestu Kainitów. Brujah skakali, krzyczeli, rzucali tym, co wpadło im w ręce. Anna rzuciła się na Leona i wpiła w jego usta. Nie opierał się jej, a nawet zacisnął dłonie na jej karku i udzie. Później był tylko trzask rzucanych butelek, przewracanych koszy, wybijanych szyb, wyginanej blachy, krzyki przechodniów, skwierczenie płomieni i inne odgłosy charakterystyczne dla nocy, w których miasta upadają, bądź zmieniają się nie do poznania. Kilku Brujah wbiegło do zamku, demolując go z dzikim entuzjazmem. Inni rozpierzchli się po ulicach miasta, wśród nich był także Borski. Tę noc Piotrków zapamięta na bardzo długo.

  • Sytuacja w Piotrkowie prawie jak na Bliskim Wschodzie. Kiedy odgrywałem Leona w sadze Michała nie spodziewałem się, że będzie on kamieniem milowym upadku Katarzyny.