Infamous – recenzja

Dawno nie było dywagacji na temat wielkiej mocy i idącej za nią wielkiej odpowiedzialności. W sumie nie dziwota, żadna z do tej pory recenzowanych gier nie kładła na ten aspekt takiego nacisku, jak robi to Infamous. Jak na grę, w której wcielamy się w żywy akumulator, to rozważań o jego doli jest zaskakująco dużo.

Grę zaczynamy jako Cole MacGrath – kurier rozwożący przesyłki na rowerze w Empire City. Nasz protagonista miał szczęście w nieszczęściu, że przeżył potężną eksplozję. W wyniku wybuchu zginęło wiele ludzi, oraz rozpoczęła się tajemnicza epidemia, która zaczęła dziesiątkować miasto. Jakby tego wszystko było mało, Cole zyskał moc panowania nad wszelką elektrycznością.

Wiele razy czytałem i słyszałem porównania Infamous do Prototype. Bohater obdarzony wielką mocą, miasto, demolka – gry wydają się być do siebie podobne. Zapewniam jednak, że podobieństwo jest powierzchowne. Poza wymienionymi czynnikami różni je praktycznie wszystko. Przede wszystkim, Cole jest zdecydowanie bardziej ludzkim bohaterem niż Alex. Ma dziewczynę o imieniu Trish, która jest lekarką i haruje 24 godziny na dobę w mieście opanowanym przez epidemię; ma leniwego i próżnego kumpla Zeke’a, a dookoła nich widzimy biednych i głodujących ludzi. Cole’m targają też rozterki związane z jego mocą i tym, czy używa jej w słuszny sposób. Da się go zabić i nie wymaga to bomby atomowej, szwadronu żołnierzy, czy też watahy dwumetrowych mutantów. W Infamous gramy człowiekiem z krwi i kości.

Jak przystało na sandbox, mamy do dyspozycji wielkie miasto podzielone na trzy wyspy, dostęp do dwóch z nich zyskujemy wraz z rozwojem fabuły. Poza pchaniem fabuły do przodu, mamy także zadania poboczne, które pozwalają pozbyć się przeciwników z terytorium miasta, oraz dwa rodzaje „znajdziek” – nagrania audio i odłamki z wybuchu. Trzeba nadmienić, że Cole ma do dyspozycji specyficzny radar, wskazujący położenie odłamków, oraz naprowadzający na kolejne nadajniki z zapisanymi nagraniami, co ułatwia zbieranie przedmiotów, których łącznie jest niemal 400 (tak, czterysta), więc zawzięci eksploratorzy będą mieli co robić. Wraz z wykonywaniem zadań pobocznych i zbieraniem sekretów, Cole zyskuje doświadczenie, za które wykupić można kolejne moce. Część z nich odblokowuje określona ilość misji pobocznych, część określona ranga w reputacji. Wybory moralne determinują nasz zasób mocy – będąc po złej stronie nie mamy dostępu do mocy „dobrych” i odwrotnie. Dodam, że są w pewnym stopniu zróżnicowanie, więc gra kusi by przejść ją dwukrotnie, dla sprawdzenia potencjału obu stron karmy.

Misje zarówno z głównej osi fabularnej, jak i poboczne są bardzo zróżnicowane. Raz mamy kogoś zabić, czasem śledzić niezauważeni, innym razem dotrzeć jak najszybciej we wskazane miejsce, znaleźć ukrytą przesyłkę, kiedy indziej znów trzeba pilnować więźniów i doprowadzić ich do przeznaczonego punktu. To tylko niektóre z przykładów, bowiem wariantów jest znacznie więcej. Pod tym względem Infamous nie zawodzi.

Samo miasto i poruszanie się po nim daje sporo radochy. Jako, że Cole w młodości trenował parkour, potrafi się wspinać po ścianach, balansować na krawędziach i ogólnie jest skocznym typem. Nie robi tego co prawda z gracją Ezio Auditore, ale nie ma powodów do narzekania. Sam liczyłem, że pojawi się w końcu gra, w której bohater będzie śmigał po miejskich dachach tak jak wspomniany asasyn (właściwie to czekałem na odsłonę AC we współczesności), ale doczekałem się tego motywu w Infamous. Dodać też trzeba, że wraz ze zdobywaniem nowych mocy, Cole zyskuje nowe sposoby poruszania się po mieście: szybowanie, oraz użycie siatki indukcyjnej na wzór pociągu jadącego po szynach. Brzmi abstrakcyjnie, ale wygląda naprawdę kozacko.

Same moce Cole’a są także dość ciekawymi. Poza standardowym „walnięciem z pioruna” dysponuje on także falą uderzeniową, skondensowanymi wyładowaniami w postaci granatów, lub rakiet, tarczą blokującą pociski z broni palnej, i paroma innymi bajerami. Gra daje szeroką paletę zdolności, co pozwala na wypracowanie własnego stylu walki z przeciwnikami. A tych nie brakuje. Od prostych zbirów rozsiewających ołów wokół siebie, przez bombardierów miotających granaty i pociski rakietowe, mutantów posiadających moc teleportacji, czy kilkumetrowego golema złożonego z kawałków blachy. Przyjdzie nam także zmierzyć się ze stróżami prawa, czasem też ze zwykłymi obywatelami (kwestia karmy), oraz maszynami bojowymi. Jest też kilka walk z bossami, na wygranie każdej z nich jest inna metoda, lecz nie ma tu mowy o skomplikowanych wybiegach – bardziej to kwestia uderzenia w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie. Ot, klasyka.

Dawno nie było rozważań o wielkiej mocy i idącej za nią wielkiej odpowiedzialności.
W sumie nie dziwota, żadna z do tej pory recenzowanych gier nie kładły na ten aspekt takiego nacisku, jak robi to Infamous. Bowiem ani Jackie z Darkness, ani Alex czy też James z Prototype, ani żaden inny bohater nie brał faktu posiadania nadludzkiej mocy tak bardzo do siebie, by prowadził wewnętrzne monologi na ten temat. O rozmowach z innymi nawet nie trzeba wspominać.

Cole przeżywa niemal każdą decyzję, którą przychodzi mu podjąć, rozważając za i przeciw, oraz skutki każdego ewentualnego postępowania. Na ekranie wciąż widzimy wskaźnik naszej reputacji, który przebiega od bohatera, do tytułowego niesławnego. Każdy uczynek wpływa na ową reputację, podnosząc ją lub obniżając.

I chociaż decyzje te z reguły są czarno-białe, to na pewno gra bez nich by wiele straciła. Dać ludziom jeść, czy zabrać całe jedzenie dla siebie? Zabić biedaka, czy go oszczędzić? Pomóc sobie, czy innym? Wybory są klarowne, ale wpływ reputacji na całokształt gry jest ogromny. Wraz z demoralizacją, zmienia się wygląd naszego bohatera: robi się blady, na głowie pojawiają się czarne znamiona. Zyskujemy też dostęp do zadań pobocznych po stronie zła, które zakładają radykalne działania (mordowanie przeciwników, eksterminację ludzi, którzy są nieprzychylni wobec Cole’a itd.). Jednak najciekawszym jest to, jak zmienia się stosunek mieszkańców miasta. Najpierw będą okrzykiwać Cię terrorystą i zasypią inwektywami. Można się wczuć. Skoro oni Cię nienawidzą, to czemu Ty masz się o nich troszczyć? Szybko odkryjesz, że najlepszym źródłem życiodajnej energii elektrycznej jest właśnie ludzkie ciało. Później będą uciekać na Twój widok, aż końcu zaczną próbować dokonać linczu i obrzucać kamieniami na każdym kroku.

Wybranie pozytywnej strony działa analogicznie. Ludzie wiwatują na Twój widok, fotografują Cię, kobiety proszą, byś został ojcem ich dzieci, oraz wzywają na pomoc w przypadku ataku bandytów.

Zaskakującym jest fakt, że kwestia karmy nie wpływa zbytnio na rozwój fabuły. Ten, kto będzie miał zginąć – zginie. To, co miało się wydarzyć i tak się wydarzy, jednak sposób przedstawienia tych wydarzeń, dialogi z bohaterami drugoplanowymi i narracja prowadzona przez Cole’a będą totalnie zróżnicowane. Bardzo sprytny wybieg.

Sama fabuła w Infamous jest interesująca. Co jakiś czas pojawia się nowa postać, która ma coś do zaoferowania dla Cole’a, lub chce go po prostu zabić. Szybko utożsamiamy się z bohaterem, który przeżywa rozterki, porażki i małe zwycięstwa w ogarniętym chaosem mieście. No i na koniec dostajemy bardzo soczysty twist, więc nie ma powodów do narzekania.

Jedną z bolączek gry jest kwestia „dziurawych” obiektów. Nie raz zdarzyło mi się wpaść pod powierzchnię ziemi, czy też za ścianę w niewiadomy sposób, co powodowało albo śmierć poprzez upadek do niewidzialnej wody, albo zmuszało do wgrania ostatniego zapisu.

Krótko wspomnę o oprawie muzycznej i graficznej w Infamous. Jak na czteroletnią grę, prezentuje się całkiem porządnie pod kątem wizualnym. Jak powiedziałem, miasto jest przyzwoicie zaprojektowane. Rozmaite rozbłyski towarzyszące wyładowaniom atmosferycznym i walkom cieszą oko. Muzycznie też jest dobrze, niemniej chciałoby się rzec: szału nie ma. Aczkolwiek, kawałek promujący grę (jednocześnie będący tłem do creditsów) zasługuje na pochwałę.

Sandboxy to ten rodzaj gier, w których bardzo łatwo implementować elementy przedłużające żywotność gry. Tak jak wcześniej zostało wspomniane, poza główną osią fabularną, której ukończenie zajmuje około 10-12 godzin, dostajemy do dyspozycji mnóstwo zadań i atrakcji pobocznych, które ją urozmaicają i przytrzymują dłużej przed telewizorem.

Infamous jest zdecydowanie wart polecenia. Poza zestawem efekciarskich umiejętności głównego bohatera dostajemy też niezłą fabułę, która rozwija omawiany motyw supermocy (cytat wujka Bena ze Spidermana wraca jak bumerang). Ponadto, dostaliśmy free roaming i parkour w mieście, więc nic tylko grać.

Plusy:

  • Otwarte, żyjące miasto, mnóstwo zadań pobocznych
  • Refleksje nad losem protagonisty
  • Wachlarz supermocy

 Minusy:

  • Karma ma tylko pozorny wpływ na fabułę
  • Nieliczne problemy z wpadaniem za tekstury

Ocena końcowa: 8/10

 

Zawau

About Zawau

W RPG najbardziej lubię eksperymentowanie z grą samą w sobie i poruszające, wciągające historie. Najlepsze sesje, to te, po których przez kilka następnych dni rozmyślasz nad tym, co Twoja postać powinna zrobić na kolejnej sesji.

View all posts by Zawau →
  • Marcin Łazowski

    Pamiętam, że Infamous był moim osobistym zwycięzcą pojedynku z Prototype, który wyszedł w tym samym czasie. Gra ogólnie bardzo dobra, może wtórna miejscami, jednak bieganie i wspinanie dawało dużą przyjemność, a komiksowe cutscenki były kapitalne. O dziwo, o ile zawsze w grach jestem „zły”, tutaj jakoś naturalnie wybrałem ścieżkę dobra. Może nie jestem takim złym człowiekiem, za jakiego się uważałem :)

    Jedyne do czego mogę się przyczepić to końcówka. Moim zdaniem zakończenie jest zamotane i pogmatwane.
    Aha i Infamous jest dużo lepszy od swojego sequela.

    • Zawau

      Mój brat przechodził jako dobry, więc… konieczność jest koniecznością.
      Niebawem zamierzam popełnić tekst porównujący komplementarnie te dwie gry (Infamous i Prototype), a przynajmniej ich pierwsze odsłony.

  • Okazuje się, że grałem w to. Jakieś 15 min. Denerwował mnie system sterowania postacią i stwierdziłem, że nie będę się męczył.

    • Zawau

      Dziwne, raczej niczym się nie różni od reszty gier akcji.