Kill them all!

Amerykańska stacja kablowa Starz wie, co amerykańscy (i nie tylko) widzowie lubią najbardziej. Seks, przemoc, dobre twisty fabularne oraz seks i przemoc. To najlepszy i sprawdzony przepis na produkcję serialu, który już po pierwszym sezonie stał się dla wielu kultowym. Mowa oczywiście o „Spartacus: Blood and Sand”, który został oparty na historii najsławniejszego gladiatora rzymskiej republiki, który sprawił, że cały Rzym zadrżał w posadach przed nim i zbuntowaną armią niewolników. Świat został zaskoczony wizją historycznej rebelii, którą wykreowali ludzie ze Starz. Najpierw był szok i przerażenie, a potem wszyscy piali z zachwytu i chociaż widać tutaj groteskę i wszyscy wiemy, jak bardzo przerysowany jest to obraz Rzymu i Rzymian, to serial grając na naszych pierwotnych emocjach i żądzach sprawia, że chcemy więcej.

Szczególnie, że za tydzień zostanie wyemitowany ostatni sezon tej krwawej epopei.

Zaznaczyć należy na wstępie, że jest to serial tylko i wyłącznie dla dojrzałych widzów. Spartacus, w każdej ze swoich trzech dotychczasowych odsłon, epatuje przemocą oraz scenami erotycznymi, którymi mógłby pochwalić się naprawdę dobry film erotyczny. Jeśli dorzuci się do tego też słownictwo pełne wulgaryzmów oraz przekleństw będziemy mieć obraz serialu, który nigdy nie zostanie puszczony w polskiej telewizji publicznej, oczywiście ze stratą dla polskiego widza. Nie ma tutaj miejsca na eufemizmy, a świat przedstawiony jest pełen intryg, zdrad i namiętności.

„Spartacus: Blood and Sand” zadebiutował w styczniu 2010 roku, ale jeszcze przed premierą stacja Starz zapowiedziała drugi sezon. Wiedzieli, że ta konwencja musi się sprzedać, więc decyzja mogła być tylko jedna. Niestety nie obeszło się bez problemów, ponieważ w międzyczasie odtwórca głównej roli Andy Whitfield rozpoczął walkę z rakiem. Jego zły stan zdrowia sprawił, że włodarze kablówki postanowili dać mu czas na rozprawienie się z nowotworem i przed kręceniem drugiego sezonu zajęli się prequelem. Tak oto dostaliśmy sześcioodcinkową odsłonę losów przed-Spartacusem, tj. „Spartacus: Gods of the Arena” (2011).  I kiedy już miały rozpocząć się zdjęcia do kontynuacji wydarzeń z „S:B’n’S”, nastąpił nawrót choroby Andiego. 11 września 2011 przegrał ostatecznie batalię z rakiem. Należało rozejrzeć się za jego następcą, co przedłużyło o kolejne miesiące rozpoczęcie prac na planie serialu. Koniec końców wybrano Liama McIntyrego, który zadebiutował w drugim sezonie, czyli „Spartacus: Vengence” (2012).

Warto zadać sobie pytanie, jakim serialem jest „Spartacus”, którego każdy sezon to inny podtytuł i za każdym razem trochę inna historia. Inaczej ujęta, stawiająca na inne aspekty i przedstawiająca wszystko z trochę innego punktu widzenia.

Spartacus: Gods of the Arena

Zaczynam zgodnie z chronologią wydarzeń, czyli od prequela. GotA to sześcioodcinkowe wprowadzenie do wydarzeń z właściwego sezonu pierwszego Spartacusa. Sześć odsłon, w których nie ma czasu na zbędne zapychacze i nudę. Akcja jest wartka i z odcinka na odcinek przyspiesza, aż do epickiego finału, który definiuje obraz tego, co widz zobaczy w „Blood and Sand”. Według mnie jest to najlepiej zrealizowany „sezon” całej serii. Choreografia walk, pikantne sceny erotyczne (chyba najostrzejsze z całej trójcy) oraz twisty fabularne sprawiają, że prequel jest najbardziej dopracowaną odsłoną Spartacusa, zarówno pod względem produkcyjnym oraz fabularnym. W tej ostatniej kwestii jest też najbardziej innowacyjny z pozostałych sezonów, ponieważ prezentuje historię nigdzie wcześniej nieopisaną ani niewspomnianą.

Bardzo podobało mi się przedstawienie miejsca, w którym rozgrywa się akcja serialu, Kapui. Na drugi i trzecim planie, gdzieś w tle poruszających się głównych bohaterów, żyje miasto pełne seksu i przemocy. Kupcy handlujący swymi dobrami, nierządnice spółkujące w ciemniejszych zaułkach czy biczowani niewolnicy, składają się na obraz miejsca, w którym  rozgrywają się śmiertelnie niebezpieczne gry między rzymskimi lanistami. Prequel to w głównej mierze przedstawienie świata trenerów gladiatorów, gdzie funkcjonuje zasada doboru naturalnego. Akcja tutaj skupia się wokół osoby Quintusa Lentullusa Batiatusa, który z podrzędnego i mało cenionego spadkobiercy szkoły gladiatorów staje się jednym z dwóch najważniejszych lanistów w całej Kapui. Przy okazji warto dodać, że swoją pozycję osiąga przy pomocy noża, intrygi oraz przekupstwa. W tej roli zobaczyliśmy genialnego wręcz Johna Hannaha, którego polski widz najlepiej będzie kojarzył z „Mumii”, jednak od razu należy porzucić wspomnienie tamtej roli, bo to co tutaj zaprezentował Hannah przechodzi ludzkie pojęcie.

Seria o Spartacusie to bogata galeria nazwisk mniej lub bardziej znanych w świecie filmowym i serialowym. Żoną lanisty, równie demoniczną jak on sam, jest Lucy Lawless, czyli znana wszystkim jako kultowa i bardzo wojownicza księżniczka, Xena. Wartym wspomnienia jest też Peter Mensah, znany z „300” poseł Kserksesa, któremu zdarzyło się wpaść do studni. Tutaj na szczęście dostał rolę bardziej wymagającą i złożoną, z której wywiązał się znakomicie. Z aktorów drugoplanowych na pewno wyróżnił się Nick E Tarabay, serialowy Ashur, niewolnik z Syrii, który jest moim ulubionym anty-bohaterem „Spartacusa”.

Jedyne, co można zarzucić tej odsłonie to, że była zdecydowanie za krótka. Jest to zaleta (brak przestojów, nieustanna akcja), ale i wada, ponieważ mam wrażenie, że wiele wątków można było przedstawić tutaj wyraźniej, a nawet pokusić się o ich rozbudowanie. W pewnym sensie twórcy zmarnowali potencjał, który dał im S:B’n’S, ale na pewno udało im się zaspokoić oczekiwania widza. Chwała im za podjęcie się stworzenia prequela i danie możliwości poznania początków słynnego ludus Batiatusa.

Spartacus: Blood and Sand

Pierwszy sezon „Spartacusa” był dla mnie nie lada zaskoczeniem. Szczególnie początkowe odcinki, gdzie człowiek musiał przyzwyczaić się do przedstawionej przez Starz konwencji. Zaznaczmy sobie od razu, wizja amerykańskiej kablówki starożytnego Rzymu jest mocno przerysowana i miejscami groteskowa aż do bólu. Wręcz „chamskie” efekty specjalne mogą wielu zrazić do tego serialu. Mam tutaj na myśli wirtualną krew, która leje się hektolitrami oraz scenerie w większości wygenerowane dosyć słabą techniką komputerową, co szczególnie widać na bardziej otwartych przestrzeniach. Dopiero po paru odcinkach człowiek przyzwyczaja się do tego, co widzi i przestają boleć go oczy. Ale nie o efekty tutaj przecież chodzi.

„Spartacus: Blood and Sand” rozpoczyna się kilka lat po wydarzeniach z prequela. Rzym toczy wojnę z Grekami i hordami barbarzyńców, gdzieś na rubieżach państwa. W środku tego konfliktu spotyka się pewien Trak oraz rzymski legat, a finałem ich znajomości jest powstanie Spartacusa. Nim jednak dojdzie do buntu, który zatrzęsie Imperium w posadach, niepokorny Trak trafi do ludus Batiatusa, gdzie zostanie przekuty w nowego „boga areny”. Pierwszy sezon składa się z 13 odcinków ociekających krwią, przemocą oraz intrygami. Jest najbardziej złożonym ze wszystkich odsłon, ale jego centrum stanowi postać protagonisty, który wtrącony do niewoli próbuje podjąć próbę odzyskania swej wolności oraz tożsamości, która została mu odebrana. Oczywiście chodzi też o kobietę, zawsze chodzi o kobietę, chyba, że chodzi o pieniądze, ale tutaj chodzi zdecydowanie o kobietę.

Na drugim torze fabularnym znalazły się intrygi polityczne, w których próbuje rozdawać karty dom Batiatusa. Podobnie jak w prequelu, różnie to bywa, co dostarcza widzowi wielu chwil zaskoczenia, kiedy fabuła zakręca i zaskakuje. Kolejny raz John Hannah daje popis swych umiejętności, a partnerująca mu Lucy Lawless doskonale uzupełnia obraz swego męża. Andy Whitfield z kolei stawia bardzo wysoko poprzeczkę dla swego następcy w drugim sezonie i nie trzeba być *fanboyem* Whitfielda, żeby nie móc zaakceptować McIntyrego w „Vengence”, ale o tym napiszę w ostatniej odsłonie artykułu. Dodam tylko, że Spartacus z „Blood and Sand” wydaje się być wiarygodniejszy oraz lepiej przygotowany warsztatowo, zarówno pod względem aktorskim, jak  i sportowym.

Przy okazji pierwszego sezonu w polskim Internecie, a być może też i w światowym, huczało od zarzutów dotyczących sposobu wysławiania się Rzymian w „Blood and Sand”. Oczywiście wszyscy mieli na myśli przekleństwa, których jest równie dużo, co przelewanej wirtualnej krwi. Według mnie, przeklinać trzeba umieć i scenarzysta odpowiedzialny za napisanie kwestii wulgarnych był w tym mistrzem. Na początku trzeba porzucić myślenie o „Spartacusie” jako serialu historycznym, który ma czegoś uczyć i być wierny kartom historii. To nie jest jego rola. On ma dostarczać rozrywki, dlatego uważam, że dobrze użyte wulgaryzmy są tutaj jak najbardziej na miejscu. W starożytnym Rzymie, w latach ’70 p.n.e. na pewno ludzie klęli. Ale gdyby w serialu czynili to tak samo jak dwa tysiące lat temu, to czy brzmiałoby to dla komercjalnego widza wiarygodnie? Według mnie mogłoby to być co najmniej śmieszne. Na koniec chciałbym tylko zwrócić uwagę na sposób używania przekleństw przez różne postaci w serialu. Gladiatorzy czy ludzie z niższych warstw społeczeństwa ograniczają się do pojedynczych słów, z kolei ci wyżej postawieni (Batiatus) potrafią rzucać wręcz poetyckim wiązankami.

Chociaż od samego początku w „Blood and Sand” dzieje się dużo, a akcja przepełniona jest walkami i skomplikowanymi relacjami między bohaterami, to sezon nabiera prawdziwych rumieńców dopiero od połowy. W pewnym momencie można nawet się nie zorientować kiedy nasza szczęka leży na podłodze z wrażenia. Wszystko dzięki rosnącemu napięciu i nakręcającej się spirali intryg oraz przemocy, którą serwują sobie postaci grające pierwszo i drugoplanowe role. Wszystko wieńczy epicki finał, który stanowi jednocześnie furtkę do następnego sezonu i wydarzeń mających w nim miejsce.

Spartacus: Vengence

Drugi sezon Spartacusa, o podtytule „Vengence,” od samego początku miał narzucone duże wymagania przez widzów, którym nie do końca sprostał. Nowy aktor w roli Spartacusa musiał zmierzyć się z obrazem wykreowanym przez swego poprzednika w „Blood and Sand”. Dla wielu Andy Whitfield został ikoną tego serialu, do której daleko było Liamowi McIntyremu. Chociaż trzeba mu przyznać, że na pewno starał się wyjść z tego starcia obronną ręką i walczył do samego końca to ostateczny wynik powinien zostać rozsądzony przez każdego widza z osobna. Dla mnie „nowy” Spartacus okazał się pewnym rozczarowaniem, a sceny z nim w wielu przypadkach były denerwujące. Myślę, że tutaj dużą część winy ponoszą scenarzyści odpowiedzialni za dialogi, które mu przypisano. Praktycznie każda wypowiedź ocieka patosem, że aż po paru odcinkach chce się wymiotować jego patetycznymi i podniosłymi zdaniami. Rozpętanie rebelii chyba każdemu przewróciłoby w głowie i doprowadziłoby do takich słowotoków…

„Vengence” fabularnie nawiązuje bezpośrednio do zakończenia „Blood and Sand”, aczkolwiek perspektywa wydarzeń nabiera nowego wymiaru. Bunt niewolników oraz prowadzenie przez nich wojny partyzanckiej przeciwko Rzymianom odkrywa nową rzeczywistość w jakiej znaleźli się bohaterowie serialu. Poziom produkcji generalnie został utrzymany, chociaż jakby nie było odczuwa się miejscami spadek formy. Może to kwestia zmiany głównego bohatera, a może już przyzwyczajenie do epatującej seksem i brutalnością wizji Rzymu.

W „Vengence” twórcy serialu chcieli zaprezentować powstanie niewolników przeciwko Republice. Dlatego musieli wyjść poza mury ludus i Kapuję na bardziej otwarte tereny. Oczywiście całość została nakręcona w studio, a tła to renderowane komputerowo efekty, co niestety przekłada się na jakość odbioru. Dodatkowo mało wiarygodnie przedstawiono powstanie, gdzie kilkudziesięciu zbuntowanych gladiatorów ściera się z rzymskimi legionistami, których też jest jak na lekarstwo. Budżet serialu na pewno nie pozwolił na przedstawienie epickich bitew, dlatego cała rebelia Spartacusa pod względem technicznym i logistycznym wypadła dość blado.

To co najlepsze w „Vengence” to przeniesienie punktu ciężkości z postaci Spartacusa na bohaterów, którzy do tej pory grali role drugoplanowe. Mam tu na myśli Craiga Parkera, który w serialu wciela się w rzymskiego legata, nemezis samego Spartacusa, Glabera. Podobnie jak Batiatus działa on zgodnie z maksymą „po trupach do celu”, dzięki czemu widz może z wielkim zainteresowaniem oglądać historię jego upadku i zatracenia się w przemocy, zbrodni i zdradzie. Glaber jest gotów poświęcić wszystko, tylko po to żeby wreszcie dopaść i zgładzić niepokornego Traka. Myślę, że to właśnie on jest największą gwiazdą „Vengence”, dzięki której ten serial nadal przyciąga i intryguje widzów. W tym miejscu koniecznie należy też wspomnieć o kreacji aktorskiej Vivy Bianci, będącej odtwórczynią roli Ilythi, żony legata, która dała poznać przedsmak swych możliwości już w „Blood and Sand”, a w „Vengence” kontynuowała swój demoniczny spektakl.

Spartacus: War of the Damned

Historia rebelii Spartacusa powraca 25 stycznia 2013 roku, kiedy to dane nam będzie obejrzeć dalsze losy ocalałych po drugim sezonie bohaterów. Jestem tylko ciekaw czy twórcy pozostaną wierni historii, która powinna uśmiercić zbuntowanego gladiatora na przestrzeni tego sezonu czy uciekną kolejny raz w historyczną fikcję. Przede wszystkim liczę na „nowego” Spartacusa, który powinien już okrzepnąć w tej roli i w kolejnej odsłonie serialu zaprezentować się dużo lepiej niż w „Vengence”. Chłopak na pewno dużo czasu spędza na siłowni i boot campie, specjalnym obozie treningowym, gdzie wylewa siódme poty wraz z innymi buntownikami. Reszta to kwestia warsztatu aktorskiego, przyzwyczajenia widowni. Good luck!

Dziś już wiemy, że trzeci sezon będzie ostatnim. Twórcy ochrzcili go bardzo wdzięcznym podtytułem, „War of the Damned”. Zapowiada się suta miazga i dużo krwi w technologi CGI.

Niestrawny

About Niestrawny

Jestem twoim bohaterem, gdy go potrzebujesz.

View all posts by Niestrawny →
  • Zawau

    Najlepiej wspominam pierwszy sezon Blood & Sand, być może to kwestia Whitfielda, być może po prostu wtedy sam serial był dla mnie novum. Bogowie Areny też było spoko i kilka twistów przebiło sequel, więc stawiałbym go na równi, lub tuż za B&S.
    Ale co do ostatniego sezonu – chciałbym być tak optymistyczny jak Ty, bo dla mnie McIntyre ledwo ledwo się obronił w roli Spartacusa, niestety. A facet od dialogów to już w ogóle powinien być rzucony na arenę i obdarzony „łapką w dół”.

  • @Niestrawny tak o tym piszesz, że naszła mnie ochota na nadrobienie historii Spartacusa. Widziałem tylko pierwszy sezon i oceniam ten serial jako całkiem udany. Chociaż rzeczywiście to komputerowych krajobrazów trzeba się przyzwyczaić. Niemniej jednak jak już się zaprzyjaźnimy z przerysowanymi efektami to ogląda się to całkiem przyjemnie.

  • Pierwszy odcinek sezonu miło mnie zaskoczył. Pomimo pewnych głupot jestem pod wrażeniem wprowadzenia nowego aktora i mam nadzieję, że będzie on rozwijany przez twórców w następnych odcinkach. Mam na myśli wojnę i związaną z nią otoczkę. W pierwszym sezonie bohaterem był Spartacus, w drugim Glaber i inni drugoplanowi. Teraz przyszedł czas na wojnę. Hell yeah!

  • linc

    Blood & Sand świetne, Gods of the Arena muszę sobie przypomnieć, ale 2gi sezon to dla mnie porażka. Zwiększyli sex & przemoc i na tym, moim zdaniem, opiera się główna oś fabuły.

    • A trzeci sezon oglądasz? Jest na pewno dużo lepszy od drugiego, chociaż miejscami też przeginają z przemocą, a sceny erotyczne są bardzo słabo wyreżyserowane. Ale to mi się w nim bardzo podoba to pokazanie, że sprawa Spartacusa jest bez sensu i przyszłości. Wojna stała się głównym bohaterem spychając w cień inne postaci.

      • Że tak się wtrącę. Nie wiem czy wiecie, ale Puls nadaje pierwszy sezon Spartacusa (jestem w szoku!)

        • A to jest taka trochę katolicka stacja? Tak czy owak szacun dla nich.